Speakers Corner Quartet ‎– Further Back Than The Beginning

scq

Lanquidity Records 2009

A1 Angkor Vat
A2 Simply Put…
B1 Chichen Itza
B2 King
B3 9/8

Biscuit – Flet
Kahlil Hicks – Wiolonczela
Tom Yardley – Bas
Kwake – Perkusja

Projekt z 2009 roku z Londynu wydany przez ciekawą wytwórnię Lanquidity Records, prowadzoną przez Polaka Adriana Magrysa. Label wywodzący się z hip hopu, którego filozofią jest wznowienie brzmień z lat 60 i 70 w nowych, niestandardowych kompozycjach. Specjalizuje się w jazzie funku i soulu, nie stroniąc również od disco a nawet free jazzowej etno awangardy.

Speakers Corner Quartet wystartowali w Brixton w Londynie w klubie Speakers Corner (otwarty mikrofon, hip hopowy freestyle). Zaczynali od podkładów instrumentalnych. Ostatecznie zaczęli tworzyć własne kompozycje, czego efektem jest prezentowana tutaj Epka (chociaż z tendencją do LP). Od początku prezentowali oryginalne brzmienie – wiolonczela i flet plus sekcja rytmiczna. Jako inspiracje wymieniają Zakira Hussaina, Oliviera Messiaena, Sun Ra, MF Dooma. Ich brzmienie to mieszanka azjatyckiego hiphop jazzu z progresywnym zacięciem. Większość utworów grana jest w dziwnym metrum (5/4, 7/8, 9/8). Hip Hop, fusion, free jazz, sporo wschodnich atonalności. Świadomie nawiązują do astralnego jazzu Sun Ra.

Zaczyna się mrocznie i postrockowo niczym zapomniany polski projekt ANKH. Połączenie melodyjnej, niskotonowej wiolonczeli i fletu wywołuje entuzjazm grania free, w pewnym sensie hipisowskiego traktowania muzyki. Skojarzenia są nieuniknione – Jethro Tull, King Crimson. Do tego hip hopowa sekcja rytmiczna, perkusja stanowiąca spójną koncepcję utworu w nieustającym breaku. Wszystko nieco zdubowane, gdzieś w tle pobrzmiewające reggae. Flet poraża swoim rockowym zwichrowaniem, ma tę moc. ‚Angkor Vat’ jest interesującą mieszanką szaleństwa i wyrachowania profesjonalnych muzyków. Jazz to czy nie jazz nie ma to większego znaczenia – ta muzyka ma energię. ‚Simply Put’ posiada nieudokumentowane nawiązania do muzyki Herbie Hancocka, próba samplingu nie została niestety dopuszczona do ostatecznej produkcji. Mimo to utwór ten urzeka melodyjnością i odpowiednio przemyślaną formułą art rockowego jazzu. ‚Chichen Itza’ zaczyna się niczym muzyka japońska, bardzo wstrzemięźliwie. Dopiero po chwili pojawia się bardzo składny funkujący rytm, miła dla ucha melodia generowana przez wiolonczelę i flet. W dodatku całość w ryzach utrzymuje świetna linia basu Toma Yardley’a. Utwór jest kolejnym przykładem mocno skomplikowanego metrum, granego w 7/8. Prawdziwa zmora dj’ów. Egzotyczna tonalność rodem ze wschodu połączona z hip hopowym breakiem – wielce interesująca komitywa. Po czym następuje wyciszenie w krztałcie zdominowanym przez wiolonczelę i dość letni klimat – utwór ‚King’. Na szczęście nie zostaje formalnie w balladowym entourage’u, płynnie przechodząc w progresywny jazz. ‚9/8’ to kolejna komplikacja, świetnie brzmiące karkołomne pochody sekcji rytmicznej do których entuzjastycznie dopasowują się instrumenty solistyczne – flet i wiolonczela. Kwartet sprawnie zmienia klimat, przechodząć od szybkich kawalkad dźwiękowych do wyciszonych w pełni wykoncypowanych wiązanek.

Biorąc pod uwagę format tej płyty chciałoby się więcej. Zespół zdecydowanie potrafi wykrzesać z siebie ekstremum emocji przy równoczesnym pełym skupieniu i trzeźwości konceptualnej co nie jest wcale tak częste, szczególnie w przypadku młodych twórców. Oby nastąpił ciąg dalszy!