Miles Davis ‎– Bitches Brew

bitches brew

CBS Sony 1970

A Pharaoh’s Dance
B Bitches Brew
C1 Spanish Key
C2 John Mclaughlin
D1 Miles Runs The Voodoo Down
D2 Sanctuary

Miles Davis – Trąbka
Wayne Shorter – Saksofon sopranowy
Bennie Maupin – Klarnet basowy
John McLaughlin – Gitara
Chick Corea – Pianino elektryczne
Joe Zawinul (A, B, C1, D2) – Pianino elektryczne
Larry Young (A, C1, D1) – Pianino elektryczne
Dave Holland – Bas
Harvey Brooks – Bas
Charles Alias – Perkusja
Jack DeJohnette – Perkusja
Lenny White – Perkusja
Jim Riley – Perkusjonalia

Jubileuszowa 50 odsłona musi mieć zacną oprawę i bogatą treść. Obie te cechy spełnia nieśmiertelny album psychodelicznego jazzu – ‚Bitches Brew’. Najlepiej brzmi słuchany podczas silnego wiatru na żaglówce ma Mamrach. Towarzyszy mi już ze 20 lat. Jest jak latarnia morska wskazująca drogę podczas zwątpień i klęsk przeróżnych. Jest jak estetyczny wzorzec z Sevres do którego można porównać właściwie wszystko, co zostało później wydane. Sprawdzić, czy wytrzymuje tę konfrontację. Czy też jest od początku błędne.

Właściwie jest to album bliski doskonałości. Piękna, tajemnicza okładka, nieśmiertelny skład, jedyna w swoim rodzaju muzyczna pewność siebie i niepodważalna energia zawarta w tych kilku utworach. Ale cóż to są za utwory! Jaka jest ich skala, jaki zasięg oddziaływania, gdzie się kończy ich bogata emocjonalność i żywotność?

Jakże długą drogę muzyczną przeszedł w swoim życiu Davis! Od bebopu, przez cool, różne wersje modalnego grania, później nowoczesny i nadal aktualny elektryczny jazz, zawierający w sobie wszystko co najlepsze z tej przebogatej muzycznie epoki, aż po narkotyczny funk, niezidentyfikowane eksperymenty połowy lat 70, kiedy niewiele już przypuszczalnie pojmował z tego co się dzieje, ale jego intuicja była jak skała i w końcu powrót w latach 80tych po kilku latach odwyku i psychicznej rozterki. Niezwykle intensywne i ciekawe było jego życie. Tak niepozorny człowiek z tak wielką charyzmą i pewnością, że to co robi to jest właśnie to. Prawdziwy niepoprawny geniusz.

Niewielu jest w historii takiego formatu muzyków. Być może nawet właśnie Davis aspiruje swoją postawą do miana najlepszego muzyka w historii. Nie był najwybitniejszym technikiem. Pojawiali się lepsi od niego, lepiej wyszkoleni, stworzeni do ekwilibrystyki. Niektórzy świecili tak jasno, że aż się spalali od własnego światła i działali krótko, często ponosząc największą ofiarę – własne życie. Wielu zatraciło się w ozdobnikach gwiazdorskiego życia i odpłynęli w estetyczną otchłań popkultury. Davis był jak cyborg, wyszedł obronną ręką właściwie ze wszystkich mielizn jakie generuje taki poziom popularności. Do tego wykazał się niezwykłą żywotnością, niczym wampir czerpał energię z kolejnych muzycznych nurtów, które go otaczały. Jego geniusz w dużym stopniu polegał na umiejętnym zagospodarowaniu rodzących się dookoła talentów. Prawdopodobnie najlepszym przykładem działania tego mechanizmu jest właśnie podwójny album ‚Bitches Brew’.

Zazdroszczę temu, który nigdy nie słyszał tego albumu. Całe życie słuchał powiedzmy Justina Biebera i nagle odpalił Davisa. Bieber jest ok, produkują mu zapewne najlepsi w branży, daje radę. Tylko jak porównać jego pieszczotliwe pomruki do zabójczej maszynerii jaką stworzył Davis na Bitches? Brakuje skali.

