Grachan Moncur III ‎– Evolution

evolution

Blue Note 1963

A1 Air Raid
A2 Evolution
B1 The Coaster
B2 Monk In Wonderland

Grachan Moncur III – puzon
Jackie McLean – saksofon altowy
Lee Morgan – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Bob Cranshaw – bas
Anthony Williams – perkusja

Pierwszy puzonista w Playtime’owym zestawieniu.

Grachan Moncur III (już samo nazwisko powoduje trudności w pisowni, muzyka wcale nie jest łatwiejsza) urodził się w 1937 roku w NY. Ostatni album wydał w 2007 roku, więc mimo 70 lat ciągle był (i być może jest nadal) aktywnym muzykiem.

Nie sięgając specjalnie w jego prehistorię (ojciec Grachan Moncur II był również muzykiem), można uznać, że początkiem jego jazzowej kariery była współpraca z Jazztetem Arta Farmera, z którym uczestniczył Moncur w nagraniu w 1962 roku płyty ‚Another Git Together’. Podczas studiów poznał m.in. Wayne’a Shortera i Gary Bartz’a. Już na początku kariery grał w takich klubach jak Birdland i Five Spot. W latach 1959-1961 był muzykiem zespołu Raya Charlesa. Szybko wkręcił się w roster Blue Note. Nagrywał z Jackie McLeanem (kilka albumów, m.in. ‚One Step Beyond’ i ‚Hipnosis’), Herbie Hancockiem (‚My point of view’ 1964) i wspominanym już wcześniej Shorterem. Później komponował muzykę do filmów (‚Blues for Mr. Charlie’), po drugim, również bardzo ciekawym albumie ‚Some other stuff’ (z Shorterem, Hancockiem i Anthony Williamsem w składzie) przez 5 lat nie nagrywał, powrócił w 1969 roku bardzo dobrym albumem ‚New Africa’ dla francuskiego labela BYG. Koniec lat 60tych charakteryzuje współpraca ze śmietanką Free Jazzu (m.in. Archie Sheppem i Roswellem Ruddem /również puzon/). Lata 70te to nagranie jazzowej symfonii (‚Echoes of Prayer’ 1974) i tylko w Japonii wydanego, 6tego autorskiego albumu ‚Shadows’ (1977). Ciekawym epizodem była współpraca z projektem 360 Degree Music Experience perkusisty Beavera Harrisa (m.in bardzo interesujący album ‚Beautiful Africa’ 1979). Aż do 2004 roku i albumu ‚Exploration’ z Gary Bartzem nie nagrywał niczego specjalnie godnego uwagi, głównie uczył (m.in w  Newark Community School of the Arts 1982-1991).

‚Evolution’ jest tak na dobrą sprawę debiutem sesyjnym Moncura jako leadera. Nagrany w składzie sextetu (Jackie Mclean i Lee Morgan stanowiący obok Moncura sekcję dętą, Hutcherson na wibrafonie, Bob Cranshaw i Tony Williams w sekcji rytmicznej). Znajdują się na nim 4 rozbudowane kompozycje – post bopowy ‚Air Raid’, totalnie odjechany utwór tytułowy, ‚The Coaster’ i dowodzący inspiracji twórczością Theleniousa Monka ‚Monk in Wonderland’.

W ‚Air Raid’ solem na pograniczu free popisuje się McLean. Lee Morgan odpowiada energetycznym solem na trąbce. Obu dogrywa nieco psychodelicznie Hutcherson. Williams buduje interesujące bopowe solo (grane w pół tonu).

‚Evolution’ zaczyna się napiętą atmosferą niczym z Hitchocka albo niektórych filmów francuskiej nowej fali (Malle,Chabrol). McLean wymiata soczystym solem na swoim altowym saksofonie, później swoje sola grają Lee Morgan, sam Moncur i na koniec Bobby Hutcherson (ten dziwny, metaliczny dźwięk wibrafonu!). Utwór mający być odwzorowaniem ‚początku rozwoju ludzkości’ jest niewątpliwie pozycją wyjątkową. Kwintesencją ówczesnych awangardowych poszukiwań jazzmanów nagrywających dla wytwórni Blue Note w tamtym czasie (1962-1965).

‚The Coaster’ wprowadza bardziej przyjazny, swingujący, nieco latynoski klimat. Zaczyna solem Moncur. Kontynuuje McLean. Potem Morgan. Wszyscy brzmią doskonale. Utwór trzyma w ryzach jak zawsze niezawodny Williams, dogrywając czasem swoje karkołomne wstawki. Rytmicznym, przestrzennym solem popisuje się Hutcherson. Moncur zamyka utwór swoim krótkim solem jak klamrą. Jest to dobry obraz możliwości technicznych wszystkich grających muzyków.

‚Monk in Wonderland’ zadziwia. Rzeczywiście motyw początkowy ma jakiś monkowski klimat, jednak pozostawia słuchacza w rozterce – Monk czy nie-monk? Jednak nie, bardziej nowoczesny i uporządkowany, mimo przeważającej abstrakcji. Hit czy doskonale technicznie zagrana klisza z Monka? Sprawę pozostawiam nierozstrzygnięta…

Kariera Moncura potoczyła się odmiennie od wielu pozostałych utalentowanych muzyków Blue Note’a tworzących nurt zwany niekiedy ‚new thing’, takich jak Bobby Hutcherson czy jego dobry kumpel Jackie McLean. Natomiast jego obecność zazwyczaj oznaczała odpowiedni, wysoki poziom muzyczny i dużo awangardowych, niestandardowych rozwiązań muzycznych. Warto sięgnąć szczególnie po pierwsze dwa albumy Grachana Moncura III!

