Chick Corea ‎– Return To Forever

Joe Farrell – Flet, Saksofon Sopranowy

Chick Corea – Pianino elektryczne

Stanley Clarke – Bas

Flora Purim – Wokal

Airto Moreira – Perkusja

A1 Return To Forever
A2 Crystal Silence
A3 What Game Shall We Play Today
B Sometime Ago – La Fiesta

Zaczyna się jak z horroru Giallo. Senny wokal Flory Purim przełamuje zdecydowany bas Stanleya Clarke, kwartet zaczyna grać równe fusion, dołącza wokalistka, trochę przypomina to kołysankę z Dziecka Rosemary Komedy w bardziej rockowej wersji. Flet Joe Farrela nie drażni, gra oszczędnie, z umiarem. Tempo to jakiś połamaniec. Perkusja Airto ma ciekawe brzmienie, idzie równo jak automat. Pod koniec 5 minuty następuje break i zostaje sam Corea. Dołączają Purim i Farrell. Corea zaczyna ciekawy motyw na akordach. Jadą z sekcją rytmiczną w wielokolorowy drive. Miła dla ucha brazyliana z elementami free. Solo Corei bardzo dobre, utrzymuje się w rytmie, słychać pogłosy Bitches Brew Davisa. Brzmienie sprokurowane przez Manfreda Eichera perfekcyjne. Około 10 minuty to już prawdziwy, dobrze rozgrzany freestyle. Psychodeliczna wokalowa koda zamyka te ponad 12 minut jednego z najlepszych utworów Corei, od którego wzięła się nazwa jego późniejszego zespołu (4 albumy dla Polydor’u, 4 dla Columbii i 2 współczesne dla Eagle Records).

Crystal Silence dało za to nazwę dla całego albumu nagranego rok później z Gary Burtonem również dla oficyny ECM. Perełka dla fanów spokojnego jazzu, zresztą jak cały album z 1973. Lekkie, przyjemne, nieco zamulone. Liryka w Jazzie ma na pewno swoich fanów, niestety nie należę do tej grupy. Trzeba docenić elegancję elektrycznego pianina Corei i umiejętność tworzenia atmosfery. Dogrywa Farrell na niezłym poziomie, chociaż Shorterem nie był. Smutek i ból istenia wylewa się z każdego dźwięku. Warto przygotować zapas chusteczek. Ładne to aż do przesady. Z 7miu minut wyciąłbym z 1,5.

Ostatni na A What Game Shall We Play Today to przyjemna miniaturka, piosenka.

Stronę B wypełnia ponad 23 minutowa improwizacja Sometime Ago – La Fiesta. Skala przedsięwzięcia może przytłaczać, ale w tamtych czasach życie toczyło się trochę wolniej. Tak na dobrą sprawę latynoski motyw na pianinie zaczyna się w 7mej minucie, wcześniej to próby dźwięku. Elegancki wokal Purim konstytuuje formę utworu.

Udane solo na flecie Farrela otwiera 2gą część improwizacyjną. Corea przejmuje dowodzenie energetycznym solo. Farrell świruje na flecie. W 2/3 utworu ciekawe solo gra Corea. I zaczyna się właściwa Fiesta.

Podsumowując jest do bardzo dobra płyta, nie zestarzała się zbytnio, Pianino Corei to klasa światowa. Sekcja rytmiczna świetna, Joe Farrell niezły, wokal Purim robi klimat. 8/10

Herbie Hancock – Sextant

Rain Dance. Pierwsze dźwięki mogą robić wrażenie dość awangardowych, wręcz krautrockowych, Herbie wykorzystuje swoje zabawki – syntezatory, Fender Rhodes, Clavinet Hohner D-6. Dodatkowo na syntezatorze Arp 2600 gra biały muzyk Patrick Gleeson, a dodatkowe efekty na Random Resonator robi Billy Bonner. Automatycznie włączają się pozostali muzycy tworząc nieodzowne wrażenie kakofonii, po czym przebija się wyrazisty dźwięk basu. Wchodzi electric piano lidera, przeplatane połamanymi uderzeniami perkusji. Solo basu Bustera Williamsa odrywa słuchaczy od technicznego rytmu sekwencera. Następnie pojawiają się dysonansowe dźwięki elektrycznego pianina (Fender Fuzz-wah i Echoplex). Różnego rodzaju zakłócacze, dziwne dźwięki, sprzężenia, nie jest to popowy utwór, raczej eksperyment jazzowo elektroniczny. Jak na rok 1973 mogło być to sporym zaskoczeniem dla słuchacza, znającego Hancocka raczej ze smooth jazzowych klimatów Blue Note’a z lat 60tych (Speak Like a Child, The Prisoner) czy Fat Albert Rotunda (Warner). Wydanie Sextant poprzedzały dwa albumy free jazzowe dla Warnera – Mwandishi i Crossings.

