John Coltrane – Crescent

crescent

Impulse! 1964

A1 Crescent
A2 Wise One
A3 Bessie’s Blues
B1 Lonnie’s Lament
B2 The Drum Thing

John Coltrane – Saksofon Tenorowy, Saksofon Sopranowy
McCoy Tyner – Pianino
Jimmy Garrison – Bas
Elvin Jones – Perkusja

Crescent oznacza księżyc w nowiu. Album nagrany został w 2ch podejściach, w kwietniu i czerwcu 1964 roku. O pół roku wyprzedza przełomowy ‚A Love Supreme’, uważany za największe osiągnięcie ‚medytacyjnego’ Coltrane’a. Na ‚Crescent’ jet to raczej Coltrane ‚liryczny’. Nagranie w składzie Coltrane/Tyner/Garrison/Jones to przykład najbardziej organicznego kwartetu w historii jazzu. W tym składzie nagrywali od 3 lat, począwszy od ‚Africa Brass’ z 1961 roku. Na ‚Crescent’ osiągnęli pełne emocjonalne i muzyczne porozumienie.

O Coltranie napisano już wszystko. W latach 50tych grał z Dizzim Gillespie, z Milesem Davisem nagrał m.in. ‚Kind of Blue’, należał do grupy Theloniousa Monka. Został zaakceptowany w środowisku jazzowym właściwie od razu. Jego saksofon tenorowy zabrzmiał na wielu płytach. Charakterystyczne frazowanie Coltrane’a – „Sheet of sound” (improwizacje przepełnione dźwiękami, karkołomne przejazdy po skali, wyjścia poza klasyczne 8mki i 16tki) zmieniło Jazz bezpowrotnie. Było zapowiedzią freejazzowych koncepcji lat 60tych. Sam Coltrane dochodził do free (płyta „Ascension” z 1965 roku) długo i powoli. W przeciwieństwie do Ornette Colemana, któremu zajęło to kilka lat, właściwie przez większość z 12 lat swojej profesjonalnej kariery muzycznej rozszerzał spektrum swojej gry. Razem z Erickiem Dolphym eksperymentował na początku lat 60tych z jazzem modalnym, prekursorem free, aby wrócić później do bardziej klasycznego grania ze swoim kwartetem, czego owocem jest m.in. ‚Crescent’. Przekonany o sukcesie koncepcji free pod koniec życia (zmarł na raka wątroby w 1967 roku) sam zaczął grać atonalnie.

Bez Coltrane’a nie byłoby Jazzu? To może nieco na wyrost postawiona teza, ale bez wątpienia muzyka ta byłaby dużo uboższa. Coltrane to postać wyjątkowa, człowiek, który poświęcił swoje życie dla muzyki. Jego 30/40 minutowe solówki na koncertach wymagały ogromnego zaangażowania i zdrowia. Przez całe życie doskonalił swoją technikę i koncepcję muzyczną. Zmarł młodo, aczkolwiek zdążył wyrazić siebie w pełni. Był osobą głęboko religijną, czego wyrazem jest jego arcydzieło ‚A love Supreme’. Nie dożył elektronicznego fusion. Ciekawe jakby się odnalazł w świecie elektrycznych instrumentów.

Crescent jest wyrazem klasycznego, poukładanego melodycznie stylu gry. Jest również bardzo liryczną płytą. Zawiera 5 utworów, wszystkie autorstwa Coltrane’a. Za doskonałe brzmienie płyty odpowiada Rudy Van Gelder, inżynier dźwięku, uważany za najważniejszą postać wśród producentów klasycznego jazzu. Dźwięk jest wzorcowy. Organiczna czystość instrumentów uzyskuje swoją pełnię dzięki winylowemu nośnikowi. Kwartet muzyków wspina się na wyżyny swoich umiejętności technicznych. Jednak kluczowa jest emocjonalna łączność między muzykami.

