John Abercrombie ‎– Timeless

timeless

ECM 1975

A1 Lungs
A2 Love Song
A3 Ralph’s Piano Waltz
B1 Red And Orange
B2 Remembering
B3 Timeless

John Abercrombie – gitara

Jan Hammer – pianino, syntezator, organy

Jack DeJohnette – perkusja

Wzorcowy gitarzysta fusion ery ECM.

Automatycznie nasuwa się porównanie z najlepszymi gitarzystami ery fusion Johnem Mclaughlinem i Goerge’m Bensonem. John Abercrombie dobrze wkomponowuje się w tę grupkę, nie odstając zbytnio od poziomu gry tych tuzów jazz-rocka. Przy czym bliżej mu do klarownej gry Bensona niż do rockowego zacięcia rodem z Wysp Brytyjskich Mclaughlina.

Urodzony pod koniec II Wojny Swiatowej w Port Chester w stanie New York Abercrombie dość szybko załapał się do Iwszej ligi jazzowego grania. Już w wieku 23 lat dostał pierwsze gigi od Johnny Hammond Smitha i braci Brecker (zespół jazz-rockowy Dreams). Szybko został cenionym muzykiem studyjnym Gato Barbieriego i Gila Evansa. Z Billem Cobhamem nagrał kluczowe dla rozwoju trendu fusion albumy ‚Total Eclipse’ ‚Crosswinds’ i Shabazz’ (1974-75). Równolegle uśmiechnęło się do Abercrombiego szczęście w postaci samego Manfred Eichera, szefa ECM.

Debiutancki album w roli playmakera ‚Timeless’ ukazał się w 1974 roku i został doskonale przyjęty przez krytyków. Nagrany w towarzystwie czeskiego pianisty Jana Hammera i perkusjonisty Jacka de Johnette w trio o dość niestandardowym składzie (bez basisty), ‚Timeless’ do dziś zachwyca progresywnym brzmieniem, jakże modnym wówczas w rocku (Yes, Genesis). Równolegle do rozbuchanej formy pojawia się na tym albumie element wyciszenia jakże charakterystyczny dla wytwórni ECM.

Zaczyna się progresywną pogonią. To w muzyce jazzowej czasy wirtuozów. Kto zagra szybciej, ten zagra lepiej. Bezpowrotnie minęły czasy kwasowego luzu, do głosu ewidentnie dochodzą przyspieszacze wszelkiego sortu. Jan Hammer i Jack De Johnette ścigają się z Georgem Duke i Billy Conhamem. Jedynie Abercrombie nie ściga się z nikim.

‚Lungs’ (Płuca) oddychają w bardzo szybkim tempie aż do zadyszki w 4tej minucie. Brzmienie jak to u Manfreda Eichera jest bliskie ideału (niemiecka czystość i precyzja dają tu o sobie znać). Robi się dosyć funky, przestrzeń wykreowana przez szanowne trio przypomina nieco kilka lat wcześniejsze ‚Echoes’ Floydów. Solo Abercrombiego jest miejscami mocno rockowe.

‚Love Song’ doskonale zabrzmiałby na plenerowym koncercie. Urzeka ale nie przesładza. Pianino Jana Hammera wybrzmiewa w podobnych rejestrach co instrument również związanego z wytwórnią ECM Keitha Jarretta.

Swingujący ‚Ralph’s Piano Waltz’ pozwala Abercrombiemu na rozwinięcie skrzydeł. Motyw przewodni jest zdecydowanie frapujący. Słychać, że lider świetnie się czuje w takim miękkim swingu. Jan Hammer zgrabnie kontrapunktuje solo gitary. Momentami robi się latynosko, melancholijnie. W końcu i sam Hammer rozkręca dynamiczne solo.

‚Red And Orange’ to już 100% progressive latino, połamane rytmy, oszalałe dźwięki. Charakterystyczne niskie, zgaszone basy pianina Hammera ciekawie korespondują z elektrykiem Abercrombiego. Tak jak w otwierającym płytę ‚Lungs’ trio rzuca jazzową rękawicę Mahavishnu Orchestra (w którym zresztą Hammer grał) i Spectrum Cobhama (też tam grał, jak i sam lider). Piekło fusion otwiera się w pełnej krasie w tym dość krótkim utworze. Ci muzycy nie biorą jeńców.

Przeciwwagą dla demoniczności ‚Czerwonego i Pomarańczowego’ (Kolory Hiszpanii?) jest zdecydowanie wyciszony ‚Remembering’. Abercrombie łapie tym razem gitarę akustyczną. Całość ma pewne cechy XX wiecznej muzyki awangardowej. Jest w nim coś z klimatu Erica Satie (pianino).

Tytułowy ‚Bezczas’ rzeczywiście wprowadza słuchacza w rodzaj zawieszenia w czasoprzestrzeni. Dopiero tutaj słychać echa Davisowskich poszukiwań z czasów ‚In the silent way’. Motyw przewodni, którego nie powstydziłaby się Metallica wchodzi po 4rech minutach relaksu. Muszę przychylić się do opinii Dionizego Piątkowskiego z jego Encyklopedii Jazzu – muzyka tria w tym szczególnie utworze jest ‚delikatna i wysmakowana’. Muzyka poza czasem, wyjątkowa.