Hidden Shadows zaczyna się nierównym funkowym rytmem i dźwiękami basowego klarnetu Bennie Maupina. Ciekawe jest synetezatorowe tło i przeszkadzajki Bucka Clarke’a. Perkusja Billy Harta koresponduje z On the Corner Davisa, na której też zresztą grał. Dęciaki – trąbka Eddie Hendersona, puzon Juliana Priestera i saksofon Maupina rozszerzają paletę muzyczną tego utworu. Słychać doskonałe zgranie sesyjnych muzyków. Herbie odpala swoje pianino (Steinway) w karkołomnym solo, po wielokroć grając na przesterowanych, dysonacyjnych akordach. Współgra to doskonale z breakami sekcji rytmicznej i akcentami dęciaków. Do tego prawdopodobnie dograne w studio dźwięki syntezatorowego tła/efekty, jest w tym płynność i dużo twórczej wyobraźni. Mimo ponad 10 minut temat nie nuży, elektryzująco trzyma w napięciu do końca.

Calą stronę B zajmuje robudowana konstrukcja free funkowa Hornets. Charakteryzuje się większą dynamiką niż oba utwory ze strony A. Słychać w tej kompozycji przedsmak Headhunters, wyraziście funkowych tematów, element zaskoczenia wprowadza Henderson na trąbce z echem. Krótkie solo perkusji rozbija rytmiczną strukturę tego abstrakcyjnego pochodu. Hard bopowe uderzenia Harta podkreślają rockowy vibe. W gęstości instrumentalnej wyczuwa się przedsmak 2 lata późniejszej Agharty Davisa. Intensywny free może być miejscami trudny w odbiorze. Dzięki równej sekcji rytmicznej struktura utworu nie ulega całkowitemu rozpadowi. Tak na dobrą sprawę brakuje tutaj solówek w tradycyjnym pojęciu. Cały oktet gra równocześnie. Dopiero w połowie solo zaczyna lider. Raczej ciężkie i gęste motywy przypominają In a Silent Way Davisa w bardziej skwaszonej wersji. Heavy Funk. Abstrakcyjne dźwięki Fendera Hancock’a korespondencyjnie odpowiadają na brzmienie Zawinula w Weather Report. Całosć jest nasycona duchem prawdziwej, niczym nieskrępowanej improwizacji. Producentem płyty był David Rubinson, odpowiedzialny za soul-funk popowe płyty Pati Labelle, The Pointer Sisters, Bobby Womacka, późniejsze albumy Santany, The Meters, Gato Barbieriego. Płyta została wydana dla Columbii w 1973 roku. Była ewidentną próbą odpowiedzi na elektrycznego Davisa, nie w pełni udaną, aczkolwiek mającą swój urok i ostry pazur free jazzowych i elektronicznych eksperymentów, do dzisiaj wpadających w ucho.

Bennie Maupin – Saksofon sopranowy, Klarnet basowy, Flet Piccolo
Eddie Henderson – Trumpet, Flugelhorn
Herbie Hancock – Pianino Steinway, Elektryczne Pianino Fender Rhodes, Melotron, Klawikord Hohner D-6
Julian Priester – Puzon
Buster Williams – Bas Fendera (elektryczny/akustyczny)
Billy Hart – Perkusja
Buck Clarke – Konga
Billy Bonner – Efektor Random Resonator
Dr. Patrick Gleeson – Syntezator Arp 2600
David Rubinson – Producent

Gabor Szabo ‎– Belsta River


Tonpress 1988

A1 24 Carat
A2 Django
B1 First Tune In The Morning
B2 Stormy

Gabor Szabo – gitara
Janne Schaffer – gitara
Wlodek Gulgowski – pianino elektryczne
Pekka Pohjola – bas
Malando Gassama – perkusjonalia
Peter Sundell – perkusja

Jeden z niedocenionych europejskich gitarzystów, który zrobił karierę na zachodzie (w latach 60tych wydawał dla wytwórni Impulse!, a w latach 70tych dla CTI), natomiast nie zdobył w pełni zasłużonej popularności. Węgier. Grał z Chico Hamiltonem i Charlesem Lloydem. Zadebiutował jako leader albumem ‚Gypsy’66’. Do najciekawszych pozycji z jego dyskografii należą ‚Spellbinder’ (Impulse! 1966), ‚The Sorcerer’ (Impulse! 1967), ‚Bacchanal’ (Skye 1968) ,’Mizrab (CTI 1973), ‚Macho’ (Salvation 1975). Pod koniec życia (zmarł w Budapeszcie w 1982 roku) należał do kościoła Scjentologicznego, któremu wytoczył proces, bez rozstrzygnięcia na korzyść żadnej ze stron.