Double Image ‎– Dawn

di

ECM 1979

A1 Passage
A2 The Next Event
B1 Sunset Glow
B2 Crossing

Dave Samuels – Marimba, Wibrafon

David Friedman – Wibrafon, Marimba

Harvey Swartz – Bas
Michael Di Pasqua – Perkusja, Perkusjonalia

double image

Kupiłem te płytę przez zupełny przypadek. Na bardzo udanym Winyl Markecie w warszawskim klubie Miłość wpadła mi w oko okładka nieznanej płyty ECM, ciekawy skład, wśród wykonawców flecista. Podczas odsłuchu fletu jak na ironię nie było, natomiast urzekła mnie atmosfera tych nagrań i niecodzienny skład – wibrafon plus marimba. Okazało się, że w środku jest zupełnie inna płyta…

Kwartet Double Image wymyślili i sprokurowali dwaj instrumentaliści – Dave Samuels i David Friedman w 1977. Nagrali 3 albumy, ‚Dawn’ jest drugim z kolei. Poprzedza go nie mniej ciekawy debiut nazwany po prostu Double Image. Był to pierwszy projekt w tak spektakularny sposób wykorzystujący instrumenty perkusyjne takie jak wibrafon i marimba.

Dave Samuels zaczynał od perkusji, studiował w Berklee pod kierunkiem Gary Burtona. Na początku swojej kariery grał z Pathem Methenym, Johnem Scofieldem, Gerry Mulliganem i Frankiem Zappą. Po okresie Double Image nagrywa ze Spyro Gyra, Oskarem Petersonem i Eddiem Palmieri.

David Friedman w latach 60tych współpracował m.in. z Waynem Shorterem, Horacem Silverem i Hubertem Lawsem. Po okresie Double Image nagrywał z Davidem Humairem i Chetem Bakerem. Jego książka o technice gry na wibrafonie jest biblią grających na tym instrumencie („Vibraphone Technique, Dampening and Pedaling”).

Niewątpliwie te dwa przenikające się ‚miękkie’ brzmieniowo instrumenty tworzą wyjątkową muzyczną jakość. Do tego dochodzi maestria techniczna obu muzyków, wspieranych przez basistę Harveya Swartza i perkusjonistę Michaela Di Pasqua. Brzmienie kwartetu jest ogromnie wysmakowane, skrajnie estetyczne. Charakterystyczna dla ECM perfekcja dźwięku zostaje na tej płycie sformatowana do minimalistycznej formy melodycznych instrumentów perkusyjnych, opisywanych przez nieprzetłumaczalne słowo mallet (prawdopodobnie ‚młoteczek’), do których należą wibrafon i marimba właśnie.

‚Passage’ najdłuższy na płycie, blisko 15 minutowy zaczyna się hipnotycznymi dźwiękami przeszkadzajek. Wschodnio brzmiący bas niespiesznie wybrzmiewa. Przede wszystkim liczy się impresjonistyczna atmosfera tego utworu, muzycy improwizują swobodnie, dając sobie wzajemnie czas do pełnej artykulacji. Dopiero w 1/3 słychać perkusję. Napięcie faluje od głośnego sola do znaczących wyciszeń. Muzyka przepływa bez nadmiernych akcentowań, miejscami staje się zupełnie ambientowa, czasem rozpędza się do regularnego pulsu perkusji.

‚The Next Event’ to kontynuacja brzmienia otwierającego płytę w ‚Passage’. Delikatne brzmienie wibrafonu wypełnia głośniki, sekcja rytmiczna buduje zwartą konsystencję tego utworu. Estetycznie ociera się o sofciarskie, prawie popowe granie Patha Metheny. Przede wszystkim liczy się tutaj rytm. Ciekawie prezentuje się basista w syntetycznym solo. To jest po prostu ładne. A do tego grane z poświęceniem.

W otwarciu ‚Sunset Glow’ marimba i wibrafon przenikają się wzajemnie. Czasem trudno odróżnić ich brzmienie, mimo odmiennej budowy instrumentów – marimba to konstrukcja drewniana a wibrafon metalowa. Wolno budowany utwór nabiera konsekwentnie kształtu, ocierając się o minimalizm rodem ze ‚Music For 18 Musicians’ Steve’a Reicha, czaruje, utrzymuje słuchacza w napięciu. Dopiero w drugiej połowie uzyskuje na krótko nieco latynoski, połamany rytm perkusji.

‚Crossing’ wypełnia pełen niepokoju charakterystyczny motyw muzyczny i marszowe brzmienie perkusji. Wciąga jak ruchome piaski. Po dodaniu przesterowanej gitary mógłby spokojnie wejść do repertuaru Primusa Lesa Claypoola. Ciekawie zsamplowany przez raperów z Atmosphere (2002).

Bardzo spójna koncepcja stanowi o sile tego projektu. Senne dźwięki obu wiodących instrumentów wprowadzają słuchacza w nastrój odprężenia połączonego z nutką niepokoju i tajemniczości. Gdyby nie przypadek pewnie nigdy bym nie usłyszał tej bardzo interesującej i wyjątkowej płyty.