The Tony Williams Lifetime – Emergency!

emergency!

Polydor 1969

A1 Emergency
A2 Beyond Games
B1 Where
B2 Vashkar
C1 Via The Spectrum Road
C2 Spectrum
D1 Sangria For Three
D2 Something Special

Autorzy utworów:

John McLaughlin B1,C1 z Tonny Williamsem, C2
Carla Bley – B2
Dave Herman – D2

Anthony Williams – perkusja

John McLaughlin – gitara

Larry Young – organy

Jego smierć w wieku 52 lat (1997) była ogromnym szokiem dla całego jazzowego środowiska. Wydawało się, że jest jeszcze w pełni sił. Mimo tego, że nie grał już tak nowatorskiej muzyki jak na przełomie lat 60tych i 70tych był uznawany za jednego z najwybitniejszych perkusistów obok takich sław jak Max Roach, Elvin Jones czy też Art Blakey. Tonny Williams, bo o nim mowa, profesjonalną karierę rozpoczął na początku lat 60tych, grając przede wszystkim z Samem Riversem (juz w wieku 13 lat!). Niedługo później grał już z Jackie MacLean’em, aby w wieku 18 lat nagrać kamień milowy awangardowego jazzu – ‚Out to Lunch’ pod kierownictwem ekscentrycznego Erica Dolphy. Niedługo potem sam zadebiutował jako lider albumem ‚Life Time’, od którego zaczerpnął kilka lat później nazwę swojej najbardziej znanej grupy jazz-rockowej, z którą nagrał m.in omawiany dzisiaj album – ‚Emergency’. Szybko został zauważony przez Miles’a Davisa, który zaangażował Williamsa do swojego kwintetu (w składzie z Waynem Shorterem, Herbie Hancockiem i Ronem Carterem). Razem z Davisem nagrał całą serię świetnych akustycznych albumów – ‚Miles Smiles’, ‚Sorcerer’, Nefertiti’, ‚Miles in the sky’, ‚Filles de Killimanjaro’. Kwintet w tym składzie przetrwał kilka lat, ale Miles miał juz zupełnie nową koncepcję, chciał wprowadzić do jazzu tak bardzo wówczas popularne elementy rocka psychodelicznego. Przełomowy album ‚In the Silent Way’ z Joe Zawinulem w składzie, który powstał rok przed ‚Emergency’, zawierał tylko 3 kompozycje, które mimochodem zmieniły postrzeganie jazzu, można uznać, że od tego albumu zaczął się jazz elektryczny. Nie było by bez niego Weather Report, Mahavishnu Orchestra czy też Return to Forever. Nie byłoby też Lifetime.

Dość szybko, bo już w 1969 Williams tworzy ten projekt, angażując Johna Mclaughlina, z którym grał na ‚In the silent way’ i poszukującego organistę Larry Younga. Czym jest ‚ Emergency’? Niewątpliwie niedocenionym arcydziełem. Równolegle pojawia sie na rynku ‚Bitches Brew’ Davisa, który odnosi oszałamiający sukces, który nie staje się udziałem Tonny Williams Lifetime i ‚Emergency’. Surowe, wręcz punk rockowe brzmienie tria wyprzedza ewidentnie swoją epokę. Trio unika absolutnie jakichkolwiek upiększeń, gitara McLauglina brzmi dobitnie i bezkompromisowo. Organy Younga wprowadzają słuchacza w psychodeliczny trans. Nad tym wszystkim czuwa Williams, grając w swoim stylu – w sposób bardzo zróżnicowany, unikając nadmiernych powtórzeń, używając perkusji jako instrumentu melodycznego a nie tylko rytmicznego. Wyróżnia Williamsa wśród innych perkusistów niezwykła kreatywność, umiejętność zaskakiwania słuchacza, budowanie nieustannego twórczego napięcia, szeroki wachlarz brzmień, od delikatnego swingu po hard rockowe dudnienie. Zdecydowanie przekroczył Williams jakiekolwiek ograniczenia stylistyczne, na ‚Emergency’ pojawiają się nawet dziwne, śpiewane słumionym głosem ballady, wprowadzające niezwykły klimat odrealnienia. Tak jak ‚Bitches Brew’ jest to podwójny album, w gruncie rzeczy trudno go przesłuchać w jednym podejściu, taki poziom intensywności serwuje nam ten wybitny skład.