Na płycie gra również utytułowany polski pianista jazzowy Włodzimierz Gulgowski. Grał m.in z Michałem Urbaniakiem, Zbigniewem Namysłowskim i Tonnym Williamsem.

Muzyka nawiązuje do najlepszych czasów psychodelicznego jazzu z końca lat 60tych. Szabo gra rewelacyjnie, z dużym feelingiem. Pojawiają się elementy latynoskiego bujania plus funkowy bas. Bardzo zgrabnie to jest wszystko podane.

Otwierający płytę ’24 Carat’ jest najbardziej przebojowym utworem mimo blisko 15 minut. Grają 2 gitary, jest ciekawie, nieszablonowo i dynamicznie. Ciekawie wypada Włodek Gulgowski na pianinie. Bardzo solidnie gra Peter Sundell na perkusji. ‚Django’ jest zdecydowanie spokojniejsze, to prawie solowy popis Szabo na gitarze, z towarzyszeniem basu Pekka Pohjoli. Napisane przez Johna Lewisa z Modern Jazz Quartet.

Strona B zaczyna się spokojnie, pierwszym motywem poranka. Rozwija się w funkujący, powolny temat. Pianino elektryczne Gulgowskiego robi atmosferę. Muzycy dżemują nie forsując tempa. I znowu wyróżnia sie Gulgowski fantastycznym brzmieniem. Muzyka płynie spokojnie, bardzo przyjemne dźwięki generuje ten sextet. Album kończy się klasykiem ‚Stormy’ napisanym przez Buddiego Buie i Jamesa B. Cobb Jr., zagranym bardzo rockowo i psychodelicznie (dźwięki fletu).

To jedno z ostatnich wielkich dokonań Szabo, zdecydowanie warte uwagi. Repress w 1988 roku wydał nasz polski Tonpress co dobrze świadczy o guście decydentów tego labela.

Adam Makowicz ‎– Unit

Polish Jazz 1973

A1 The Song From The Valleys / Pieśń Z Dolin
A2 War Song / Pieśń Wojenna
A3 The Song From The Hills / Pieśń Ze Wzgórz
A4 Drinking Song / Pieśń Pijacka
A5 Sacred Song / Pieśń Religijna
B1 Seven For Five
B2 Suggestion / Propozycja
B3 Blues
B4 It’s Not Bad / Nie Jest Zle
B5 Cherokee

Adam Makowicz – pianino Fender
Czesław Bartkowski – perkusja, perkusjonalia

ur. 18 sierpnia 1940 w Gnojniku na tzw. Zaolziu,

Herbie Hancock, Freddie Hubbard, Jack De Johnette, Charlie Haden. Andrzej Kurylewicz, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Tomasz Stańko. Cała plejada gwiazd jazzu grała z Adamem Makowiczem, pianistą. Skromny człowiek, o niezwykłym talencie pianistycznym, aczkolwiek również kompozytorskim.

Grał przede wszystkim na ważnych albumach Michała Urbaniaka (Constellation, Michał Urbaniak Group Live Recording) i razem z Novi Singers (Torpedo). Uczestniczył również w nagraniu ‚Sprzedawców Glonów’ Ptaszyna Wróblewskiego i ‚Drums Dream’ Czesława Bartkowskiego. Można powiedzieć, że lata 70te należały do Makowicza i jego Fendera.

Stylistycznie plasuje się w rejonach jazzu klasycznego, jazzu modalnego, czasem nieco free. Gra na klawiszach elektrycznych, co samo w sobie jest przejawem tendencji do grania z elementami rocka. Natomiast umiejętność umiarkowanego tonowania zbliża go raczej do muzyki Dave’a Brubecka i innych tuzów lat 50tych. Klasyczne umiejętności Makowicza są warunkiem jego występów pozajazzowych.

Płyta ‚Unit’ jest efektem współpracy Makowicza i perkusisty Czesława Bartkowskiego. Słychać, że są świetnie zgrani, muzyka jest elegancka i przemyślana, bez nadmiernej wirtuozerii. Wypełnia ten album 10 krótkich utworów, odpowiednio dźwiękowo zagęszczonych. Całość zdobi charakterystyczna okładka autorstwa Marka Karewicza. Piękna rzecz.