Trudno jest analizować tę muzykę. Jest na style spójna i płynna, skonstruowana z najlepszych elementów, że właściwie odbiera się ją bezkrytycznie, jako skończone arcydzieło. Zresztą słuchałem już tej płyty tyle razy, że trudno mi o krytycyzm, więc nie ma sensu się wysilać. Po prostu posłuchajcie!

Michal Urbaniak ‎– Fusion

Columbia 1974

A1 Good Times, Bad Times
A2 Bahamian Harvest
A3 Impromptu
A4 Seresta
B1 Fusion
B2 Deep Mountain
B3 Bengal

Michał Urbaniak – Skrzypce elektryczne, Saksofon sopranowy
Urszula Dudziak – Wokal
Adam Makowicz – Pianino elektryczne
Wojciech Karolak – Organy Hammonda
Czesław Bartkowski – Perkusja

Michał Urbaniak jest niewątpliwie jednym z filarów polskiego jazzu i świetnym jego ambasadorem w Europie i U.S.A. Już w latach 60tych grał w U.S.A. (z Andrzejem Trzaskowskim i Zbigniewem Namysłowskim) i Skandynawii. W 1971 roku dostał Grand Prix na festiwalu Montreaux, gdzie wystąpił z własnym zespołem Michał Urbaniak Group w skład którego – w różnych okresach – wchodzili: Adam Makowicz (pianista), Paweł Jarzębski, Michał Komar i Janusz Kozłowski (basiści), Czesław Bartkowski i Andrzej Dąbrowski (perkusiści) oraz Urszula Dudziak (wokalistka). Dzięki tej nagrodzie zaistniał na stałe w krajobrazie europejskiego jazzu, często występował ze świetnym przyjęciem swojego free jazzowego fusion. W latach 60tych też nie próżnował – grał z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego Jazz Rockers (1961), z kwintetem The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego (1962) i z zespołem Krzysztofa Komedy (1962-1964). W 1973 wyjechał na stałe do USA, gdzie zrobił wyjątkową jak na polskiego muzyka jazzowego karierę, grywał z najlepszymi, oto długa lista jazzowych sław, z którymi grał Urbaniak – George Benson, Lenny White, Wayne Shorter, Marcus Miller, Billy Cobham, Joe Zawinul, Ron Carter, Stéphane Grappelli oraz Miles Davis (zaprosił go do projektu „Tutu”). W latach 70tych nagrał całą serię wartych uwagi albumów w klimacie fusion – ‚Atma’, ‚Fusion III’, ‚Body English’. W latach 80tych nadal bardzo aktywny. Po trzynastu latach nieobecności w 1986 przyjechał do Polski i wystąpił na „Jazz Jamboree”. W latach 90tych grał pod szyldem Urbanator jazz z elementami hiphopu. Komponował również muzykę do spektakli teatralnych, filmów i programów telewizyjnych (‚Dług’ Krzysztofa Krauze, ‚Eden’ Andrzeja Czeczota). Wielokrotnie nagradzany – w latach 1962-63 zajął II miejsce w ankiecie czytelników pisma „Jazz” w kategorii saksofon tenorowy, w ankiecie pisma „Down Beat” w 1975 został zwycięzcą w wyborze krytyków w kategorii talent zasługujący na szersze uznanie, w 1976 zajął II miejsce jako skrzypek jazzowy, w 1992 jego nazwisko znalazło się wśród największych sław jazzu w pięciu kategoriach: album roku (II miejsce), muzyk roku (V miejsce), jazz electronic combo (V miejsce), kompozytor (IX miejsce) i skrzypek (IV miejsce). Również wielokrotnie wybierany był skrzypkiem roku w ankiecie Jazz Top magazynu „Jazz Forum”. Jego córka Mika Urbaniak również zajmuje się muzyką. Jego żoną była wokalistka jazzowa Urszula Dudziak.

