Lee Morgan ‎– Cornbread

cornbread

Blue Note 1965

A1 Cornbread
A2 Our Man Higgins
B1 Ceora
B2 Ill Wind
B3 Most Like Lee

Lee Morgan – Trąbka
Jackie McLean – Saksofon Altowy
Hank Mobley – Saksofon Tenorowy
Herbie Hancock – Pianino
Larry Ridley – Bas
Billy Higgins – Perkusja

Edward Lee Morgan urodził się w Filadelfii w 1938 roku. Zmarł tragicznie zastrzelony przez własną żonę w klubie jazzowym pomiędzy występami w 1972 roku. Żył krótko acz intensywnie, już jako nastolatek nagrywał płyty dla Blue Note. Dla tej wytwórni nagrał ich kilkanaście, dodatkowo zostało wydane jeszcze kilka pośmiertnie na podstawie zarejestrowanego wcześniej materiału. Jako muzyk sesyjny ma na swoim koncie takie klasyki jak ‚Blue Train’ Johna Coltrane’a, ‚Moanin’ Arta Blakeya i Jazzmessengers, ‚Evolution’ Grahana Moncura III i ‚Mode for Joe’ Joe Hendersona. Był gwiazdą Blue Note, która zajaśniała pełnym blaskiem właściwie przez przypadek. Nagrany w 1963 utwór ‚The Sidewinder’, w klimacie soul-jazz/boogaloo, stał się wielkim hitem, nielegalnie został również wykorzystany w telewizyjnej reklamie samochodowej. Wielokrotnie później starał się powtórzyć sukces tego nagrania, aczkolwiek z różnym skutkiem. W tym samym czasie co ‚Sidewinder’ ukazała się ambitna pozycja z kręgu jazzu modalnego – ‚Search for the New Land’ z Waynem Shorterem na saksofonie, Grantem Greenem na gitarze i Herbie Hancockiem na pianinie. W latach 60tych nagrał jeszcze sporo dobrych lub bardzo dobrych albumów – ‚The Rumproller’ z Joe Hendersonem, ‚Charisma’ z Hankiem Mobleyem i Jackie McLeanem, ‚Gigolo’ z Shorterem. Ostatnim akordem było nagranie 2 płytowego albumu ‚Live at the Lighthouse’ z Bennie Maupinem. Niestety jego życie przerwał strzał z pistoletu Helen Morgan.

lee_morgan1

Jako trębacz Morgan znajdował się w gronie najwybitniejszych muzyków hard bopowych, jego gra charakteryzowała się silnym, muskularnym tonem, była przepełniona emocjami, zadziornymi tonami w funkujących utworach tanecznych/bopowych, jak też słodkimi i delikatnymi w balladach. Z czasem przeszedł z bopowego grania, poprzez okres soul-funk jazzowy z elementami jazzu latynowskiego (boogaloo) w stronę modalnego free bopu.

‚Cornbread’ jest efektem sesji z 18 września 1965 roku, w której uczestniczyli oprócz lidera saksofoniści Jackie McLean i Hank Mobley, Herbie Hancock na pianinie i Larry Ridley/Billy Higgins w sekcji rytmicznej.

Mocna stopa i konkretne brzmienie – to pierwsze wrażenie, jakie przychodzi na myśl słuchając utworu tytułowego. Świetne zgranie sekcji dętej i profesjonalizm – to drugie. Trąbka Lee Morgana podtrzymuje na duchu. Klarowne brzmienie robi duże wrażenie. W połowie lat 60tych Blue Note osiagnęło szczyt swojego rozwoju jako czołowego i nieco komercyjnego jazzowego labela. Zaczęły się pojawiać hity. Ludzie słuchali tego na potęgę. Rock dopiero raczkował, pierwsze płyty Beatlesów i Stonesów zaczynały robić różnicę, ale jazz był wtedy bardzo mocny.

‚Cornbread’ to 9 minut soczystego acid jazzowego grania, boogaloo. Bez fałszywej nuty, wszystko czyściutkie. Spokojnie mogłoby dzisiaj zabrzmieć na function one.

‚Our Man Higgins’ jest już nieco bardziej skomplikowane formalnie. Zaczyna się od nieco colemanowskiego motywu na dęciakach. Jackie McLean gra dość free na saksie. Świetnie! Kontynuują Morgan i Mobley. Przekazują dużo dobrej i mocno pokręconej energii. Hancock gra modalnie, z wyczuciem, raczej uspokaja emocje. Billy Higgins jeszcze dorzuca nieco mocnego uderzenia na perce. Ten numer to ciekawie zaaranżowany awangardowy hard bop godny swoich czasów. Pierwsza klasa jazzowego grania.

‚Ceora’ otwiera stronę B płyty i od razu robi się spokojniej. Grają Hancock, Higgins i Larry Ridley na basie. Dęciaki grają w półtonu, harmonijnie i na luzie. Morgan otwiera część solistyczną bardzo ładnymi dźwiękami swojej trąbki. Akcentuje po swojemu, dość mocno acz elegancko. Mobley dodaje ciepła na swoim tenorze. Bossa nova pierwsza klasa.

‚Ill Wind’. Tym razem zaczyna się bluesowo, leniwe dźwięki trąbki sączą się powoli i majestatycznie. W starym stylu. Morgan gra nieco ściszony (z kaczką) a la Armstrong. Mobley dogrywa, a Morgan gra dalej swoje leniwe dźwięki. Ten blues ma ciekawą, niestandardową konstrukcję. Hancock gra bardzo poprawnie, trudno sobie wyobrazić słysząc te dźwięki jego awangardowe odjazdy z lat 70tych…Technicznie jest jak zawsze na najwyższym poziomie, chyba tylko Thelonious Monk przewyższa go w tej kwestii, może jeszcze Jarret mógłby się równać z Herbiem. Hanock jest jednym z najczęściej grających/nagrywających muzyków w historii, nie bez kozery.