Wayne Shorter ‎– Night Dreamer

night-dreamer

Blue Note 1964/2015

A1 Night Dreamer
A2 Oriental Folk Song
A3 Virgo
B1 Black Nile
B2 Charcoal Blues
B3 Armageddon

Wayne Shorter – saksofon tenorowy
Lee Morgan – trąbka
McCoy Tyner – pianino
Reginald Workman – bas
Elvin Jones – perkusja

Jeden z najbardziej znanych saksofonistów tenorowych w historii jazzu. Swoje piętno odcisnął przede wszystkim w drugim kwintecie Milesa Davisa (1964-69) razem z Herbie Hancockiem, Ronem Carterem i Tony Williamsem. W latach 1964-74 wydawał regularnie autorskie płyty dla wytwórni Blue Note (m.in Night Dreamer, Adam’s Apple, Speak No Evil). W latach 1970-1986 współtworzył supergrupę Weather Report, wspólnie z m.in. Joe Zawinulem, Jaco Pastoriousem, Miroslavem Vitousem i Alphonse Mouzonem.

Autor wielu standardów jazzowych na czele z utworem ‚Footprints’. Posiadający bardzo silny i czysty ton. Stylistycznie wywodzący się z hard bopu. Jeden z autorów stylu fusion.

‚Night Dreamer’ to jego debiut jako lidera dla Blue Note. Udało się Shorterowi zbudować mistrzowski skład z Lee Morganem na trąbce, McCoyem Tynerem na pianinie, Elvinem Jonesem na perkusji i Reginaldem Workmanem na basie.

Muzycznie ten album plasuje się w rejonie Modern Jazzu, może nawet trochę zahaczając o Cool. Jest elegancko wyważony, ma wiele ciekawych motywów. Stylistycznie opiera się na bluesie, miejscami przenikając new thing spod znaku Andrew Hilla. Nie ma na nim przesadnego free, wyczuwa się tradycyjną szkołę Arta Blakeya i jego Jazz Messengers. Stylistycznie plasuje się ‚poza czasem’- mając z jednej strony mocną podstawę w postaci bluesa, a z drugiej nieznaczny element awangardy new thing. Warto wsłuchać się w indywidualną twórczość Shortera dla Blue Note.

Karolak/Szukalski/Bartkowski ‎– Time Killers

Helicon 1985

A1 Anniversary Blue
A2 Double – B
A3 Gem
B1 State Train
B2 Trata-Tata
B3 Time Killer

Wojciech Karolak – organy, syntezator
Tomasz Szukalski – saksofon tenorowy
Czesław Bartkowski – perkusja

Znany bardziej jako mąż zmarłej niedawno Marii Czubaszek, Wojciech Karolak, pianista, to jeden z filarów polskiego Jazzu. Karierę zaczął wraz z początkiem jazzu w rodzimym wydaniu – w 1958 roku. Od początku grał z najlepszymi – z Komedą, Ptaszynem Wróblewskim, Kurylewiczem. Najbardziej znane są jego nagrania z lat 70 jako Mainstream z Ptaszynem, a następnie ‚Time Killers’ z Bartkowskim i Szukalskim.

Tomasz Szukalski, wcześnie zmarły, wybitny saksofonista, pochodził z młodszego pokolenia jazzmanów (rocznik 1947). Był uważany za prawdopodobnie najwybitniejszego saksofonistę tenorowego w Polsce, który właściwie nigdy nie był leaderem. Największe sukcesy odnosił współpracując w pierwszej połowie lat 70tych ze Zbigniewem Namysłowskim (‚Kujaviak goes funky’, ‚Winobranie’) i z Tomaszem Stańko (‚Twet’ ‚Balladyna’). Duże wrażenie na słuchaczach zrobił również występując w kwartecie The Quartet m.in ze Sławomirem Kulpowiczem.

Trio Time Killers nagrało tylko jeden album pod tym samym tytułem. Został uznany przez Jazz Press za najlepszy polski album jazzowy lat 80tych. Charakteryzuje się wyrazistym brzmieniem pianina elektrycznego Karolaka, bolesnymi czasem dla uszu dźwiękami syntezatora, jakże charakterystycznego dla muzyki lat 80tych, mocnym, funkującym brzmieniem saksofonu Szukalskiego i jak zawsze perfekcyjnym rytmem perkusji ‚Małego’ Bartkowskiego. Muzyka w sumie dość przystępna i chwytliwa, cieszy ucho do dzisiaj. Nadal dostępny, album Time Killers zadowoli wymagającego słuchacza fusion jak i odbiorców popowych.

Cecil Taylor ‎– Unit Structures

Blue Note 1966

A1 Steps
A2 Enter Evening (Soft Line Structure)
B1 Unit Structure / As Of A Now / Section
B2 Tales (8 Whisps)

Cecil Taylor – pianino
Jimmy Lyons – saksofon altowy
Ken McIntyre – saksofon altowy, klarnet basowy
Eddie Gale Stevens Jr. – trąbka
Alan Silva, Henry Grimes – bas
Andrew Cyrille – perkusja

Nowojorczyk z Queens. Innowator pianistyki jazzowej, łączący współczesną muzykę improwizowaną z awangardą. Jako jedną z jego inspiracji uważa się muzykę Igora Strawińskiego. Współpracował m.in ze Stevem Lacy, Albertem Aylerem, Samem Riversem. Pierwsze wyróżniające się nagranie to płyta ‚Jazz Advance” z 1956 roku. Przełomowymi płytami są w ogólnym odbiorze 2 pozycje wydane dla Blue Note w 1966 roku – ‚Conquistador’ i właśnie ‚Unit Structures’. Wśród osób zainspirowanych jego twórczością znajdują się takie postacie jak Lou Reed, Laurie Anderson, Captain Beefheart, reżyser Louis Malle i pisarz Thomas Pynchon.

