Archie Shepp ‎– Mama Too Tight

mam too tight

Impulse! 1966

A Portrait Of Robert Thompson (As A Young Man)
A1a Prelude To A Kiss
A1b The Break Strain – King Cotton
A1c Dem Basses
B1 Mama Too Tight
B2 Theme For Ernie
B3 Basheer

Archie Shepp – saksofon tenorowy
Perry Robinson – klarnet
Tommy Turrentine – trąbka
Howard Johnson – tuba
Grachan Moncur III, Roswell Rudd – puzon
Charles Haden – bas
William Godvin (Beaver) Harris – perkusja

W tym momencie kończą się żarty i zaczyna soczyste free jazzowe łomotanie. Archie Vernon Shepp (rocznik 1937) to w jazzie zdecydowanie zawodnik wagi ciężkiej. Zafascynowany możliwościami saksofonu tenorowego, szczególnie w wykonaniu Johna Coltrane’a, od początku lat 60tych współpracował z tuzami freejazzowego grania – Cecilem Taylorem (pianino) i Donem Cherry’m (trąbka). Z samym mistrzem nagrał 2 płyty – Ascension (1965), ekstremalny przykład coltrane’owskiego pojmowania free i ‚New Thing at Newport’ (relacja z koncertu z 1965 roku, na którym wystąpił obok kwartetu Coltrane’a z Billy Hutchersonem na wibrafonie również w składzie kwartetowym. Hołdem złożonym mistrzowi była doskonała płyta ‚Four for Trane’ z 1964 roku, wyprodukowana zresztą przez Coltrane’a, na której znalazły się 4 jego kompozycje (m.in. ‚Naima’) i jedna kompozycja Shepp’a /Rufus (Swung, His Face At Last To The Wind, Then His Neck Snapped)/. Łatwo zauważyc, jak duży wpływ na muzykę Shepp’a miała twórczość Coltrane’a. Jednakowoż Shepp wykształcił dość szybko swój własny styl grania na saksofonie tenorowym, równie mocny w tonie jak Coltrane’a.

W 1965 roku, już na własną rękę wydaje 2 albumy – ‚On this Night”, nagraną w trio ze wspomnianym wcześniej Bobby Hutchersonem i ‚Fire Music’ (sekstet, 4ry instrumenty dęte) , obie dla Impulse!, wyprodukowane przez Boba Thiele. W ten sposób dochodzimy do roku 1966 i do kolejnych 2ch albumów wydanych przez wytwórnię Impulse! – zapisu koncertu z San Fran (‚Live in San Francisco’ w składzie kwartetu z Roswellem Ruddem na puzonie) i ‚Mama Too Tight’ w rozbudowanym składzie octetowym.

Od początku płyty jest dość ekstremalnie. Wyczuwalne jest w pierwszym najdłuższym utworze na płycie, suicie ‚A Portrait Of Robert Thompson (As A Young Man)’ potężne kreatywne napięcie wśród muzyków oktetu. Chaos panuje w najlepsze. Abstrakcyjna forma tego utworu przemawia do wyobraźni, może kojarzyć się z obrazami np. Jacksona Pollocka. Ekscytacja, elan vital, przekraczanie granic. Przed Sheppem tak ostro grali właściwie tylko Coleman z podwójnym kwartetem na ‚Free Jazz’, Albert Ayler z Donem Cherry na ‚New York Eye And Ear Control’ i Coltrane na ‚Ascension’ (już nieco lżej). Całkowita muzyczna degrengolada, która może wywoływać ciarki na zwojach mózgowych słuchacza. Perkusista tłucze ile wlezie w swój zestaw. Dęciaki zawodzą jak koty podczas ruji. Pierwsze 8 minut płyty robi duże wrażenie, mogę sobie tylko wyobrazić jak ta płyta była odbierana w momencie premiery. Fani jazzu tańczyli wówczas do przyjaznych i dość łatwo absorbowanych dźwięków ‚Cantaloupe Island’ Hancocka i ‚Sidewindera’ Lee Morgana, a tu nagle taka jazda bez trzymanki. Kilka minut spokojnego bluesa i znowu zaczyna się jazzowe szaleństwo. Saksofon tenorowy, trąbka, klarnet i 2 puzony – nie brali jeńców. Do tego William Godvin (Beaver) Harris z niewiadomego powodu zwany familiarnie bobrem walący w bębny nie gorzej niż młody bohatera świetnego zresztą filmu ‚Whiplash’. Nie da się tego słuchać zbyt często, bo delikwent może szybko trafić na leczenie neuroz do najbliższego psychoterapeuty. Big bandowe, bluesowe zakończenie utworu to czysta przyjemność słuchania, wręcz na pograniczu muzycznego żartu. Mieli chłopaki luz.