Utwór tytułowy otwiera miękka, atłasowa solówka Coltrane’a. Numer ma bluesowy feeling. Delikatne swingowanie Jonesa uzupełnia plumkający pochód basu Garrisona. Coltrane gra delikatnie, aczkolwiek z werwą. Jest w jego tonie smutek i melancholia, tak charakterystyczna dla Trane’a. Ale jest też energia człowieka dojrzałego, świadomego swoich możliwości. Artysty bliskiego spełnienia. Gdzieniegdzie ociera się o free, ale zawsze wraca do skali. Słychać wcześniejsze awangardowe wypady w stronę jazzu modalnego. Koniec utworu jest pełen liryzmu. Tak brzmi człowiek szczęśliwy.

Pianino Tynera wprowadza nas w balladę ‚Wise One’. Wpadający w ucho motyw nieco filmowej melodii serwuje nam sam Coltrane. Pianino i saksofon prowadzą ze sobą senny nieco dialog, wspierany przez talerze Jonesa. Perkusja buduje atmosferę utworu. Zaczynają pogodnie swingować, dołącza Garrision. Prowadzi Tyner, mądrze akcentując. Jones buduje latynoski rytm, ocierający się o bossa novę. Wchodzi Coltrane. Opowiada swoją historię. Przepiękna to muzyka, nic nie straciła ze swej klarowności. Muzycy zwalniają, wchodzi główny motyw. To 9cio minutowa uczta muzyczna, która nigdy się nie przejada. Można tego utworu słuchać w nieskończoność.

‚Bessie’s Blues’ zaczyna się bopowym solem Trane’a. Kontynuuje Tyner, podkreślając taneczny wymiar utworu. Ma wyczucie rytmu!. Trane przejmuje dowodzenie. Numer mógłby spokojnie trafić na albumy hard bopowe Coltrane’a z lat 50tych, na ‚Blue Trane’ albo ‚Giant Steps’. Odróżnia go od tamtych jendak wyraźnie miękka tonacja saksofonu mistrza i delikatność perkusji Jonesa. To już jednak post bop. Perełka.

Najdłuższy na płycie ‚Lonnie’s Lament’ to ballada doskonała. Zaczyna się lirycznie, bardzo plastycznie. Garrison wprowadza rytm do utworu. Jego bas pulsuje, punktuje. Nadaje charakter. Tyner gra chyba najlepsze solo pianina na płycie, posługując się akordami jako ramą, wzbogacając je szybko serwowaną gamą dźwięków. Solo pełne ornamentów i niespodzianek. Słychać jak bardzo rozwinął się grając razem z mistrzem. Garrison ma wreszcie trochę przestrzeni dla siebie, gra rytmicznie, trzyma melodię w ryzach. Bezbłędnie. Przerywa jego solo Coltrane silnym wibrato. Wracamy do początku historii. Kwartet w najwyższej formie.

Na zakończenie albumu na pierwszy plan wychodzi perkusja Jonesa. ‚The Drum Thing’, rzecz o bębnie. Gra Trio, bez pianina Tynera. Jones wybija afrykański, dosyć nieregularny rytm. Coltrane frazuje. Niezwykle współcześnie brzmią, spokojnie mogłaby grać w ten sposób Masada Johna Zorna. Bas Garrisona utrzymuje porządek rytmiczny. Solówka Jonesa przejmuje utwór. Nie oszczędza się, gra co ma w rękach. Zwalnia, ścisza moc uderzeń. Wchodzi Trane i puls basu Garrisona. Saksofon ma coś wschodniego w tonie, zapowiada przyszłe awangardowe podróże mistrza. Koniec.

‚Crescent’ ociera się o doskonałość. Nie ma na tej płycie niepotrzebnych momentów, wszystko jest perfekcyjnie wyważone. Liryzm przeplata się z z witalną energią, delikatność z siłą. Nie ma przebojowych numerów, jest raczej wyciszona i kontemplacyjna atmosfera. Bardzo piękna płyta.