Pat Martino ‎– El Hombre

pat martino

Prestige 1967

A1 Waltz For Geri
A2 Once I Loved
A3 El Hombre
A4 Cisco
B1 One For Rose
B2 A Blues For Mickey-O
B3 Just Friends

Pat Martino – gitara
Danny Turner – flet
Trudy Pitts – organy
Vance Anderson, Abdu Johnson – perkusjonalia
Mitch Fine – perkusja

Debiutował jako lider w wieku dwudziestu kilku lat, nagrywając omawiany tutaj album dla wytwórni Prestige (a w późniejszym okresie jeszcze 4ry albumy, w tym bardzo dobre ‚East!’, ‚Desperado’ i ‚Baiyina (The Clear Evidence)’, z elementami psychodelii). Jako największe inspiracje uznawał gitarzystę Wesa Montgomery, arcy jazzmana Johna Coltrane’a, z którym studiował i Stana Getza. Wcześniej uczestniczył w zjawisku raczkującego filadelfijskiego rocka i nagrywał m.in. z Erikiem Klossem i Bobby Hutchersonem. Jego kariera rozwijała się płynnie aż do nieszczęsnego dnia w 1976 kiedy zaczął podupadać na zdrowiu. Miał tętniaka, stracił pamięć, przeszedł bardzo długą rekonwalescencję. Wrócił po 10ciu latach albumem ‚ The Return’. I mimo poważnych problemów zdrowotnych wznowił karierę na dobre. Nadal aktywny, zdołał nagrać kilka interesujących albumów, otrzymać sporo nagród i wyróżnień (m.in nominacje do Grammy za ‚Live at Yoshi’s’ i ‚Think Tank’ w kategorii najlepszy album instrumentalny).

Jeden z najlepszych gitarzystów z pogranicza modern jazzu i fusion, posiadający świetną technikę gry na instrumencie i indywidualne wyczucie epokowych trendów muzycznych, czego przykładem są ‚psychodeliczne’ albumy z końca lat 60tych i fusion z pierwszej połowy lat 70tych (m.in. ‚Consciousness’ z 1974 roku).

‚El Hombre’ to pierwsza sesja nagraniowa Martino sygnowana jego nazwiskiem. Młodziutki był wtedy, równie wcześnie zaczął profesjonalną karierę co Hancock. Już pierwsze takty ‚Waltz for Geri’ dają próbkę jego możliwości jako instrumentalisty. Mimo młodego wieku, a może właśnie dzięki swojej młodzieńczej energii gra żywiołowo. Do tego dorzuca nieskazitelną technikę, słychać u niego tendencję do grania rytmicznego, a akcentowanie jest wręcz rockowe. Płyta nagrana w 1967 roku, a więc w apogeum rozwoju hipisowskiego ruchu w Stanach. Ciekawy jest skład tej płyty, flet i organy bez basu (a la The Doors :D), z całkowicie nieznanymi muzykami sesyjnymi. Muzycznie jest raczej klasycznie, walce, latynoskie, przyjemne dla ucha melodyjki, rozbudowane bluesowe utwory na stronie B. Dopiero na kolejnych albumach Martino stylistycznie rozwinął się w kierunku psychodelii, co nie oznacza, że czegoś ‚El Hombre’ brakuje – brzmienie jest ciepłe, zespół zgrany, płyty słucha się z przyjemnością.

Martino mimo, że nie jest innowatorem na miarę Colemana, ma swój wkład w rozwój jazzu, szczególnie w kierunku psychodelii na przełomie lat 60tych i 70tych. Do tego dochodzą jego wysokie umiejętności techniczne. Warto zwrócić uwagę na jego twórczość i docenić siłę ducha człowieka, który po ciężkiej chorobie i 10 latach przerwy wrócił po latach na scenę.