Donald Byrd ‎– Street Lady

Donald Byrd - Street Lady (1973)

Donald Byrd ‎– Street Lady (Blue Note 1973)

A1 Lansana’s Priestress
A2 Miss Kane
A3 Sister Love
B1 Street Lady
B2 Witch Hunt
B3 Woman Of The World

Donald Byrd – Trąbka, Skrzydłówka, Wokal (Solo)
Jerry Peters – Pianino elektryczne (Fender Rhodes)
David T. Walker – Gitara
Fonce Mizell – Klawinet, Trąbka, Wokale
Fred Perren – Syntezator, Wokale
Chuck Rainey – Bas (Fender)
Harvey Mason – Perkusja
Roger Glenn – Flet
King Errisson – Konga
Stephanie Spruill – Perkusjonalia
Larry Mizell – Producent, Dyrygent, Wokale

Wiele ostatnio napisano o zmarłym niedawno (04.02.2013) Donaldzie Byrdzie. Był on bez wątpienia ponadprzeciętnym trębaczem jazzowym, natomiast nie był tym najlepszym. Na przełomie lat 50tych i 60tych, czyli w czasach największej świetności jazzu, grał m.in. z Johnem Coltranem, Theloniousem Monkiem, Sonny Rollinsem i Artem Blakey’em, czyli z najlepszymi hardbopowcami. Pod koniec lat 60tych zainteresował sie mozliwościami jazzu elektrycznego ery „Bitches Brew” Davisa, czego efektem są płyty „Ethiopian Nights” i „Electric Bird”. W latach siedemdziesiątych nawiązał wpółpracę producencką z braćmi Mizell, czego efektem był „Black Byrd” – najlepiej sprzedający się album w historii wytwórni Blue Note, jak również recenzowana dzisiaj płyta „Street Lady”. Bardzo aktywny w karierze akademickiej (miał nawet doktorat).

W składzie „Street Lady” widnieje 10ciu muzyków. Za produkcję odpowiedzialny jest Larry Mizzel. Jest on również autorem większości piosenek.

„Lansana’s Priestress” zaczyna się miękkim gitarowym intro. Uwodzi delikatnym, wysublimowanym brzmieniem. Połamany rytm prowadzi ten rozpływający się w oparach słonecznego popołudnia numer. Bogactwo aranżacji robi wielkie wrażenie. Po 2 minutach na moment pojawia się prowodyr całego zamieszania – Byrd – tylko po to, żeby zagrać dosłownie kilka akordów i zniknąć w tłumie grających jak z nut muzyków. Później dogrywa jeszcze krótkie solówki, aby dopiero w 5 minucie wejść na oczekiwane wysokie C. Póżniej dowodzenie przejmuje bardzo charakterystyczny dla tej płyty flet Rogera Glenna. Uzależniający numer.

„Miss Kane” zaczyna się świetnym solo fletu Glenna. Utwór ma na początku bardzo zrelaksowany, prawie jamajski klimat. A równocześnie tyle się dzieje na raz w temacie aranżacji, że trudno to ogarnąć. Gra Byrd – rytmicznie, w tempo, zwięźle. Po raz pierwszy pojawia sie solówka Jerry Peters’a na pianinie Fender Rhodes. I nagle wszystko rusza do przodu. Nagła zmiana tempa na galopujące robi duże wrażenie. Byrd z Glennem dogrywają sobie wzajemnie, Byrd w nieco oszczędnym stylu Davisa. Zaskakujący i nieprzewidywalny numer.

„Sister Love” ma fajnie przesterowany elektryczny, funkowy bas i nieco latynoski rytm. Wreszcie Byrd gra czyściutką, pełną solówkę. Jest ona jak głęboki oddech po tym całym, świetnym zresztą, aranżacyjnym zamieszaniu, jakie serwuje Larry Mizzel w pierwszych dwóch utworach. Fajne wokale uzupełniają obraz tego lekkiego numeru. Pod koniec zaczyna się robić wręcz nieco Disco. Jazzowi puryści zapewne w tym momencie wyłączyliby „Street Lady”.

Tytułówka. „Street Lady” Byrd gra bardzo acid jazzowo, tanecznie. Chwytliwy motyw wokalny niesie ten numer w jasno określonym, popowym kierunku. Jak na pierwszej stronie flet Rogera Glenna dzielnie sekunduje trąbce Byrda. Pojawiają się pianino i gitara. W końcowej fazie jeszcze ciekawa kombincja rytmiczna. Można tańczyć.

„Witch Hunt” od pierwszych sekund opowiada ciekawą historię, buduje napięcie. Solówka Fonce’a Mizella na klawinecie robi atmosferę. Wchodzi trąbka. Z wyczuciem. Utwór ładnie się rozwija. Solo fletu. I wreszcie Byrd wchodzi konkretnymi dźwiękami. Dopiero po 4ech blisko minutach atmosfera trochę się rozluźnia, bujający rytm kontrapunktuje pełne emocji, kolejne solo fletu. Następnie pianino, syntezator i znowu flet. Boogie! Polowanie na Czarownice trwa w najlepsze. Można zagubić się w tym bogactwie dźwięków. Krótkie solo trąbki budzi z psychodelicznego letargu. Motyw wokalny wczodzący blisko w 8mej minucie utworu – to ryzykowny zabieg, ale robi wrażenie. I tak już do końca. Blisko 10 minutowa uczta muzyczna.

„Woman Of The World”, jedyny utwór na płycie napisany przez Larry Mizella we współpracy z niejakim Edwardem Gordonem, to mięciutka rumba. Przesłodzone nieco wokale, miękka trąbka Byrda. Nie zatrzymywałbym się przy tym nijakim utworze ani chwili dłużej, gdyby nie zacne przesłanie do Wszystkich Kobiet tego Świata – „Dni szowinizmu mają się ku końcowi”. I tego sie trzymajmy.

Podsumowując – świetny jest to album, szczególnie na letnie dni. Lekki, przyjemny, doskonale zaaranżowany, zagrany bez fałszywej nuty. Jedyne czego mi w nim brakuje to jazzowych solówek z prawdziwego zdarzenia. Wpółpraca Donalda Byrda z braćmi Mizell w latach 70tych, mimo, że ortodoksyjnych fanów jazzu może nieco odstręczać, była jednak bardzo owocna z piosenkowego punktu widzenia.