Andrzej Kurylewicz Quintet ‎– Go Right

go right

Polskie Nagrania Muza 1963

A1 Go Right
A2 Obsession
A3 Green Eyed Girl
A4 Yenom On
B1 So-So
B2 Nyamaland
B3 One Step Nearer You
B4 Minor Bop
B5 Microphonophobia

Andrzej Kurylewicz – trąbka
Jan Ptaszyn Wróblewski – saksofon tenorowy, flet
Wojciech Karolak – pianino
Tadeusz Wójcik – bas
Andrzej Dąbrowski – perkusja

kurylewicz andrzej forum portret_7111126

Tradycyjnie (w przypadku Kurylewicza nawet bardzo) na początku parę słów biograficznych, tym razem w całości za Dionizym Piątkowskim i jego Encyklopedią Jazzu (z braku innych źródeł o jazzowej karierze A.Kurylewicza) .

‚Na scenie jazzowej debiutował jeszcze w okresie studiów grając w klubie studenckim Rotunda. W 1954 związał się z zespołem MM 176 (gdzie grali m.in. wibrafonista Feliks Kotarba oraz akordeonista Andrzej Trzaskowski). Spotkanie z Trzaskowskim oraz innymi muzykami krakowskimi (Dudusiem Matuszkiewiczem), a także Komedą wywarło znaczny wpływ na muzyczną percepcję Kurylewicza.

Awangardowa muzyka, jaką proponował Trzaskowski była zaprzeczeniem ulubionego przez Kurylewicza swingu. W 1955 założył więc własny kwintet, który później przekształcił się w Sekstet Organowy Polskiego Radia. Do grupy pozyskał znamienitych ówczesnych muzyków: Z. Gadomskiego, R. Garbienia, St. Drążka Kalwińskiego, L. Lica, J. Mysińskiego.

Początkowo zespół nagrywał dla potrzeb radia swingującą muzykę rozrywkową, by powoli ewoluować w kierunku jazzu. Na festiwalu młodzieży i studentów w Warszawie (1955) wystąpili już jako grupa dixielandowa, a rok później, na I Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 1956, jako nowoczesny zespół, grający w składzie J. Bednarczyk – trąbka, Z. Gadomski – trąbka, R. Garbień – kontrabas, A. Kurylewicz – fortepian, L. Lic – klarnet, R. Szumlicz – perkusja, J. Tatarak – saksofon tenorowy oraz śpiewająca Wanda Warska. Zespół K. konkurując z ultranowoczesnym, jak na owe czasy, Sextetem Komedy, wzbudził zainteresowanie. Podkreślano przede wszystkim doskonałą technikę pianisty, uderzenie oraz inwencję harmoniczną.

W 1957 na II Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Sopocie A. Kurylewicz grał jednak ponownie w zespole dixielandowym (Hot Club Melomani). W tym samym roku – wzbudzając sensację jako pierwszy muzyk zza „żelaznej kurtyny” – uczestniczył z Orkiestrą SDF w koncercie jazzowym w Stuttgarcie (RFN).

W 1959 napisał pierwszą muzykę filmową („Powrót”), której pozostał wierny przez długie lata. Przez trzynaście lat Kurylewicz proponował każdej edycji Jazz Jamboree swój nowy program: w latach 1958-71 występował z różnymi formacjami m.in.: Jazz Believers, Moderniści, własnym trio, kwartetem i kwintetem oraz z Orkiestrą Jazzową Polskiego Radia. Równocześnie (1969-78) prowadził awangardową formację muzyki współczesnej, łączącą wszystkie współczesne trendy muzyczne. W 1971 roku Formacja Muzyki Współczesnej wystąpiła na nobliwym Jazz Jamboree. Była to grupa o często zmieniajacym się składzie, łączaca jazz nowoczesny z europejska muzyka awangardową.

W 1975 poświęcił się całkowicie pracy kompozytorskiej zajmując się pisaniem muzyki symfonicznej, kameralnej, sakralnej, filmowej, teatralnej, baletowej.’

Warto jeszcze dodać, że Kurylewiczowi często towarzyszyła Wanda Warska (wokal). Z ciekawostek – Skalpel zsamplował motyw pianina z Romancy Cherubina z płyty Kurylewicza z Warską i Niemenem ‚Muzyka Teatralna i Telewizyjna’ z 1971 roku w utworze ‚Newly Arrived in Poland’ z epki ‚Polish Jazz z 2000 roku.