‚Lifetime’ nieprzetrwał długo. Ten skład nagrywa jeszcze ‚Turn it over’ (1970), po czym McLaughlin odchodzi, aby utworzyć swój własny projekt – Mahavishnu Orchestra. Tony Williams nie rezygnuje z grania fusion, zakłada ‚The New Tony Williams Lifetime’, jednak brzmienie oryginalnego tria jest nie do podrobienia. W 1976 roku Williams wchodzi w skład projektu Harbie Hancocka V.S.O.P. czyli ‚Very Special OneTime Performance’ (jednorazowe, bardzo wyjątkowe wykonanie), odwzorowujący kwintet Davisa, niestety bez samego Milesa (zastępuje go Freddie Hubbard). Później Nagrywa m.in z Jackie Macleanem (Vertigo 1980), Wyntonem Marsalisem (1982) i jego bratem Brandfordem (‚Renaissance’ 1987). W 1985 nagrywa dobrze przyjęty album ‚Foreign Intrigue’ z pianistą Mulgrew Millerem i trębaczem Wallacem Roney’em. Pod koniec tego roku dołączają jeszcze saksofonista Bill Pierce i basista Charnett Moffett. W składzie kwintetu grają do końca lat 80tych i na początku 90tych (m.in albumy ‚Civilization’ i ‚Angel Street’). Pod koniec życia nagrywa jeszcze album ‚Wilderness’ ze Stanleyem Clarke na basie i Pathem Metheny na gitarze (1996). Umiera na zawał serca podczas rutynowego zabiegu.

Niewątpliwie warto wgryźć się w ‚Emergency’ mimo dużego formatu i początkowej niedosiadalności. Oddaje on wzniosłą atmosferę ówczesnych poszukiwań, w kończącej się powoli epoce hippisów i wolnej miłości.

Joe Henderson ‎– Inner Urge

inner urge

Blue Note 1965

A1 Inner Urge
A2 Isotope
B1 El Barrio
B2 You Know I Care
B3 Night And Day

Joe Henderson – saksofon tenorowy
McCoy Tyner – pianino
Bob Cranshaw – bas
Elvin Jones – perkusja

Ta wytwórnia. Ten rok. Ci wykonawcy. Apogeum rozwoju jazzu akustycznego. Henderson, Tyner, Jones. Mistrzowski skład. Bob Cranshaw jedynie odstaje pod względem rozpoznawalności, ale tak to już jest z basistami, wieść gminna niesie, że grający na tym instrumencie jazzmani nie znają słowa trzeźwość. Z basistów tylko Ron Carter i Dave Holland uzyskali światową rozpoznawalność, może jeszcze kilku innych. Na pewno nie Bob Cranshaw.

Joe Henderson (1937 – 2001) to może nie format Coltrane’a, ale bardzo solidny gracz. Pochodzi z Ohio. Brał udział w bardzo wielu interesujących sesjach, głównie dla Blue Note (‚Sidewinder’ Lee Morgana, ‚Song for my Father’ Horace’a Silvera, ‚Idle Moments’ Granta Greena, ‚Point of Departure” Andrew Hilla, ‚Unity’ Larry Younga). Sporo nagrywał tez dla Hancocka (‚The Prisoner’, ‚Fat Albert Rotunda’) i dla Freddie Hubbarda (‚Red Clay’, Straight Life’). Ma mocny, soczysty ton. Nie schodzi nigdy poniżej pewnego poziomu.

