Eric Dolphy ‎– Out To Lunch!

out to lunch

Blue Note 1964

A1 Hat And Beard
A2 Something Sweet, Something Tender
A3 Gazzelloni
B1 Out To Lunch
B2 Straight Up And Down

Eric Dolphy – Klarnet basowy, Saksofon altowy, Flet poprzeczny
Freddie Hubbard – Trąbka
Bobby Hutcherson – Wibrafon
Richard Davis – Bas
Anthony Williams – Perkusja

Eric Dolphy – Prekursor nowoczesnego uzycia klarnetu basowego. Porównywany do Ornette Colemana pod względem rewolucyjności podejścia do muzyki jazzowej. U tegoż właśnie bardzo wyraźnie obecny na przełomowej płycie ‚Free Jazz’, uważanej za pierwszą w pełni awangardową płytę jazzową, od której wzięła się nazwa całego nurtu. Grał również w zespołach Charles Mingusa (uważany za najlepszy zespół koncertowy w karierze Dolphiego) i wielkiego Johna Coltrane’a (pojawia się na płycie Trane’a ‚Impressions’ z 1963 roku). Zmarły przedwcześnie w wieku 36 lat z powodu śpiączki cukrzycowej.

Wszystkie utworu na płycie są autorstwa Dolphiego. Otwierający płytę ‚Hat and Beard’ urzeka abstrakcyjnym brzmieniem wibrafonu Hutchersona. Połamaną rytmikę wstępu rozrywa diaboliczne solo Dolphiego. Odjazd to jest mało powiedziane, raczej jest to zakwas. Oczyszcza atmosferę przestrzenna trąbka Hubbarda. Wrażenie nadmiaru dźwięków buduje niepokojący klimat tej muzyki. Hutcherson kontynuuje myśl dźwiękową Hubbarda. Całość sprawia wrażenie kontrolowanego chaosu. Działa na wyobraźnię. Bas Davis’a umiejętnie podkreśla wagę tej „piosenki”. Jest w niej jakieś echo wyczynów cyrkowców.

‚Something Sweet, Something Tender’ zaczyna się tłem basu granego smyczkiem. Swoista to ballada. Ostatnio miałem okazję przypomnieć sobie ‚Nagi Lunch’ Burroughs’a nakręcony przez Cronenberga. Numer pasowałby jak ulał do tego filmu. Ma w sobie coś z narkotycznych wizji Billa Lee. Dolphy gra krótkie solo na wstępie. Dołącza Hubbard. Kolejne solo Dolphiego na klarnecie basowym daje dużo do myslenia. Przypomina nieco pasaże Coltrane’a, ale jednak Dolphy posiada swój mocny, indywidualny styl. Ponownie dołącza Hubbard, wchodząc w wysokie tonacje. Epilogiem jest wspólne, wyciszające granie Dolphiego i Davisa. Przedziwny utwór.

‚Gazzelloni’ przywodzi natomiast na myśl (jeśli już pozostać przy filmowych porównaniach) motywy Nino Roty w filmach Felliniego. Dolphy gra tym razem na flecie. Tempo nakręca bopowy pochód Davisa. Dopełniają się sola Dolphiego i Hutchersona. Wchodzi Hubbard mocnym akcentem. Świetne, soczyste solo. W pewnym momencie spada nieco tempo, staje się bardziej zrelaksowane. Hutcherson przejmuje pałeczkę. Improwizuje, szukając zaskakujących melodii, słychać, że ma coś do powiedzenia, natomiast trudno mu to przekazać przez specyfikę wibrafonu.

Najdłuższy na płycie utwór tytułowy zaczyna się marszową perkusją i radosną grą wszystkich muzyków. W końcu wychodzą na przerwę (‚Out to Lunch’)! Nie pozostaje nic innego jak życzyć im i nam smacznego. Zaczyna Dolphy atonalnym, jak to ma w swym zwyczaju, solem saksofonu. Melodia miesza się w nim z rozrywającymi dźwiękami spoza skali. Hubbard elegancko sekunduje Dolphiemu, gra gęsto i niespokojnie. Swoje 3 grosze dorzuca wszędobylski Hutcherson. Hubbard niewzruszony kontynuuje solo. W końcu Hutcherson przejmuje dowodzenie, podkręcany basem Davisa. Wykorzystuje pełną skalę mozliwości wibrafonu. W tle wciąż improwizuje Davis. Perkusja Williamsa nagle przestaje być słyszalna. To ona buduje cały fundament tej płyty, dopiero jak na chwilę znika, pojawia się silne odczucie jej braku. Solo Davisa ciekawie podtrzymuje krztałt utworu. Nawiązuje w jakiś sobie tylko znany sposób do „skokowych” pasaży Hutchersona. Nagle pojawiają się instrumenty dęte, Dolphy i Hubbard na zmianę. Williams wystukuje swoje solo niecodziennie, w pewnym momencie wchodząc z powrotem w marszowy rytm. Dochodzimy do zamykającej cody. Moc.

‚Straight Up And Down’ jest jak wisienka na torcie, po trudach i znojach całej tej płyty, daje chwilę oddechu. Pojawia się nawet wrażenie „normalności”, czegoś co znamy i lubimy, popowej melodii. Dolphy gra rytmicznie. Hutcherson dorzuca nieco monkowskie przełamania. No i cóż, cała ta melodyjna struktura zaczyna się powoli sypać. Hubbard gra swoje, tonuje nieco odjechane podróże muzyczne Dolphiego i Hutchersona. Utwór na pograniczu free jazzu, jednak jedną nogą oparty w hard bopowych strukturach. Po Hubbardzie wchodzi Hutcherson. Bardzo elegancko i z wyczuciem. Williams wychodzi z rytmu, numer zmienia się w coś zupełnie innego aż do totalnego rozpadu. Wraca przewodnia melodia, pozytywna i fikuśna. Koniec.

Nie jest to łatwa płyta. Wymaga od słuchacza bezustannej uwagi. Natomiast nie ulega wątpliwości, że jest to kawał świetnej muzyki. Wszyscy instrumentalisci wspinają się na wyżyny swoich umiejętności improwizacyjnych. Melodie Dolphiego są dziwne, abstrakcyjne, niesztampowe. Nie są to raczej „numery” wpadające w ucho. Ale pozostaje w głowie niepokojacy klimat, nowojorski artyzm A.D. 1964. Mimo blisko 50 lat, ta płyta wciąż inspiruje i nie utraciła nic ze swej świeżości. Tym większa szkoda, że Dolphy nie pozostawił po sobie wielu płyt…