Otwierająca stronę B tytułówka to za to prawdziwy funkujący dynamit! Jest rytm, jest groove, perkusja chodzi jak maszyna, dęciaki wygrywają motyw przewodni, solówka goni solówkę. W Nowym Orleanie był karnawałowy szał przy tym numerze na bank. ‚Mama too tight’ to hit wcale nie mniejszy od ‚Cornbread’a’ Lee Morgana czy też ‚Watermelon Man’ Hancocka. A do tego jeszcze free jazzowe smaczki. Funkowa delicja.

‚Theme for Ernie’ to sympatyczny przerywnik po 2 pierwszych potworach. Nowoorleański snój bluesowo pogrzebowy. Smutek, nostalgia i pół litra burbon & whiskey. Chwila na refleksję. Shepp nie byłby sobą, gdy na koniec nie zaserwował treściwego free sola.

Płytę kończy ponad 10 minutowy ‚Basheer’. Trochę bluesa, trochę wschodnio-brzmiących asonansów. Skomplikowane motywy, swingująca perkusja, dziwadło wyjątkowe. Człowiek się zastanawia, czym zaskoczą w kolejnej minucie trwania tego zagadkowego utworu. Robi się free, dęciaki grają równolegle sola, perkusja zwalnia, przyspiesza, może nie jest to już poziom degrengolady i dysharmonii z pierwszego utworu, ale się dzieje. Tempo zwalnia prawie do zera absolutnego, pierwsze skojarzenie – Charles ‚Zabijaka’ Mingus i jego ‚Black Saint and the Sinner Lady’ wydane również dla Impulse! zresztą. Wchodzi synkopowany rytm podawany przez puzony. Shepp grzeje swoją rurę do oporu. To nie jest muzyka dla normalnych ludzi.

Nieco pomijany w klasyfikacjach najlepszych jazzowych saksofonistów Archie Shepp udowadnia na tej płycie jak trzeba grać żarliwy free jazz. Ma styl, ma klasę, ma power. Ta płyta naprawdę robi wrażenie!

Grant Green ‎– Iron City!

ic

Cobblestone 1972

A1 Iron City
A2 Samba De Orfeu
A3 Old Man Moses
B1 Put On Your High Heels Sneaker
B2 Sometimes I Feel Like A Motherless Child
B3 Work Song