Tytułowy utwór ucieka tak szybko, że trudno za nim nadążyć. Henderson gra melodyjnie, dość kombinacyjnie. Miejscami free. Cały utwór brzmi nowocześnie, dosyć dramatycznie. Tyner prezentuje swoje możliwości bez wpadania w przesadę, dość mocno akcentując, w swoim stylu. Jones dużo gra na talerzach, wykorzystując dosyć wysokie tony. Jego solo to dynamit. Blisko 12to minutowy utwór trzyma doskonale w napięciu przez cały czas. Kwartet brzmi jak kwintet a może nawet sekstet. Dużo dźwięków generuje ta garstka muzyków. Ledwo słyszalny bas Cranshawa wzmacnia się dogrywając Hendersonowi do motywu przewodniego. Dobry, dosyć neurotyczny numer.

‚Isotope’ zaczyna się frywolną, monkowską melodyjką. Jest to również kompozycja Hendersona. Dominuje w niej weselszy, relaksacyjny tembr saksofonu. Henderson gra bardzo rytmicznie, tanecznie. O maestrii Elvina Jonesa nie muszę nawet tutsaj wspominać (wspomnę w kontekście sygnowanej przez niego płyty w niedługim czasie). Tyner zaczyna bluesowymi, wysokimi akordami. Zgrabnie i szybko przemyka po swoim pianinie. Inspirująca w kwartecie jest przestrzeń, jaką poszczególni muzycy mają dla siebie w każdym utworze. Sola są długie i treściwe, mogą sobie pograć do woli. Henderson gra nawet drugie solo dogrywając Jonesowi. Wielki, bezpretensjonalny luz niesie się się przez cały ‚Isotope’.

2ga strona zaczyna się od zawodzących głucho dźwięków saksofonu tenorowego Hendersona w ‚El Barrio’. Jest trochę spokojniej, raczej piano niż forte. Bujające rytmy wyrywane przez Jonesa niosą ten utwór do przodu. Powiedzieć ‚latynosko’ to nic nie powiedzieć. Raczej mieści się w poetyce post bopu, poczynając na ‚Ole’ Coltrane’a, a kończąc na ‚Nefertiti’ Davisa. Słucha się tego wybornie. Henderson przekazuje całą masę emocji. Tyner akcentuje swoje solo troszkę arytmicznie, może nawet kubistycznie. Henderson kontynuuje rozpaczliwymi dźwiękami.

‚You Know I Care’ to kompozycja Duke’a Pearsona, bardzo wyciszająca i odprężająca od samego początku. Klasyczna formalnie, urzeka spokojem i rozwagą. Henderson gra tak, że właściwie nie zwraca się uwagi na dźwięki generowane przez jego saksofon, tak doskonale wpasował się w utwór Pearsona. Nawet Jones gra bardzo oszczędnie i z wyjątkowym dla siebie spokojem. Może ‚You Know I Care’ nie porywa i nie wbija w podłogę, ale zagrany jest aż do szpiku kości poprawnie i z wyczuciem.

Klasyk Cole Portera ‚Night And Day’ z 1956 roku, śpiewany w oryginale przez Ellę Fitzgerald, zagrany jest z dodatkiem latynoskiej werwy. Jones prowadzi bardzo energicznie, przez moment nie odpuszcza. Henderson dorzuca całą serię miłych dla ucha, pełnych dźwięków. Tyner pogania trochę sekcję rytmiczną, ‚wyrywa do przodu’. Muzycy nie pozwalają się nudzić. W klasyku dzieje się cała masa nowoczesnych rzeczy, chociaż obie wersje dzieli dekada. Na koniec jeszcze Henderson dogrywa szybkie solo.

Ten album to bardzo solidna porcja dobrego jazzu. Może nie zawsze awangardowego, czasem nieco klasycyzującego, ale w sumie buduje to przyjemną dla ucha równowagę. Warto jest zwrócić uwagę na twórczość Hendersona. Również na niedawno przypomnianą przez Blue Note kolejną po ‚Inner Urge’ jego autorską płytę ‚Mode for Joe’ (1966).

‚Inner Urge’ zostało wydane w doskonałym 1965 roku.