Pierwotnie album ‚Fusion’ został wydany w Niemczech Zachodnich w 1973 roku jako ‚Super Constellation”. A tak wyglądał jego okładka:
super constelation

Wydaje się, że okładka ‚Fusion’ jest jednak bardziej dopracowana formalnie. Natomiast muzycznie jest przekrojowo i bardzo na czasie. Z jednej strony słychać jeszcze wpływy jazz-rockowego grania free w stylu elektrycznego Davisa, zgrabnie połączone ze słowiańską nastrojowością i instrumentalnym kunsztem. Z drugiej strony pojawiają się elementy funku, których z czasem będzie coraz więcej w muzyce Urbaniaka, aż do ekstremum jakim jest quasi hip hopowy projekt Urbanator z lat 90tych. Zaczyna się bardzo energetycznie i rockowo – ‚Good Times, Bad Times’ nie ustępuje dokonaniom Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina. Frapujący i dość niepokojący motyw pianina wzbogacają elektryczne skrzypce Urbaniaka i delikatny wokal Dudziak. Przebój epoki fusion. Najlepszy na płycie, dosyć psychodeliczny ‚Bahamian Harvest’ zaczyna się podkręconym efektami wokalem Dudziak i funkowym bitem perkusji Bartkowskiego. Utwór staje się przyjemnie taneczny i folklorystycznie swojski. Dużo w tym kawałku wolności, chyba dobrze im zrobiły przenosiny do Stanów, jest groove i jest przestrzeń. ‚Impromptu’ to raczej przerywnik acz wdzięczny. Charakterystyczna ‚Seresta’ znana już z płyty ‚Constellation In Concert’ wydanej rok wcześniej w serii Polish Jazz robi wrażenie solówką Urbaniaka i hipisowską atmosferą. Strona A tego albumu jest jedną z najlepszych w historii polskiego (amerykańskiego?) jazzu!

B-Side otwiera wyluzowana tytułówka. Przewodni motyw przypomina nieco brzmienie gitary Roberta Frippa z King Crimson. Ciekawie połamany numer. Funky. ‚Deep Mountain’ pobrzmiewa za to Led Zeppelin. W eleganckiej aranżacji tej piosenki łatwo się zasłuchać. Wisienką na torcie jest świetna solówka Makowicza. Zamykający ten rewelacyjny album ‚Bengal’ również z ‚Constellation In Concert’ to ponad 13 minut progresywnego jazzu. Dobry przelot, chaos kontrolowany. Sporo funku. Miodzio.

Świetny album. 45 minut soczystego grania bez zamulania, w amerykańskim stylu z polską wrażliwością!

Płytkę udało mi się znaleźć w sklepie ‚Płyty Gramofonowe” przy placu Zbawiciela.

Don Cherry – Where is Brooklyn?

where is brooklyn

Blue Note 1969/Klimt Records 2014

A1 Awake Nu
A2 Taste Maker
A3 The Thing
B1 There Is The Bomb
B2 Unite

Don Cherry – Trąbka
Pharoah Sanders – Saksofon tenorowy, Flet
Henry Grimes – Bas
Edward Blackwell – Perkusja

Donald Eugene Cherry

„Wiele osób myli pojęcia – technikę z profesjonalizmem. Nienawidzę profesjonalizmu.” Don Cherry

Jednym z najistotniejszych momentów w historii jazzu było spotkanie Cherry’ego z Ornette Colemanem w sklepie płytowym przy 103 ulicy. Ten moment zaważył na karierze Cherry’ego. Było to spotkanie równie istotne co spotkanie Micka Jaggera i Keitha Richardsa na stacji kolejowej w Dartford. Przez całe dalsze życie Cherry grał z Colemanem lub muzykami takimi jak Ed Blackwell czy Charlie Haden – wywodzącymi się z legendarnego kwartetu Colemana. „Ornette był wyjątkowym i oryginalnym geniuszem free jazzu, ale Cherry był równy Colemanowi, błyskotliwie cieniujący, odpowiadający bądź też przeciwstawny każdemu krokowi Colemana w sposób bardzo kreatywny, wytrwały aczkolwiek niekompletnie artykułowany.” Don wychodził poza estetykę jazzu, smiało wkraczając na tereny world music ale również współpracując z rockmanami (Talking Heads, Lou Reed) a nawet z klasycznymi kompozytorami takimi jak Krzysztof Penderecki. Tworzył również dla filmu – był współtwórcą soundtracku do legendarnej „Świętej Góry” Alejandro Jodorowskiego.