Grant Green – gitara
Big John Patton – organy hammonda
Ben Dixon – perkusja

Jeden z najbardziej niedocenianych gitarzystów jazzowych w historii, Grant Green zniknął ze sceny stosunkowo szybko, bo na początku lat 70tych z powodu uzależnienia od narkotyków. Najlepszy okres w jego karierze zaczął się wraz z albumem ‚My Point of View’ Herbie Hancocka, na którym zagrał razem z wiecznie uśmiechniętym wirtuozem pianina i autorem wszystkich kompozycji na płycie, jak też z całą resztą ponadprzeciętnego zespołu (m.in. Donald Byrd na trąbce, Anthony Williams na perkusji, Hank Mobley na saksofonie tenorowym). To był rok 1963. Kolejne 2 lata to artystycznie same gwoździe – ‚Idle Moments’ z Bobby Hutchersonem i Joe Hendersonem, wydane pośmiertnie (1979) ‚Matador’i ‚Solid’, sesje nagraniowe z 1964 roku z Elvinem Jonesem i McCoyem Tynerem, wówczas niewydane. Współpraca z genialnym pianistą organowym Larry Youngiem zaowocowała wtedy nagraniem 2 albumów oczywiście również dla wytwórni Blue Note – ‚Talkin’ About’ i ‚Into Somethin’, ta ostatnia sygnowana przez Younga z udziałem Sama Riversa na saksofonie tenorowym. Ten okres to apogeum sukcesów Greena. Niestety pogłębiające się problemy z narkotykami szybko popsuły artystyczną drogę Greena, skutkując w latach 70tych problemami ze zdrowiem i ostatecznie śmiercią w 1979 roku. Mimo krótkiego życia dorobek artystyczny Greena robi wrażenie. Jeszcze w latach 60tych nagrał interesujące sesje dla Blue Note („Carryin’ On” z Idrisem Muhammadem na perkusji i wielokrotnie samplowany album ‚Alive’, zapis koncertu z 1970 roku sekstetu z uczestnictwem m.in. Ronnie Fostera na organach). Z tego okresu, bardziej funkowego niż lata 63-65, warte uwagi są jeszcze 2 albumy – soundtrack ‚The Final Comedown’ z 1972 roku i energetyczny album ‚Shades of Green’ (1972).

Stylowo Green mieścił się w szerokim spektrum soulowo-bluesowego, bardzo rytmicznego grania, przy czym lata, głównie w triach z organami i perkusją, nauczyły go niezwykłej klarowności i elegancji brzmienia. Dość nietypowo jak dla gitarzysty zainspirowany w swojej twórczości muzykami grającymi na instrumentach dętych (‚horn players’) takimi jak Charlie Parker i Miles Davis, próbował odtwarzać ich sposób grania w wersji gitarowej, z bardzo interesującym skutkiem. Dzięki takiemu podejściu uzyskał bardzo nieszablonowe brzmienie i indywidualny styl.

Album ‚Iron City!’ jest efektem sesji nagraniowej z 1967 roku. Płyta wydana dla dość niszowej wytwórni Cobblestone z NY w roku 1971 to zapis tria Greena z Big Johnem Pattonem na organach i Benem Dixonem na perkusji (wcześniej grających dla Arta Blakey’a). Pionierem takich zespołów jazzowych był świetny, funkujący organista Jimmy Smith już w latach 50tych. Sam Green ujmował to krótko – „gitara i organy dobrze współbrzmią’ („guitar and organ go well together”). ‚Iron City!’ zawiera 6 utworów, dość zróżnicowanych brzmieniowo: od soul-jazzu z elementami funku (‚Iron City’, bardzo taneczne ‚Put On Your High Heels Sneaker’), przez motywy latynoskie (‚Samba De Orfeu’), bluesowe zacinanie (wręcz rockowy ‚Old Man Moses’ i barowy ‚Work Song’) po przepełnione smutkiem ballady jazzowe (‚Sometimes I Feel Like A Motherless Child’). Może nie jest to arcydzieło, ale słucha się tego albumu z wielką przyjmnością. Przeważają w nim proste i skuteczne rozwiązania techniczne i melodyczne. Można tańczyć!

Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder ‎– Spark Of Life

sol

ECM 2014

1. Austin
2. Sudovian Dance
3. Spark Of Life
4. Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan
5. Message In A Bottle
6. Sleep Safe And Warm
7. Three Reflections
8. Still
9. Actual Proof
10. Largo
11. Spark Of Life

Joakim Milder – saksofon tenorowy
Marcin Wasilewski – pianino
Sławomir Kurkiewicz – bas
Michał Miśkiewicz – perkusja

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Cenimy rodzimych artystów, ale w sumie często bardziej są doceniani za granicą niż w Polsce. Być może wynika to z braku dystansu do ich twórczości, wykrzywiającego nieco perspektywę oceny ich dokonań. Kompozycje filmowe Komedy są regularnie wydawane zagranicą, żeby kupić wydanie winylowe jego dzieł z muzyką filmową/nowoczesną trzeba sięgać aż do czasów komuny (repressu Poljazzu z 1989), posiadać wypchany portfel i sporą tolerancję na zużycie techniczne (25 lat robi swoje). Kompozycje Andrzeja Korzyńskiego zaczęły być wydawane w Polsce dopiero wtedy, gdy Finders Keepers odkurzyło m.in jego nagrania z filmów Żuławskiego (‚Trzecia część nocy’, ‚Opętanie’). Można tak długo wymieniać.

