Florian Pellissier Quintet – Biches Bleues

fpbb

Heavenly Sweetness 2014

A1 J’Ai Dû Rêver
A2 Sorcière, Sorcière
A3 Valse Pour Hélène
A4 Biches Bleues
B1 Arumis
B2 Six Jours Après La Guerre
B3 Un Roman Inachevé
B4 Danse Cadaverous
B5 Cinq Minutes Avant La Fin

Christophe Panzani – saksofon
Yoann Loustalot – trąbka
Florian Pellissier – pianino
Yoni Zelnik – kontrabas
David Georgelet – perkusja

Florian Pellissier Quintet równa się zerowa rozpoznawalność autorów/muzyków a zarazem potężna dawka akustycznego jazzu we francuskim wydaniu (‚french touch’). Florian Pellissier, pianista, fan Herbie Hancocka, rocznik 1974, Francuz, współpracownik Dj Cam’a, uczył się jazzu m.in od Kenny Barrona. Podczas pobytu w NY grał regularnie w klubie Village Vanguard. Kwintet w obecnym skladzie istnieje od kilku lat, to ich druga płyta po „Diable et son Train” z 2012 roku. Ograny na wielu europejskich festiwalach i w paryskich klubach. Wydana dla Heavenly Sweetness płyta „Biches Bleues” („Niebieskie łanie”) to ‚najlepiej strzeżony sekret francuskiego jazzu’ (wg. notatki na okładce). Składa się na nią 7 kompozycji Pellissier’a, jedna sygnowana przez Jeffa Gilsona (A3) a B4 autorstwa samego Wayne’a Shortera.

Blisko 50 minut muzyki to spora dawka dobrego brzmienia. Wydaje się, że inspiracją dla zespołu Pellissiera był drugi kwintet Milesa Davisa z Hancockiem (pianino) i Waynem Shorterem (Saksofon tenorowy) w składzie (1964-1969). Chociaż równie dobrze mógłby to być pierwszy kwintet Davisa z Johnem Coltrane’m na saksofonie tenorowym i Billem Evansem na pianinie (1955-1958). Pod względem progresywnego brzmienia i sympatii dla Herbiego Hancocka obstawiam jednak 2 kwintet Davisa…

Oczywiście porównania do absolutnych gigantów jazzu takich jak Davis, Coltrane czy Shorter jest nieco na wyrost, natomiast nasuwa się skojarzenie w kwestii składu instrumentalnego zespołu Pellissiera. Wysokooktanowy saksofon Christophe’a Panzaniego podkręca atmosferę płyty. Dość zamglona tonacja trąbki przypomina nieco grę Dona Cherry z końca współpracy z Ornette Colemanem, a nawet jeszcze bardziej z okresu współpracy Cherriego z Gato Barbierim. Co ciekawe trębacz Yoann Loustalot zahacza miejscami również o tonacje Tomasza Stańko z ECM’owych płyt mistrza. Duch Manfreda Eichera pojawia się gdzieniegdzie w bardziej wyciszonych fragmentach albumu.

Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu tego albumu – granie sprawia tym gościom ogromna radość. Nie ma w tej muzyce niczego wysilonego, nadmiernie wykoncypowanego – wyczuwa się, że ten kwintet miał czas porządnie się zgrać podczas występów na żywo. I jeśli jest w te nagrania włożony wysiłek, a zapewne jest, to znika on pod dźwiękową kołderką pozytywnych emocji muzyków.