‚Unit Structures’ została nagrana jednego dnia – 19 maja 1966 roku przez niedawno zmarłego inżyniera dźwięku Rudy Van Geldera w składzie na 2 saksofony altowe, trąbkę, pianino (sam Taylor) i sekcję rytmiczną. Efektem jest jedna z najbardziej awangardowych i zarazem najlepszych płyt w historii jazzu.

Zaczyna się ekstremalnie i właściwie do końca nie zwalnia tempa. 6ciu instrumentalistów grających równocześnie może powodować pewne trudności w odbiorze tej muzyki, nie odbiera jej natomiast zupełnie efektu nowości i zaciekawienia. Nieprzewidywalność ‚Steps’, następujące po sobie kaskady dysonansów, budują niezwykłe napięcie, którego czasem brakuje w muzyce jazzowej, tej ilustracyjnej. Tutaj nadmiar dźwięków jest ewidentny, instrumenty ścierają się ze sobą w nieustającej batalii muzycznej. Ogromna jest dynamika tej konfrontacji, wymaga ona dużego skupienia i pewnego rodzaju dystansu w odbiorze. Intelektualna wartość tych brzmień jest zarazem ich zaletą i wadą. Między innymi przez to muzyka Cecila Taylora uzyskała większy poklask wśród białej publiczności klasy średniej niż wśród ówczesnej społeczności czarnych w USA. Z jednej strony Cecil Taylor skłaniał się ku soulowi spod znaku Marvina Gaye, a z drugiej jego ekstremalna awangardowość w sposób naturalny powodowała lepszy odbiór wśród publiczności zaznajomionej z ówczesną awangardą, muzyką konkretną.

‚Enter evening’ zdecydowanie wycisza i ‚rozcieńcza’ skrajnie wypełnioną dźwiękami strukturę poprzedniego utworu. Przypomina raczej wprawkę przedkoncertową, strojenie instrumentów. Utwór jest na granicy słuchalności, pomiędzy całkowitym brakiem konstrukcji a 100% atmosferycznością. Jakby zawiesza się w czasie, nie idąc zupełnie do przodu, wracając, meandrując. Pod względem ekscentryczności 10/10.
Słuchacz podświadomie czeka na zakończenie, domknięcie gestaltu, ale nic takiego nie następuje, wejście w wieczór to raczej impresja bez końca.

B side otwiera najdłuższa na płycie wieloczęściowa suita ‚Unit Structure / As Of A Now / Section’. Ponad 17cie minut ekstremalnego grania. Nie tak intensywna jak ‚Steps’ jednakże równie wymagająca. W trakcie trwania tego utworu można spokojnie przeczytać wszystkie wiadomości z FB, sprawdzić prasę, coś zjeść, wyjrzeć chwilę za okno, pobawić z kotem a nawet przejść się po pokoju. Sama muzyka jest raczej nierelacjonowalna, budzi skojarzenia z awangardową muzyką graną w filharmoniach i na festiwalach. Jednakże jest w niej ten element amerykańskiego, nowojorskiego wręcz luzu. Niewątpliwie jest to wyjątkowe brzmienie, coś niebywałego. Idzie w jednym szeregu z ‚Free Jazz’ Ornette Colemana i ‚Ascension’ Johna Coltrane’a. Emanuje ogromną energią, raczej niepowtarzalną. Jest to wyraz ekspresji jedynej w swoim rodzaju.

ct

Zamykający album utwór ‚Tales (8 Whisps)’, zarazem najkrótszy na płycie, zaczyna się solem pianina Taylora kojarzącym się z sountrackami do filmów niemych dwudziestolecia międzywojennego, obrazujących w ekspresjonistycznym stylu rozterkę głównego bohatera. Ostatnie akordy są nieco bardziej free i dobrze. Ilustracyjność w muzyce jest ciekawa aczkolwiek niekonieczna.

Pokłony dla pana Taylora za koncepcję i dla wszystkich muzyków za wykon. 100 lat!

