Phil Ranelin ‎– The Time Is Now!

the time is now!

Tribe 1974

A1 The Time Is Now For Change
A2 Time Is Running Out
B1 Of Times Gone By
B2 Black Destiny
B3 13th and Senate
B4 He The One We All Knew (Part One)
C The Time is Now For Change (outtake)
D1 Time Is Running Out (extended)
D2 He The One We All Knew (extended)

Phil Ranelin – puzon
Wendell Harrison – saksofon tenorowy
Marcus Belgrave – skrzydłówka
Keith Vreeland – pianino
John Dana – bas
Bili Turner – perkusja [lewy kanał]
George Davidson – perkusja [prawy kanał]
Reggie Shoo Be Doo Fields – bas (A2)
Charles Moore – trąbka (A2)
Haroun El Nil – saksofon altowy (A2)

Wszyscy muzycy dodatkowo grali na przeróżnych perkusjonaliach.

Tribe Detroit. Niezależna muzyczna organizacja, zahaczająca o politykę i problemy społeczne, skupiająca m.in. takich artystów jak Wendell Harrison (saksofon/klarnet), Marcus Belgrave (trąbka/skrzydłówka) i właśnie Phil Ranelin (puzon). Wydawali nawet kwartalnik (!). W 2009 przywrócił ją do życia Carl Craig na swoim labelu Planet E (album ‚Rebirth’).

Płyta ‚The Time is Now!’ została nagrana na przestrzeni lat 1973/1974 w Pioneer Studio. W 2000 roku perkusista Tortoise John McEntire ją zremiksował i zremasterował, dodając do klasycznej wersji albumu niepublikowaną wcześniej wersję ‚The Time Is Now For Change’ i rozszerzone wersje ‚Time Is Running Out’ i ‚He The One We All Knew’. Wydało ją chicagowskie Hefty Rec.

Ciekawostką jest obecność 2 perkusistów, nagranych na poszczególnych kanałach cudu techniki nazwanego Stereo (oprócz A2, w którym gra tylko Bili Turner).

Zaczyna się mrocznie i chaotycznie. W 1974 roku nadszedł czas na zmianę i to słychać. Unosi się nad tym nagraniem duch wolności. Bas Johna Dana utrzymuje wszystko w jako-takim porządku. Blisko 14 minutowa ekspresja ‚The Time Is Now For Change’ pozostawia pozytywne wrażenie. Ekipa z niszczejącego aktualnie miasta Detroit daje popis swoich instrumentalnych możliwości. I wymaga niewątpliwie cierpliwości i silnych nerwów od ewentualnych słuchaczy jej muzycznego dzieła.

Stosunkowo krótkie ‚Time Is Running Out’ przynosi ze sobą chwilę refleksji. Skład rozszerzony do 5 (!) instrumentów dętych robi duże wrażenie. Haroun El Nil na saksofonie altowym dorzuca coś ciekawego od siebie. Elektryczne pianino Keitha Vreelanda buduje niezwykłą atmosferę. Perełka.

B side zaczyna się bardziej klasycznie, bopowo. ‚Of Times Gone By’ słucha sie miło i przyjemnie. Marcus Belgrave gra solidne solo. Ranelin kontynuuje tę dobrą passę. Harrison gra czysto i elegancko, aby przeskoczyć nagle w atonalne rejestry. Vreeland wypada nieco poza rytm. Brzmi to odświeżająco.

W ‚Black Destiny’ natomiast paradoksalnie robi się nieco latynosko. Dęciaki nadają temu utworowi charakteru. Taneczny free jazz.

’13th and Senate’ wycisza. To super wolny, pijacki blues. Marcus Belgrave gra czysto, rytmicznie. Ranelin meandruje, ale z klasą. Taka postawa spotyka się z entuzjazmem pozostałych muzyków. Utwór pozostawia jednak pewien niedosyt.

