Gato Barbieri – Fenix

fenix

Flying Dutchman 1971

A1 Tupac Amaru
A2 Carnavalito
A3 Falsa Bahiana
B1 El Dia Que Me Quieras
B2 El Arriero
B3 Bahia

Gato Barbieri – saksofon tenorowy
Lonnie Liston Smith – pianino elektryczne
Ron Carter – bas
Lennie White – perkusja
Na Ná – berimbau, konga
Gene Golden – konga, bongosy
Joe Beck – gitara (A1)

Muzyk o przydomku „Kot” musi chodzić własnymi drogami. Leonardo J. Barbieri (ur. 28.11.1932 w Rosario, Argentyna) przeszedł w swojej karierze ewidentnie swoją drogę. Zaczynał w latach 50tych grając w ojczyźnie tanga, pracował w orkiestrze rodaka Lalo Schifrina, w przyszłości jednego z najbardziej znanych kompozytorów filmowych („Bullitt”, „Wejście Smoka”). W 1962 roku przeniósł się do Europy.

Zupełnie nowy etap zaczyna się dla Barbieriego w momencie poznania trębacza Dona Cherry, znanego wówczas przede wszystkim ze współpracy z Ornette Colemanem. W połowie lat 60tych nagrywają dwa świetne free jazzowe albumy dla Blue Note – „Complete Communion” i „Symphony for Improvisers”. Staje się dzięki temu prawdziwym jazzmanem. Grać z Donem Cherrym, kiedy free jazz był na topie, to musiało być coś.

Pod koniec lat 60tych zaczyna nagrywać jako lider dla wytwórni Flying Dutchman i Impulse!. Powraca do brzmień swojej młodości, wykorzystuje w swojej muzyce latynoskie i afrykańskie motywy. Staje się protoplastą world music. Kolejnym zwrotem akcji jest nagranie soundtracku do „Ostatniego Tanga w Paryżu” Bernarda Bertolucciego w 1972 roku. Gato staje się sławny, jego kukiełkowa postać pojawia się nawet w Muppetach. Zaczyna nagrywać soul jazzowe płyty, zahaczając o pop. W 1982 umiera jego żona. Przechodzi zawał serca. Na wiele lat wycofuje się z grania. Wraca w latach 90tych albumem „Que Pasa” (1997). Nadal jest aktywnym muzykiem.

„Fenix” został nagrany w studio Atlantic w Nowym Jorku 27 i 28 kwietnia 1971. Barbieri zebrał świetny skład – Lonnie Liston Smith na pianinie elektrycznym był świeżo po współpracy z Pharaohem Sandersem, z którym Barbieri grał na „Symphony for Improvisers”, więc rozumieli się telepatycznie. Sekcja rytmiczna to absolutna człówka grania fusion – Ron Carter na basie i Lennie White na perkusji. Do tego doszli jeszcze muzycy latynoscy – Na Ná na berimbau i Gene Golden na bongosach.

Wiekszość kompozycji na płycie to melodie tradycyjne. Zaczyna sie jednak od ‚Tupac Amaru” autorstwa Barbieriego. Berimbau, symbol brazylijskiej sztuki walki ‚Capoeiry’, bongosy, delikatne dźwięki gitary Joe Beck’a. I charakterystyczny tenor Barbieriego, emocjonalne brzmienie, pełne latynoskiej pasji i melodyjności rodem z południowej Ameryki. Pianino Lonnie Liston Smitha dodaje element psychodelicznego jazz-rocka rodem z Bitches Brew (Na którym zresztą grał Lennie White, obecny na tej płycie). Bardzo ładny to wstęp do ‚Carnavalito’, pełnego mocy numeru, najlepszego na płycie. Zaczyna bas Cartera, wchodzą konga i berimbau. Zaczyna Barbieri. To co gra w tym utworze to prawdziwe mistrzostwo świata. Porywające dźwięki. Lonnie Smith świetnie akompaniuje na pianinie. Bardzo tanecznie i zarazem awangardowo, fragmentami melodyjnie, czasem na granicy wytrzymałości słuchacza. Wybitne granie. Jest coś elektryzującego w tych powtarzanych przez Gato transowych motywach saksofonu tenorowego, jakaś pogańska siła rodem z Afryki i Ameryki Południowej. Sekcja rytmiczna niesie ten utwór przez całe 9 minut nie dając chwili wytchnienia. Dopiero dźwięki pianina w ‚Falsa Bahiana’ pozwalają się odpowiednio zrelaksować. Ten utwór to zapowiedź przyszłych tonacji Gato Barbieriego. Latino Pop Jazz, bardzo miły dla ucha i w sumie bezpretensjonalny. Koktajlowy. Lekko zahaczający o klimaty a la Statek Miłości.

B Side zaczyna się klasykiem latino ‚El Dia Que Me Quieras’. Pełen relaks. Morze, plaża. Romantico. Sympatyczna melodia. Przepływa lekko, jest nieco łzawe, ale w sumie wszyscy lubimy czasem wzruszyć się przy muzyce. Do tego chwytające za serce dźwięki saksofonu. Ewidentnie jest to piosenka o miłości. Następne ‚El Arriero’ pozwala odetchnąć po przytłaczającej nieco wylewności emocjonalnej poprzedniego utworu. Rzeczywiście ma w sobie powiew świeżości, wrażenie przestrzeni. Lonnie Liston Smith brzmi energetycznie, Barbieri gra wirtuozerskie sola, sekcja rytmiczna pracuje profesjonalnie, raczej trzymając się założeń lidera. Jest w tym utworze coś ludycznego, muzyka ulicy. Brzmi też w nim nostalgia za rodzinną Argentyną. Pod koniec pojawia się wokal. Mógłby to być fragment jakiejś ścieżki filmowej. Ekranowy potencjał muzyki Barbieriego musiał dostrzec Bertolucci angażując go do swojego dekadenckiego „Ostatniego Tanga w Paryżu”. ‚Bahia’ zamyka płytę. Znowu pojawia się berimbau. Do tego jakieś studyjne echa i pogłosy. Rozkręca się bas i konga, dochodzi pianino i talerze Lennie White’a. Delikatne i rytmiczne to granie, kwintesencja stylu Gato Barbieriego. Słychać, że świetnie czuje się w tym utworze, zaczynał od Coltrane’a i pasuje mu ten styl. Jednak brakuje Barbieriemu tego coltrane’owskiego smutku i melancholii, w jego graniu czuć południową radość życia. Miło się tego słucha kiedy za oknem szarówka.

Można nie być specjalnym fanem latin jazzu, na samą myśl o kongach i słodkich melodiach dostawać odruchu wymiotnego, unikać jak ognia ognistych dęciaków. A jednak „Fenix’ to płyta uniwersalna i świetnie zagrana. Osadzona w swojej epoce, ale mająca wciąż swój urok. Uwodząca.