Do niektórych utworów swobodnie można tańczyć (‚J’Ai Dû Rêver’), niektóre niosą ze sobą niezwykłą atmosferę paryskiej kafejki o poranku w deszczu (‚Biches Bleues’). Najwięcej dzieje się na krawędzi stron. Tytułowy utwór wieńczy pierwszą stronę płyty. Najdłuższa kompozycja na płycie ‚Arumis’ otwiera B side. Blisko 12 minut bardzo zróżnicowanego grania, od bopowo-rockowego pościgu aż po wyciszenie. Zdecydowanie jest to wisienka na torcie ‚Biches Bleues’. ‚Sorciere Sorciere’ – czarownica zapewne nawiązuje do davisowskiego albumu Sorcerer – Czarnoksiężnik z okresu 2giego kwintetu. Na albumie znalazło się również miejsce na coltrane’owski w duchu walczyk (‚Valse Pour Hélène’), marsz pogrzebowy (‚Six Jours Après La Guerre’), ‚Un Roman Inachevé’ z doskonałymi solami trąbki i saksofonu, w stylu wczesnego Hancocka, elegancki ‚Dance Cadaverous’ autorstwa samego Wayne’a Shortera i zamykający album, progresywny ‚Cinq Minutes Avant La Fin’.

Szczególnie cieszy w kontekście tej płyty, że pojęcie ‚francuski jazz’ nie będzie się już tylko kojarzyło ze skrzypkami Jean Luc Ponty’m i Stephanne Grappellim. Z całym szacunkiem dla pana Michała Urbaniaka, skrzypce to jednak mało jazzowy instrument.

Takie płyty jak ta podtrzymują wiarę w to, że plotki o śmierci Jazzu – rozwojowego gatunku muzyki popularnej – są zdecydowanie przedwczesne.

http://www.florianpellissierquintet.com

George Benson ‎– In Concert – Carnegie Hall

benson

CTI Records 1976

A1 Gone
A2 Take Five
B1 Octane
B2 Summertime

George Benson – gitara
Hubert Laws – flet
Ronnie Foster – pianino elektryczne
Wayne Dockery, Will Lee – bas
Andy Newmark, Marvin Chappell, Steve Gadd – perkusja
Johnny Griggs, Ray Armando – perkusjonalia

Wielki stylista, genialny interpretator o soulowym brzmieniu, George Benson zrobił niewątpliwie karierę. Rozbrat ze światem jazzu i wkroczenie do świata popu nastąpiło płynnie. Jako bezbłędny technik mógł właściwie zagrać wszystko – od klasycznego jazzu, przez jazz modalny, fusion, aż do disco. Muzyka to nie zawody o złote kalesony, ale gdyby zrobić ranking najlepszych gitarzystów w historii muzyki popularnej to pewnie mógłby spokojnie znaleźć się w pierwszej 20tce. Posiadający ogromną paletę dźwięków, od smooth jazzu aż po awangardowe dysonanse (z dużą przewagą tego pierwszego brzmienia), Benson na każdej swojej płycie udowadniał, że jest świetnym technikiem i bardzo wszechstronnym gitarzystą. Był z jednej strony uwielbiany, z drugiej – oskarżany o sprzeniewierzenie się jazzowemu graniu. Jazzowi puryści mówili stanowcze nie jego poczynaniom, natomiast był uwielbiany w środowisku „Wszystko za disco”. George Benson – wyjątkowy artysta.

Płyta In Concert nagrana dla Creeda Taylora to zapis koncertu z Carnegie Hall w Nowym Jorku. W przepięknym anturażu dźwięki jego gitary brzmią wyśmienicie i dyskretnie. Wspiera go niezwykły flecista jazzowy Hubert Laws, również gwiazda CTI, oczywiście nie tej wielkości co Benson, ale równie interesująca postać. Do tego pianista soul jazzowy Ronnie Foster, autor znakomitych albumów dla Blue Note takich jak Two-Headed Freap i Cheshire Cat. W sesji koncertowej uczestniczyło również 2 basistów, 3 perkusistów i 2 muzyków grających na instrumentach perkusyjnych. Bogata forma nie przysłania w tym przypadku treści, a są nią 4ry utwory – standard ‚Summertime’ George Gershwina, ‚Take Five’ Paula Desmonda. Dwie kompozycje Bensona – ‚Octane’ i szczególnie ‚Gone’ nie odstają znacząco od wyżej wymienionych standardów jazzowych – cała ekipa gra bardzo dobrze, a Benson miejscami elektryzująco. Do tego akustyka Carnagie Hall. Perełka.