Zamykający klasyczną wersję albumu fragment suity napisanej z myślą o Johnie Coltranie ‚He The One We All Knew (Part One)’ to niecałe 3 minuty muzyki. Intryguje. Całość pojawiła się 2 lata później na albumie Ranelina ‚Vibes From The Tribe’.

Dodatkowa płyta zawiera 20 minut muzyki. ‚The Time Is Now For Change (outtake)’ jest spokojniejsze, bardziej zadymione od opublikowanej w 1974 roku wersji. Pierwsze podejście może kosztować słuchacza lekką nerwicę, a ten bonus raczej pozwala się zrelaksować. Świetna muzyka. Rozszerzone wersje ‚Time Is Running Out’ i ‚He The One We All Knew’ sprawiają również hipnotyczne wrażenie. Pierwszy utwór, najlepszy na płycie, w rozszerzonej wersji czaruje odjechaną solówką na saksofonie altowym Harouna El Nila. Numer ten ma bardzo plastyczne, filmowe brzmienie. ‚He The One We All Knew’ zaczyna się pulsującym basem Johna Dany. Ranelin gra bardzo energetyczne solo. Vreeland chrzęści nieco na elektrycznym pianinie, ale gra z groovem.

‚The Time is Now! arcydziełem może nie jest, ale ma w sobie wiele ciekawych zmian rytmu, klimatu, estetyki. Od free do jazz-funku, zahaczając o post bop i jazz elektryczny – udowadnia szerokie horyzonty raczej mało znanych muzyków z kręgu detroitowego Tribe’u. Sukcesywnie łączy w sobie wiele elementów w jedną dość koherentną całość.

Freddie Hubbard ‎– Straight Life

straight life
CTI Records 1971_CTI 6007

A Straight Life
B1 Mr. Clean
B2 Here’s That Rainy Day

Freddie Hubbard – trąbka, skrzydłówka
Joe Henderson – saksofon tenorowy
George Benson – gitara
Herbie Hancock – pianino
Ron Carter – bas
Richard ‚Pablo’ Landrum – perkusjonalia
Weldon Irvine – tamburyn
Jack DeJohnette – perkusja
Creed Taylor – produkcja

Każdy muzyk jazzowy, który uczył się grać na trąbce po Milesie Davisie, pewnie zadawał sobie pytanie – czy jest możliwe, żeby zagrać lepiej niż Miles na Kind of Blue?

Freddie Hubbard próbował tego przez całą swoją profesjonalną karierę (zmarł 29.12.2008 roku). Z różnym skutkiem. Nigdy nie osiągnął czystości brzmienia Davisa. Ale przysłużył się za to do powstania całej masy świetnych płyt m.in Herbie Hancocka (‚Takin’ Off’, ‚Empyrean Isles’ i ‚Maiden Voyage’), Ornette Colemana (‚Free Jazz’), Johna Coltrane’a (‚Ascension’) i Erica Dolphy (‚Out to Lunch’). Został polecony zresztą przez samego Mistrza do wydawnictwa Blue Note, dzięki temu zadebiutował w 1960 roku płytą ‚Open Sesame’ (1960). Dla BN nagrał blisko 10 płyt m.in. uważaną za arcydzieło hard bopu ‚Ready for Freddie’ (1962). Na początku lat 70tych podpisał kontrakt z CTI Creeda Taylora, pod auspicjami którego odniósł największy sukces komercyjny. ‚Straight Life’ jest trzecią po ‚Red Clay’ (1970) i ‚First Light’ (1971) płytą nagraną dla CTI.

Skład na tej płycie jest zdecydowanie gwiazdorski. Joe Henderson – saksofonista o mocnym, soczystym, hard bopowym brzmieniu. George Benson – wirtuoz akustycznej gitary. Herbie Hancock – 2 lata młodszy od Hubbarda, przekraczający granice gatunkowe pianista. Ron Carter – doskonały funkujący nieco basista. I Jack de Johnette – etatowy muzyk wytwórni ECM.