Pat Martino ‎– El Hombre

pat martino

Prestige 1967

A1 Waltz For Geri
A2 Once I Loved
A3 El Hombre
A4 Cisco
B1 One For Rose
B2 A Blues For Mickey-O
B3 Just Friends

Pat Martino – gitara
Danny Turner – flet
Trudy Pitts – organy
Vance Anderson, Abdu Johnson – perkusjonalia
Mitch Fine – perkusja

Debiutował jako lider w wieku dwudziestu kilku lat, nagrywając omawiany tutaj album dla wytwórni Prestige (a w późniejszym okresie jeszcze 4ry albumy, w tym bardzo dobre ‚East!’, ‚Desperado’ i ‚Baiyina (The Clear Evidence)’, z elementami psychodelii). Jako największe inspiracje uznawał gitarzystę Wesa Montgomery, arcy jazzmana Johna Coltrane’a, z którym studiował i Stana Getza. Wcześniej uczestniczył w zjawisku raczkującego filadelfijskiego rocka i nagrywał m.in. z Erikiem Klossem i Bobby Hutchersonem. Jego kariera rozwijała się płynnie aż do nieszczęsnego dnia w 1976 kiedy zaczął podupadać na zdrowiu. Miał tętniaka, stracił pamięć, przeszedł bardzo długą rekonwalescencję. Wrócił po 10ciu latach albumem ‚ The Return’. I mimo poważnych problemów zdrowotnych wznowił karierę na dobre. Nadal aktywny, zdołał nagrać kilka interesujących albumów, otrzymać sporo nagród i wyróżnień (m.in nominacje do Grammy za ‚Live at Yoshi’s’ i ‚Think Tank’ w kategorii najlepszy album instrumentalny).

Jeden z najlepszych gitarzystów z pogranicza modern jazzu i fusion, posiadający świetną technikę gry na instrumencie i indywidualne wyczucie epokowych trendów muzycznych, czego przykładem są ‚psychodeliczne’ albumy z końca lat 60tych i fusion z pierwszej połowy lat 70tych (m.in. ‚Consciousness’ z 1974 roku).

‚El Hombre’ to pierwsza sesja nagraniowa Martino sygnowana jego nazwiskiem. Młodziutki był wtedy, równie wcześnie zaczął profesjonalną karierę co Hancock. Już pierwsze takty ‚Waltz for Geri’ dają próbkę jego możliwości jako instrumentalisty. Mimo młodego wieku, a może właśnie dzięki swojej młodzieńczej energii gra żywiołowo. Do tego dorzuca nieskazitelną technikę, słychać u niego tendencję do grania rytmicznego, a akcentowanie jest wręcz rockowe. Płyta nagrana w 1967 roku, a więc w apogeum rozwoju hipisowskiego ruchu w Stanach. Ciekawy jest skład tej płyty, flet i organy bez basu (a la The Doors :D), z całkowicie nieznanymi muzykami sesyjnymi. Muzycznie jest raczej klasycznie, walce, latynoskie, przyjemne dla ucha melodyjki, rozbudowane bluesowe utwory na stronie B. Dopiero na kolejnych albumach Martino stylistycznie rozwinął się w kierunku psychodelii, co nie oznacza, że czegoś ‚El Hombre’ brakuje – brzmienie jest ciepłe, zespół zgrany, płyty słucha się z przyjemnością.

Martino mimo, że nie jest innowatorem na miarę Colemana, ma swój wkład w rozwój jazzu, szczególnie w kierunku psychodelii na przełomie lat 60tych i 70tych. Do tego dochodzą jego wysokie umiejętności techniczne. Warto zwrócić uwagę na jego twórczość i docenić siłę ducha człowieka, który po ciężkiej chorobie i 10 latach przerwy wrócił po latach na scenę.

Andrew Hill ‎– Black Fire

andrew hill

Blue Note 1964

A1 Pumpkin
A2 Subterfuge
A3 Black Fire
B1 Cantardos
B2 Tired Trade
B3 McNeil Island
B4 Land Of Nod

Andrew Hill – Pianino
Joe Henderson – Saksofon Tenorowy
Richard Davis – Bas
Roy Haynes – Perkusja

Nieco zapomniany innowator muzyki jazzowej, pianista. Charakterystyczne dla niego abstrakcyjne i ezoteryczne melodie prawdopodobnie spowodowały, że całe życie plasował się na antypodach mainstreamu, a nawet na bocznym torze awangardowego free jazzu. Znany głównie z wydawnictw dla Blue Note z lat 60tych (awangardowy, nagrany z nieodżałowanym Ericiem Dolphy ‚Point of Departure’, ‚Compulsion’ na granicy hard bopu i free z Freddie Hubbardem, wielce oryginalne ‚Lift Every Voice’ z wokalami ocierającymi się o operę). Zdarzały się też lżejsze nagrania (sam był autorem przeboju sygnowanego przez Lee Morgana ‚The Rumproller’) takie jak ‚Grass Roots’. Późniejsze nagrania są już zdecydowanie bardziej konserwatywne, nagrane często w trio ( pochodzące z lat 70tych albumy ‚Nefertiti’ dla East Wind, ‚Invitation’ dla SteepleChase). W latach 80tych nagrywa 4 albumy dla włoskiego labela Soul Note. W 2005 pod koniec życia nagrał jeszcze dla Blue Note interesujący albumu ‚Timeliness’ z Charlesem Tolliverem na trąbce.