Lata 1958-1962 to prawdziwy natłok świetnych płyt nagranych z Colemanem. Następnie współpraca z najlepszymi saksofonistami swoich czasów – z Coltranem, Sheppem, Lacy’m i Albertem Aylerem. Aż w 1966 roku zaczyna Cherry nagrywać pod własnym nazwiskiem i to od razu świetne albumy – ‚Complete Communion’ z Gato Barbierim i ‚Symphony for Improvisers’ z Pharaohem Sandersem, wspaniałe przykłady awangardy mocno osadzonej w bopie. Do tego kręgu należy jeszcze ‚Where is Brooklyn?’. Kolejne nagranie stają się coraz bardziej nasycone orientalną stylistyką, bardzo uduchowione – obie części ‚Mu’, ‚Ethernal Rythm’. Lata siedemdziesiąte to m.in świetne płyty ‚Relativity Suite’ z Carlą Bley i ‚Brown Rice’. Początek lat 80tych to etno projekt Codona z Collinem Walcottem i Naná Vasconcelos, inne nagrania dla ECM (‚El Corazón’, ‚Dona Nostra’). Wielki Don Cherry umiera w 1995 roku.

Album składa się z 5ciu utworów, przy czym jest nierównomiernie rozłożony, strona A zawiera 3, a na stronie B obok najdłuższego na płycie utworu ‚Unite’ zmieścił się jeszcze tylko jeden krótki utwór.

‚Awake Nu’ otwierający stronę A zaczyna się ekstatycznym solem Pharaoha Sandersa. Wyraziście dogrywa mu Ed Blackwell na perkusji (świetne solo w połowie utworu). Pełno tutaj niczym nieskrępowanej energii! Dęciaki zaczynają grać razem jak w najlepszych czasach kwartetu Colemana. Cherry przejmuje stery, gra oszczędnie i charakterystycznie, nie nadużywa możliwości swojego instrumentu, bardziej kreuje niż odpowiada na solistyczne popisy Sandersa. Wybrzmiewa nutka szaleństwa, słychać pośpiech wielkiego miasta. ‚Taste Maker’ to kolejny dialog Cherry’ego i Sandersa, zagrany mocno i miejscami bardzo atonalnie. Na początku bardziej słyszalny jest „płaczący” saksofon Sandersa. Cherry raczej akompaniuje. Dźwięki jego trąbki mają więcej przestrzeni, są bardziej senne i nieoczywiste. Henry Grimes ciekawie improwizuje na basie. Ostatnie 2 minuty utworu to mocne dźwięki perkusji Blackwella, rozpędzony bas Grimesa i zamykający motyw dęciaków, donośny sygnał. ‚The Thing’ jest zdecydowanie bardziej melodyjny niż jego poprzednicy. Sekcja rytmiczna gra równo, Cherry i Sanders trzymają linię melodyczną w granicach rozsądku. Don wspaniale improwizuje. Kolejny jest Grimes na basie, klarownie i z sensem. Sanders wchodzi z przytupem, gra również czysto, dopiero po jakimś zaczyna wchodzić w przestery. Wypada z rytmu. Wspiera go Cherry w krótkim solo. Ładna jest to melodia.

‚There Is The Bomb’ otwiera stronę B wprowadzając przyjemny dla ucha, odprężający klimat. Pojawia się świetne solo Chery’ego, wspieranego przez Sandersa. Jedno naturalnie wynika z drugiego, przenikają się w iluzjonistyczny sposób. Jest to przykład dojrzałego nowojorskiego brzmienia połowy lat 60tych. Krótko, zwięźle i na temat. Swoje kilka taktów dodaje sekcja rytmiczna, która na całej płycie trzyma bardzo wysoki poziom. Blisko 20 minutowy ‚Unite’ to już przykład pełnej wolności improwizacyjnej. Najlepiej zanurzyć się całkowicie wśród niezwykłych dźwięków generowanych przez Cherry i przede wszystkim przez Sandersa i pozwolić sobie na więcej sonicznej wolności. Obcowanie z tą niesamowitą muzyką to prawdziwa radość! ‚Unite’ jest jak wybuch kłębiących się emocji, płynie wolno i dostojnie, przekazując nam niestarzejącą się energię free jazzowego grania w czystej formie.

Całość została nagrana 11 listopada 1966 roku. Kooperacja Cherry i Sandersa robi nadal duże wrażenie. Sekcja rytmiczna Grimesa i Blackwella to przykład świetnego postbopowego grania. Warto sięgnąć po tę pozycję zaraz obok ‚Complete Communion’ i ‚Symphony for Improvisers’!