Zaczyna się z wysokiego C. Tytułówka zajmuje całą stronę A i nie pozwala na chwilę wytchnienia. Jest to kompozycja samego Hubbarda. Trochę latino, trochę funky. Zaczynają Freddie i De Johnette. Chwytliwy motyw przewodni ma w sobie coś plażowego. Pierwsze, nieco free jazzowe solo, gra Henderson. Na końcu przechodzi w czystsze tony, aby znowu odjechać w stronę wolnego grania. W to wszystko ciekawie wchodzą konga Richarda ‚Pablo’ Landruma. Zaczyna Hubbard. To odpowiedź na intrygujące solo Hendersona. Entuzjastyczna. Dmie ile sił w płucach. Dogrywa mu Hancock. Świetnie się rozumieją, współpracowali wcześniej wielokrotnie. Przebija się bas Cartera, dochodzą przeszkadzajki. Zaczyna Hancock. Elegancko, z wyczuciem, koktajlowo. Rytmicznie. Dosadnie. Teraz Benson. Ma feeling. Świetnie prowadzi. Swinguje. Do tego mocne, punktujące uderzenia perkusji De Johnette. Robi się nieco rockowo. Hancock rytmizuje, De Johnette wypróbowuje możliwości swojego zestawu perkusyjnego. Nie oszczędza go, wręcz przeciwnie. Wchodzi Hubbard, uspokajając całe zamieszanie. Porządkuje ten dźwiękowy bałagan motywem przewodnim. De Johnette dopiero po chwili spuszcza z tonu. Dogrywa Henderson i w końcu pojawia się finalne solo Hubbarda. Wyciszenie. Pewnie w trakcie tej odbytej 16tego listopada 1971 roku sesji grali jeszcze dalej.

‚Mr. Clean’ to kompozycja Weldona Irvina, nagrana rok później na jego własnej płycie ‚Liberated Brother’. Numer ma funkowy, kołyszący klimat, w dużym stopniu dzięki równemu basowi Cartera. Pierwsze solo gra Hubbard. Dogrywa mu Hancock. Freddie swobodnie porusza się po całej skali swego instrumentu. Zaczyna Henderson. Jego muzyka sprawia wrażenie pośpiechu. Hancock brzmi jak na nagranym 2 lata wcześniej z Davisem ‚Bitches Brew’. Ta sama psychodelia. Utwór ma atmosferę zaczerpniętą z tamtych sesji. Motyw przewodni porządkuje sytuację. Zaczyna Hancock. Miękko, płynnie. W tle improwizuje Carter. Ciekawy duet. Wchodzi Hubbard, dołącza Henderson. Wyjątkowy moment. Do tego przez chwilkę Benson. Hancock kontynuuje. Wchodzi motyw przewodni. I zaczyna Benson. Tak jakoś bez energii, przygaszony. Dogrywa mu Hubbard. Na koniec wybrzmiewa cały motyw. Konkret.

‚Here’s That Rainy Day’ to romantyczny klasyk autorstwa duetu Burke/Van Heusen. Stanowi raczej dodatek do pierwszych dwóch kompozycji. Słucha się go przyjemnie i bez specjalnego entuzjazmu. Ot miła piosenka na zakończenie płyty. Solo gra Hubbard. Akordami dogrywa mu Benson. Majestatycznie brzmi Carter. Ten numer byłby świetnym dodatkiem do szklaneczki whisky z lodem. Wyciszający.

3 utwory, w sumie dość skromnie. Aczkolwiek pozostawiają dobre wrażenie. Wyróżnia się zdecydowanie numer tytułowy, ma w sobie dużo energii. Całość to raczej zbiór piosenek niż koncept album, ale najwyższy poziom improwizacji w ‚Straight Life’ i w ‚Mr. Clean’ wynagradza minusy tej płyty. Nienasycony słuchacz powinien sięgnąć po resztę nagrań Hubbarda dla CTI. Każde z nich jest godne uwagi.