To tyle faktów. Natomiast na samym albumie zwanym popularnie numerem zerowym z serii Polish Jazz znajduje się 9 utworów (3 autorstwa samego Kurylewicza, 3 ‚Ptaszyna’ Wróblewskiego i 3 Wojciecha Karolaka, po równo). Album został nagrany w kwintecie, oprócz wyżej wymienionych sekcję rytmiczną stanowią Tadeusz Wójcik (bas) i Andrzej Dąbrowski (perkusja). I rzeczywiście słychać, że takie nazwiska jak Trzaskowski i Komeda są blisko, materiał zawarty na tym albumie jest naprawdę na światowym poziomie, awangardowy, mocno osadzony w modalnych poszukiwaniach ówczesnego światowego jazzu. Jest rok 1963.

Kurylewicz gra na tej płycie tylko na trąbce. Wtóruje mu Ptaszyn na saksofonie tenorowym i flecie i Karolak oczywiście na pianinie. Cała płyta jest prawie bezbłędnie zagrana, gdybym nie znał wykonawców, mógłbym wziąć ich za murzynów z głębokiego Harlemu. Stylowe granie w każdym z 9ciu utworów. Tytułowy utwór to przyjemnie kołyszący blues z jedynym na płycie solem na flecie Ptaszyna Wróblewskiego. Smokey! ‚Obsession’ ma coś z Monka, powolne, usypiające motywy na pograniczu szaleństwa. Saksofon Wróblewskiego niesie, jego ciepłe tony otulają słuchacza. Kurylewicz gra tradycyjne solo, słuchać, że grał w zespołach dixielandowych. Pianino Karolaka elegancko komponuje się z bluesowym walkingiem basu i perkusji. Nawet Wójcik na basie ma swoje kilkadziesiąt sekund i wykorzystuje je bardzo poprawnie. ‚Zielono oka dziewczyna ‚ brzmi bardzo lekko i zwiewnie, trąbka Kurylowicza znowu cofa słuchaczy w czasie nawet do lat 50tych. Zespół gra zupełnie bez nadęcia, Ptaszyn dodaje pełnego brzmienia na swoim tenorze. Sentymentalnie aczkolwiek z charakterem. Bardzo rytmicznie. Konstrukcja całego, dość krótkiego utworu jest bardzo przejrzysta i dopieszczona, słucha się go bez najmniejszego wysiłku. ‚Yenom on’ czyli ‚No Money’ od tyłu, to już bopowy utwór do tańczenia, w zadymionej salce bądź też w krakowskiej piwnicy sprawdziłby się doskonale na parkiecie. Ptaszyn gra pierwsze skrzypce, Kurylewicz dorzuca swoje trzy grosze, trochę bez energii, ale poprawnie. Zgrabne solo gra również Karolak. Krótkie solo Dąbrowskiego mógłby spokojnie zagrać Art Blakey. Tłucze w bębny aż miło.

Strona B albumu zaczyna się miękkimi dźwiękami pianina Karolaka, dopiero po 2 minutach pojawia się Kurylewicz z równie miękkim i plastycznym solem. Luksusowy jazz. Saksofon Ptaszyna wnosi ten utwór na wyższy poziom wirtuozerii, zresztą na całej płycie wyróżnia się czystością dźwięku. Dąbrowski w swoich solowych popisach wnosi do ‚Go Right’ mocniejsze brzmienie hard bopu. Najlepszy na płycie ‚Nyamaland’ wprowadza nutkę niepokoju. Zagrany w nietypowym metrum (5/4) ma w sobie południową energię. Sam lider dobrze się czuje w takim entourage’u, jego trąbka brzmi pełniej i bardziej soczyście. Ptaszyn gra dość free, awangardowo. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się w katalogu ówczesnego Blue Note’a. Świetne, energetyczne solo. ‚One Step Nearer You’ skomponowany został oryginalnie przez Ptaszyna Wróblewskiego do jakiegoś telewizyjnego programu. Gdyby wszystkie programy w telewizji miały taka muzyczną otoczkę, może byłaby ona nieco bardziej znośna niż obecnie. ‚Minor Bop’ rzeczywiście dyskretnie swinguje, nóżka chodzi, gardło domaga się napojów chłodzących. Hi-haty Dąbrowskiego masują ucho wewnętrzne. Niby nic specjalnie oryginalnego, ale wszystko gra. Krótka wstawka o dziwnym tytule ‚Microphonophobia’ zamyka delikatnie ten ponadczasowy album.

Płytę wyróżnia również bardzo nowoczesny projekt okładki Pani Baczewskiej. Optymizm grających na niej muzyków zaraża do dziś!