Zaczyna się od dramatycznych i arytmicznych połamanych wygibasów w ‚Pumpkin’. Gdzieś w tle gry Hilla pobrzmiewa monkowska stylistyka, jednak ma on swój własny styl, dość ułożony i w gruncie rzeczy melodyjny. Sporo gra a la McCoy Tyner całymi akordami. Krótkie solo Roya Haynesa ma swój wyrazisty styl. Henderson nie kombinuje, gra dynamicznie i z emfazą. Nie przeciąga, streszcza się, chociaż nie powala. Motyw przewodni przyjemnie zapada w pamięć, bardzo obrazowa i trochę smutna muzyka.

‚Subterfuge’ zaczyna się świetnym, mocnym motywem pianina. Perkusja nieco łamie rytm. Hill improwizuje spokojnie, w wyważony sposób. Jest w tym utworze energia ale też wyczucie i delikatność. Właściwie grają w trio, perkusja wspaniale współpracuje z pianinem. Mimo ponad 8 minut nie ma wrażenia rozwlekłości. Hill porusza się po dość abstrakcyjnych terenach muzycznych. Solo Haynesa ma dużą dynamikę i trzyma słuchacza w skupieniu. Richard Davis na basie gra dość klasycznie, miękko.

Utwór tytułowy to lekki i mocno pokręcony walczyk. Mam nieodzowne skojarzenia z niektórymi utworami filmowymi Komedy, chociaż w bardziej nowoorleańskiej wersji. Fantastyczne solo Hilla wymaga dużego skupienia, ale warto poświecić mu trochę uwagi. Krótkie solo na basie pozostawia uczucie niedosytu. Perkusja, znowu bas. Sporo się dzieje. Kończy się strona A i każdy z trzech utworów jest wart ponownego przesłuchania.

Strona B zawiera 4 utwory. ‚ Cantarnos’ to popis nieco latynoskiego brzmienia Joe Hendersona. Jest elegancko, nieco awangardowo. Wyróżnia się hard bopowe solo perkusji. ‚Tired Trade’ to najbardziej klasyczny z dotychczasowych utworów miękki bop. Trzyma wysoki poziom całego albumu, natomiast niczym specjalnym nie zaskakuje. Nadałby się do posłuchania w knajpie przy pysznym napoju. Znów na wyróżnienie zasługuje Roy Haynes na perkusji. Najkrótszy na płycie ‚McNeil Island’ to właściwie dialog muzyczny Hilla i Hendersona, bardzo sympatyczny. ‚Land Of Nod’ ma cyrkowy klimat, mocno złożony temat przewodni i dużo wdzięku. Tak jak cała strona B nie należy może do wybitnych, natomiast słucha się go bardzo przyjemnie.

W gruncie rzeczy jest to bardzo dobra płyta, raczej nie arcydzieło, natomiast pierwsza strona zdecydowanie warta jest uwagi, wręcz świetna. Całości słucha się bez zbytniego wysiłku. Jest tutaj sporo smaczków do wyłapania, ciekawych niestandardowych dźwięków, eleganckiej awangardy bez popadania w przesadę. ‚New Thing’ dla początkujących.

Don Pullen ‎– Tomorrow’s Promises

don pullen

Atlantic 1977

A1 Big Alice
A2 Autumn Song
A3 Poodie Pie
B1 Kadji
B2 Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises
B3 Let’s Be Friends

Don Pullen – Pianino
George Adams – Flet, Saksofony (tenorowy i sopranowy), Klarnet basowy
Hannibal Marvin Peterson – Trąbka
Randy Brecker – Trąbka (A1)
Michal Urbaniak – Skrzypce (A1)
Roland Prince – Gitara
Sterling Magee – Gitara
Alex Blake – Bas
John Flippin – Bas elektryczny (A1)
Bobby Battle – Perkusja, Perkusjonalia
Tyronne Walker – Perkusja, Perkusjonalia
Ray Mantilla – Perkusjonalia
Ilhan Mimaroglu – Elektronika
Rita DaCosta – Wokal

don pullen 1

Wzorując się na muzyce Erica Dolphy i Ornette Colemana, Don Pullen grał awangardowy free w latach 60tych. Niestety nie szło mu dobrze, zarabiając niewiele, doszedł do wniosku, że lepiej będzie przestawić się na jazz elektryczny – zaczął grać w klubach i barach w trio na organach Hammonda. Zaczął również zajmować się aranżacją i akompaniamentem m.in. dla Niny Simone. W tym czasie wypracował swój charakterystyczny styl gry, dość perkusyjny, używając łokci i nadgarstków, szybki. Opracował wyjątkowo przystępny sposób wykonywania awangardowego jazzu – zgrabnie łącząc dysonanse i dowolność melodyczną z chwytliwymi rytmami. Połączył tradycyjny blues z awangardą. Częśto mylony przez swój styl gry ze zdecydowanie bardziej popularnym w świecie free jazzu Cecilem Taylorem.