Przypadek wytwórni ECM jest trochę inny. Płyta ‚Sparkle of Life’ Tria Marcina Wasilewskiego razem ze skandynawskim saksofonistą Joakimem Milderem jest naturalną kontynuacją polityki labelu, a nie efektem gospodarczych mechanizmów rynku, który nie znosi próżni – jeśli sami nie wydajemy płyt naszych artystów, to zrobią to inni. Manfred Eicher, szef ECM miał od początku pomysł na swój label. Wydaje głównie artystów europejskich (Terje Rypdal, Tomasz Stańko, Jan Garbarek), nie gardząc jednakowoż twórczością amerykańskich jazzmanów (Keith Jarrett, Gary Burton, Jack De Johnette), z delikatną przewagą wyważonego grania rodem ze starego kontynentu. Pierwszą płytą wydaną dla ECM przez polskiego artystę była ‚Balladyna’ Stańko z 1975 roku.

Wasilewski, Kurkiewicz i Miśkiewicz tworzyli wcześniej Simple Acoustic Trio, wydając przed 20 laty bardzo wysokiej klasy album z utworami wspomnianego wcześniej Krzysztofa Komedy (‚Komeda’ GOWI 1995). W tym samym roku zaczęła się współpraca trio z mistrzem trąbki Tomaszem Stańko, czego owocem był album Matka Joanna (ECM 1995), nawiązujący tematycznie do klasycznego filmu Jerzego Kawalerowicza. Kolejne albumy dla ECM sypały się jak z rękawa – ‚Soul of Things’ (2002), ‚Suspended Night’ (2004) i Lontano (2006). W pewnym momencie Trio zaczęło nagrywać już bez Stańko. W 2008 powstaje ich debiut dla Eichera – ‚January’. Kolejny ze świetnej serii jest bliski doskonałości album ‚Faithfull’ z 2011 roku.

Skład na zeszłoroczny album ‚Spark of Life’ zostaje rozszerzony o wysokiej klasy saksofonistę Joakima Mildera, który współpracował, a jakżeby inaczej, z Tomaszem Stańko, przy nagraniu albumy ‚Litania’ w 1997 roku (Septet w składzie m.in z gitarzystą Terje Rypdalem i pianistą Bobo Stensonem). Ciekawostką jest wykorzystanie przez Trio utworów z kręgu muzyki pop/rock – ‚Message in a Bottle’ grupy The Police i ‚Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan’ grupy Hey. Na szczególną uwagę zasługuje ta pierwsza wersja utworu autorstwa Stinga, bardzo rozbudowana, blisko 8mio minutowa, z elementami free jazzu. The Police we free jazzowej wersji? Brawo za koncepcję.

Na albumie znajduje się naprawdę dużo materiału, w wersji winylowej musiałby to być podwójny album. Muzyka płynie, czasem meandruje, melancholijna atmosfera tego albumu wciąga po uszy. Oprócz kompozycji lidera grupy można na niej znaleźć m.in utwory Komedy (kołysanka ‚Sleep Safe and Warm’) i Herbie Hancocka (‚Actual Proof’ z płyty ‚Thrust’ z 1974 roku), Joakima Mildera (‚Still’) i ‚Largo’ modernistycznej skrzypaczki Grażyny Bacewicz (1909-1969) zaaranżowane przez basistę Sławomira Kurkiewicza.

Ten album to perfekcyjna robota doskonale zgranych muzyków z dodatkiem abstrakcyjnych dźwięków saksofonu Joakima Mildera. Słucha się jej bez większego wysiłku, co nie oznacza wcale, że jest to muzyka łatwa. Muzycy osiągnęli przez 20 lat wspólnego grania taki poziom symbiozy, że właściwie brzmią jak jeden organizm. Do tego dochodzi jak zawsze doskonała jakość ecmowskiego nagrania.

Z niecierpliwością czekam na następny album trio Marcina Wasilewskiego.