Jackie McLean ‎– Action

action

Blue Note 1964

A1 Action
A2 Plight
B1 Wrong Handle
B2 I Hear A Rhapsody
B3 Hootnan

Jackie McLean – saksofon altowy
Charles Tolliver – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Cecil McBee – bas
Billy Higgins – perkusja

Niezły rozrabiaka musiał być z tego Pana. Jeszcze w latach 50tych przeżył, jak zresztą wielu innych jazzmanów w tym okresie, uzależnienie od heroiny. Grając z Mingusem, został w końcu przez niego wywalony (dosłownie) ze składu, na co zareagował próbą zaatakowania olbrzymiego Charliego nożem. Podobno cieszył się w późniejszym okresie, że jednak nie dziabnął Mingusa, może ze względu na jego późniejsze dokonania. Kawał jazzowego chuligana!

Jackie Mclean urodził się w muzycznej rodzinie na Harlemie (ojciec był gitarzystą, ojczym prowadził sklep płytowy). Zrobił błyskawiczną karierę. Jego idolem był oczywiście Bird. Jeszcze w latach 50tych mocno namieszał na bebopowej scenie, razem z Davisem nagrał album ‚Dig’ (1956 Prestige). Z wybuchowym Charlie Mingusem stworzyli w tym samym roku niezwykły team na świetnym albumie ‚Pithecanthropus Erectus’ (1956 Atlantic), prekursorskim dziele na pograniczu free jazzu jeszcze przez rewolucją Ornette Colemana.

Był McLean niezwykle płodnym artystą, nagrał jako leader ponad 20 albumów dla kultowej wytwórni Blue Note (przede wszystkim w latach 1959-1967). Na początku kariery nagrywał dla wytwórni Prestige, natomiast w latach 70tych dla mało znanej duńskiej wytwórni SteepleChase. Szczególnie na przełomie lat 50tych i 60tyh nagrywał bardzo intensywnie, ponieważ ze względu na uzależnienie od narkotyków zabrano mu licencję na występy w klubach. Współpraca z duńczykami wynikała natomiast ze spadku zainteresowania bopem w Stanach, a McLean jako prawdziwy bopowiec nie pomyślał nawet o przestawieniu się na elektryczne czy też funkowe granie. Jego muzyka to kontynuacja stylu Charliego Parkera z dodatkiem abstrakcyjnego frazowania Ornette Colemana.

Posiadał dynamiczny styl na pograniczu hard bopu i free jazzu, określany przez krytyków jako ‚słodko-gorzki’, ‚przenikliwy’ i ‚wrzaskliwy’, bardzo mocno osadzony w tradycji bluesowego grania. Pierwsza połowa lat 60tych datując od albumu ‚Capuchin Swing’ (Blue Note 1960) to najbardziej zaawansowany artystycznie okres w jego karierze. Klimat wytwórni Blue Note musiał wtedy sprzyjać eksperymentom muzycznym, obok takich artystów jak Bobby Hutcherson czy też Anthony Williams czy Grachan Moncur III stanowił awangardę ówczesnego jazzu, tak zwany nurt ‚New Thing’. Efektem tego twórczego fermentu było bardzo dużo świetnych płyt, wydanych oczywiście przez Blue Note, takich jak ‚Dialogue’ Hutchersona (1965), ‚Spring’ Williamsa (1965) czy też ‚Evolution’ (1963) Moncur’a III, na której zresztą zagrał sam McLean.

Od 1968 roku po wygaśnięciu kontraktu z BN, wykładał w muzycznym konserwatorium Hartt na Uniwersytecie Hartforda.

Płyta ‚Action’ została nagrana w 1964 roku w składzie kwintetu z Hutchersonem na wibrafonie, Charlesem Tolliverem na trąbce i z sekcją rytmiczną Cecil McBee (bas) i Billy Higgins (perkusja). Już okładka pozwala nasycić się energią McLean’a – dynamiczne zdjęcie obrazujące autora, a właściwie ekspresyjny negatyw i do tego jakby krzyczący, wielokrotnie powtórzony tytuł – Akcja Akcja Akcja!!!

Tytułowy utwór ma rzeczywiście klimat bopowego pościgu. Zaczyna McLean szybkim i melodyjnym solem na swoim alcie. Nerwowa perkusja Billy Higginsa nie daje chwili odpoczynku. Do tego Hutcherson w swoim modalnym stylu dogrywa arytmiczne, tajemnicze dźwięki na wibrafonie. Mieszanka wybuchowa! Ma się wrażenie, że McLean może tak grać godzinami, że raczej nakręca go polskie białko a nie makowa panienka. Charles Tolliver mocuje się ze swoim instrumentem, próbując utrzymać tempo McLean’a. Ledwo nadąża, ale trzyma rytm. Hutcherson to pewniak. Gra z lekkością, elegancko. Abstrakcyjne dźwięki jego wibrafonu wspaniale tonują szorstkie, hardbopowe tempo sekcji rytmicznej. W tym ponad 10cio minutowym pościgu znajduje się jeszcze miejsce dla krótkiego perkusyjnego sola Billy Higginsa. Zamyka go radośnie połamany motyw przewodni. Action!