Przełomem w karierze Pullena było poznanie Charles Mingusa. W 1973 perkusista Roy Brooks rekomendował Mingusowi Pullena. Pullen natomiast zarekomendował swojego dobrego kolegę George’a Adamsa. Razem z Dannie Richmondem na perkusji i Jackiem Walrathem na trąbce utworzyli ostatnią wielką grupę Charlesa Mingusa. Wspólnie nagrali m.in ‚Mingus Moves’ (1973), ‚Changes One’ i ‚Changes Two’ (obie 1974). Muzyczne nieporozumienia ze znanym z kłótliwości Mingusem spowodowały zakończenie działalności tej grupy w 1975 roku. Wtedy Pullen nagrał album solo (‚Solo Piano Album’ 1975). Kolejne 2 albumy (‚Five To Go’ i ‚Healing Force’) to również nagrania solo (obie 1976). W międzyczasie nagrywa ‚Capricorn Rising’ z Samem Riversem. W 1977 podpisuje kontrakt z wytwórnią Atlantic co skutkuje nagraniem 2 albumów – nietypowego ‚Tomorrow’s Promises’ (1977) i ‚Montreux Concert’ (1978). Współpraca z Atlantic trwa dość krótko, Pullen szybko przenosi się z kolejnymi nagraniami z powrotem do Europy (rzymski label Black Saint/Soul Note, holenderski Timeless Records). W składzie kwartetu z Georgem Adamsem nagrywa w latach 80tych 13 albumów. W 1986 roku podpisują kontrakt z Blue Note.

W 1988 roku Pullen przestawia się na format trio, nagrywając z Gary Peacockiem i Tony Williamsem świetnie przyjęty album ‚New Beginnings’. Kolejny album ‚Random Thoughts’ równiez nagrywa w formacie trio z Jamesem Genusem (bas) i Lewisem Nashem (perkusja).

W latach 90tych eksperymentuje z muzyką afrykańską, czego efektem są płyty ‚Kele Mou Bana’ (1991) i tribute album dla zmarłego w 1992 roku George’a Adamsa ‚Ode to Life’ (1993). Don Pullen umiera 22 kwietnia 1995 roku.

Album rozpoczyna się wyjątkowo przystępnym, 10 minutowym ‚przebojem’ ‚Big Alice’, w którym gra m.in. nasz Michał Urbaniak na skrzypcach i Randy Brecker na trąbce. Bardzo funky, elegancko, melodyjnie aż do pewnego momentu, kiedy robi się nieco free. Doskonały przykład melanżu free jazzu z rytmicznym funkiem bądź też bopem, jaki charakteryzuje muzykę Dona Pullena.

‚Autumn Song’ zdecydowanie wycisza, nawiązując do atonalnych początków Dona. Utwór autorstwa George’a Adamsa, podkręcony nieco elektroniką (efekty), to raczej klasyczny w gruncie rzeczy bop, tylko że nagrany po dokonaniach Weather Report i podobnych projektów. Ładne sola Adamsa i Pullena uzupełniają strukturę utworu.

‚Poodie Pie’ zaczyna się funkującą gitarą, cały utwór ma taneczny wymiar. Wyróżnia się solo Hannibala Marvina Petersona na trąbce. Ciekawe jest też solo na elektrycznym pianinie Pullena.

Druga strona zaczyna się afrykańskimi kongami w radosnym ‚Kadji’. Znowu Hannibal daje czadu na trąbce (tym razem mocno latynosko). George Adams wprowadza lżejszy klimat, miejscami wpadając trochę w atonalność. Oddech daje bardzo zgrabne solo Pullena.

‚Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises’ to już zdecydowanie awangardowa pozycja z ekstremalnymi dźwiękami saksofonu i atonalnym solem Pullena na wstępie. Utwór płynnie przechodzi w bardzo ładnie zaśpiewany przez panią Ritę DaCosta ‚Let’s Be Friends’.

Ciekawy to album, profesjonalnie ułożony i bardzo dobrze zagrany (szczególnie strona A). Warto sięgnąć po pozostałe nagrania wcześnie zmarłego Pullena, szczególnie z drugiej połowy lat 70tych.