Walczykowato-bujający ‚Plight’ zaczyna się miękkimi, wodnistymi dźwiękami wibrafonu i granym na 2 dęciaki motywem, który spokojnie mógłby znaleźć się w ‚Bullicie’. Bluesowe sola zaczyna McLean. Czysto, rytmicznie. Pózniej Tolliver. Krótko i zwięźle, na 5tkę. Hutcherson dodaje coś arty, dosładza, dodaje głębi. Tytułowy Ciężki Los jest w sumie dość lekki i przyjemny.

Doskonale wyciszający ‚Wrong Handle’ otwiera stronę B albumu. Dęciaki tworzą atmosferę odpoczynku na włoskiej Rivierze. Tolliver umila słuchaczom czas klarownymi dźwiękami swojej trąbki. Wszystko jest ok, panuje atmosfera jak na Titanic’u – lekki wiaterek, bryza muskająca opalone czoła, zimne drinki i leżaki na pokładzie. Tylko w oddali majaczy jakaś góra lodowa. McLean gra super czysto, wręcz aksamitnie jak na siebie. Hutcherson odnajduje się świetnie w tym numerze, jak zresztą na całej płycie. Sekcja rytmiczna trzyma to całe rozleniwienie w kupie, dźwięki perkusji płyną wolno i majestatycznie.

Klasycznie ‚bigbandowy’ ‚I Hear a Rhapsody’ dodaje nieco lukru. Swingująca perkusja, dyskretny walkin’ basu Cecila McBee, najwyraźniej trzeźwy lider zespołu – mógłby to być przebój każdego dancingu. Ręce składają się do oklasków.

A na zakończenie basowy klang McBee, wibrafon Hutchersona, saksofon altowy McLean’a, trąbka Tollivera i perka Higginsa – ‚Hootnan’, czyli slangowe określenie przyjemności. Szybki bopowy blues, zagrany jak w zegarku, bez fałszywego tonu, ze świetnym, wczutym solem Tollivera i jedynym na płycie solem basowym McBee. Let’s swing!

Chuligan – osoba łamiąca zasady współżycia społecznego: biorąca udział w bójkach, dokonująca dewastacji mienia publicznego, popełniająca drobne przestępstwa.

The Headhunters – Survival Of The Fittest

headhunters

Arista 1975

A1 God Make Me Funky
A2 Mugic
A3 Here And Now
B1 Daffy’s Dance
B2 Rima
B3 If You’ve Got It, You’ll Get It

Bennie Maupin – klarnet, saksofon tenorowy

Joyce Jackson – flet (A3,B2)

Blackbird McKnight – gitara

Paul Jackson – bas

Mike Clark – perkusja

Bill Summers, Harvey Mason, Zak Diouf, Baba Duru – perkusjonalia (konga, tamburyn, marakasy, bongosy, berimbau etc.)

Tak na dobrą sprawę pierwszą płytą jazzową jaką usłyszałem w życiu było Head Hunters Herbie Hancocka z 1973 roku. To brzmienie padło na podatny grunt. To była połowa lat 90tych, królowały brzmienia z gatunku funk metal, RATM, Biohazard, Body Count. A tu taki flow, w sumie trochę podobny a jednak… W sumie to i to było funkujące. Dopiero po latach skojarzyłem, ile Rage Against The Machine czy Beastie Boys zawdzięczali Herbiemu.

Sporo mu zawdzięczali również muzycy Headhunters, Bennie Maupin i reszta ekipy. Płyta Head Hunters rozeszła się w rekordowym nakładzie, prawdopodobnie najwyższym w historii jazzu. Absolutny hit, mimo psychodelicznych naleciałości. ‚Chameleon’ nadal trzyma groove. Z jednej strony odpowiedzialny za brzmienie tamtej płyty był geniusz muzyka o wielu twarzach – Hancocka, ale z drugiej nie byłoby tamtego bangera bez sekcji rytmicznej (Paul Jackson, Bill Summers) i magicznego brzmienia basowego klarnetu Bennie Maupina.

Pokłosiem tamtego klasyka był debiut zespołu Headhunters, wydany 2 lata później, już bez Hancocka, który jak zawsze poszedł swoją drogą. Nie było już takiego przeboju. Zespół nagrał jeszcze jedną płytę (‚Straight from the Gate’ Arista 1977) i zawiesił nagraniową działalność. Nowe/stare nagrania zaczęły się dopiero pojawiać 20 lat później, na fali popularności smooth jazzu (Us3) i funky (‚Return of the Headhunters’ Hancock Records 1998). W obecnym tysiącleciu ukazały się jeszcze 2 albumy (Evolution Revolution 2003 i Platinum 2011), ale żaden z nich nie miał juz tej energii co ‚Survival of the Fittest’.

Zaczyna się wysokim C, blisko 10 minutowym quasi przebojem ‚God Make me Funky’, w którym niesztampowego wokalu użyczył basista Paul Jackson, a za chórki odpowiedzialny był kobiecy zespół wokalny The Pointer Sisters. Mike Clark na perkusji gra jak automat, do tego Bennie Maupin wyczynia cuda na swoim klarnecie, ocierając się miejscami o free. Plus nieco pretensjonalny tekst, bardzo amerykański w swojej religijności. Utwór jedyny w swoim rodzaju, wydany również na singlu. w blisko 3 minutowej wersji.

‚Mugic’ nawiązuje fletowym motywem granym przez Joyce’a Jacksona do ‚Sly’ z ‚Head Hunters’ Hancocka. Do tego dodana została cała masa przeszkadzajek. Bas Paula Jacksona robi robotę. Gitara przypomina nieco Roberta Frippa z wiele lat późniejszego ‚Discipline’. Afrykańskie motywy w pigułce.

‚Here And Now’ zaczyna się nieco hendrixowskim motywem gitary, super odprężający numer. Po chwili przechodzi w dosadne funky. Maupin wchodzi z charakterystycznym motywem klarnetu. Znowu dużo się dzieje w warstwie perkusjonaliów. Słychać, że to już 75 rok, w Polsce w tym czasie podobny kierunek muzyczny inspirowany częściowo dokonaniami Weather Report obrał krakowski zespół Laboratorium. Brzmienie staje się z czasem coraz chłodniejsze i bardziej cyfrowe, jazz obiera kierunek na syntezatory, co kończy się kryzysem lat 80tych, w których świeże pomysły przysłania presja na cyzelowanie techniczne utworów. Zaczyna się ta tendencja już od Billy Cobhama i Mahavishnu Orchestra McLaughlina, to co robił George Duke i Chick Corea z Return to Forever jest też tego dobrym przykładem, Jazz powoli niestety traci duszę.

Na szczęście muzycy Headhunters nie wpadają w skrajności. Kolejny utwór ‚Daffy’s Dance’ to już bujający, zadymiony funk, czyli to co mają najlepszego w swojej muzyce. Ciekawy motyw klarnetu Maupina urozmaica równe granie sekcji rytmicznej. Perkusja chodzi jak w zegarku, do tego ciągle wpadając w break. Gitara Blackbirda McKnighta brzmi bardzo rockowo, z zębem. Bardzo dużo sie tutaj dzieje i co najważniejsze – świetnych rzeczy. Utwór ma świetną dynamikę i charakter. Przyspiesza, zwalnia, gitarzysta hendrixowsko wymiata. Jazz funk w najlepszym wydaniu.

Bas Paula Jacksona otwiera utwór ‚Rima’. Wchodzą bonga, świetny motyw basu. Dominuje w tym fragmencie płyty dość psychodeliczny klimat rodem z bardzo dobrej (tak na marginesie) płyty Donalda Byrda ‚Electric Byrd’ z 1970 roku. Zespół tworzy pejzaże niczym Davis z Zawinulem z ‚In the Silent Way’. Fusion w pełnym rozkwicie. Intrygująca atmosfera i pełne odprężenie. Piękna kompozycja.

Zamyka tę wyjątkową płytę kolejny niestandardowy przebój – ‚If You’ve Got It, You’ll Get It’. Otwiera go Bill Summers motywem na berimbau. Bez tego numeru nie byłoby Urbanatora (na marginesie dobrze wspominam koncert Michała Urbaniaka z tym zespołem z połowy lat 90tych jeśli mnie pamięć nie myli w Rivierze Remont, w rzędzie przede mną zapamiętałem świetnego, muzykującego zresztą aktora Krzysztofa Majchrzaka, piękne czasy). 100% Jazz Funk. Hit.

Oprócz wartości sentymentalnej muzyka Headhunters niesie ze sobą całą masę groove’u i całą masę bardzo dobrych, funkowych brzmień. Warto spędzić wieczór z tą płytą w głośnikach. God Make Me Funky!