‚Most Like Lee’ przyspiesza nieco, wprowadza taneczny rytm. Kolejny chwytliwy motyw muzyczny, do których Morgan miał zdecydowanie talent kompozytorski. ‚Sidewinder’ jest tego najlepszym przykładem.
Mobley gra solo w wysokich rejestrach, dynamiczne. Morgan podkręca, mocno i rytmicznie. Sekcja gra równo. McLean dociska na swoim alcie. Wszystko w tempo (i to dosyć wysokie). Ostatni utwór na płycie, a nie jest żadnym wypełniaczem. Hancock streszcza się mocno. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze basista. Ostatnia minuta – solo na basie, połamane dźwięki perkusji, lekkie motywy pianina, szybki most i i motyw kończący, wszystko w kilkadziesiąt sekund.

Czerwona okładka płyty i dość agresywna grafika, plus zdjęcie Morgana – wiadomo, kto tu jest gwiazdą. Natomiast obecność Hancocka i McLeana dodaje tej płycie zdecydowanie smaku. Ogólnie rzecz biorąc- bardzo dobra pozycja komercyjnego jazzu z ambicjami. Warto sięgnąć po twórczość Lee Morgana, gdyż był on jedną z najjaśniej świecących (niestety krótko) gwiazd wytwórni Blue Note a do tego był świetnym muzykiem i utalentowanym kompozytorem.

Donald Byrd ‎– Street Lady

Donald Byrd - Street Lady (1973)

Donald Byrd ‎– Street Lady (Blue Note 1973)

A1 Lansana’s Priestress
A2 Miss Kane
A3 Sister Love
B1 Street Lady
B2 Witch Hunt
B3 Woman Of The World

Donald Byrd – Trąbka, Skrzydłówka, Wokal (Solo)
Jerry Peters – Pianino elektryczne (Fender Rhodes)
David T. Walker – Gitara
Fonce Mizell – Klawinet, Trąbka, Wokale
Fred Perren – Syntezator, Wokale
Chuck Rainey – Bas (Fender)
Harvey Mason – Perkusja
Roger Glenn – Flet
King Errisson – Konga
Stephanie Spruill – Perkusjonalia
Larry Mizell – Producent, Dyrygent, Wokale

Wiele ostatnio napisano o zmarłym niedawno (04.02.2013) Donaldzie Byrdzie. Był on bez wątpienia ponadprzeciętnym trębaczem jazzowym, natomiast nie był tym najlepszym. Na przełomie lat 50tych i 60tych, czyli w czasach największej świetności jazzu, grał m.in. z Johnem Coltranem, Theloniousem Monkiem, Sonny Rollinsem i Artem Blakey’em, czyli z najlepszymi hardbopowcami. Pod koniec lat 60tych zainteresował sie mozliwościami jazzu elektrycznego ery „Bitches Brew” Davisa, czego efektem są płyty „Ethiopian Nights” i „Electric Bird”. W latach siedemdziesiątych nawiązał wpółpracę producencką z braćmi Mizell, czego efektem był „Black Byrd” – najlepiej sprzedający się album w historii wytwórni Blue Note, jak również recenzowana dzisiaj płyta „Street Lady”. Bardzo aktywny w karierze akademickiej (miał nawet doktorat).

W składzie „Street Lady” widnieje 10ciu muzyków. Za produkcję odpowiedzialny jest Larry Mizzel. Jest on również autorem większości piosenek.

„Lansana’s Priestress” zaczyna się miękkim gitarowym intro. Uwodzi delikatnym, wysublimowanym brzmieniem. Połamany rytm prowadzi ten rozpływający się w oparach słonecznego popołudnia numer. Bogactwo aranżacji robi wielkie wrażenie. Po 2 minutach na moment pojawia się prowodyr całego zamieszania – Byrd – tylko po to, żeby zagrać dosłownie kilka akordów i zniknąć w tłumie grających jak z nut muzyków. Później dogrywa jeszcze krótkie solówki, aby dopiero w 5 minucie wejść na oczekiwane wysokie C. Póżniej dowodzenie przejmuje bardzo charakterystyczny dla tej płyty flet Rogera Glenna. Uzależniający numer.

„Miss Kane” zaczyna się świetnym solo fletu Glenna. Utwór ma na początku bardzo zrelaksowany, prawie jamajski klimat. A równocześnie tyle się dzieje na raz w temacie aranżacji, że trudno to ogarnąć. Gra Byrd – rytmicznie, w tempo, zwięźle. Po raz pierwszy pojawia sie solówka Jerry Peters’a na pianinie Fender Rhodes. I nagle wszystko rusza do przodu. Nagła zmiana tempa na galopujące robi duże wrażenie. Byrd z Glennem dogrywają sobie wzajemnie, Byrd w nieco oszczędnym stylu Davisa. Zaskakujący i nieprzewidywalny numer.

„Sister Love” ma fajnie przesterowany elektryczny, funkowy bas i nieco latynoski rytm. Wreszcie Byrd gra czyściutką, pełną solówkę. Jest ona jak głęboki oddech po tym całym, świetnym zresztą, aranżacyjnym zamieszaniu, jakie serwuje Larry Mizzel w pierwszych dwóch utworach. Fajne wokale uzupełniają obraz tego lekkiego numeru. Pod koniec zaczyna się robić wręcz nieco Disco. Jazzowi puryści zapewne w tym momencie wyłączyliby „Street Lady”.

Tytułówka. „Street Lady” Byrd gra bardzo acid jazzowo, tanecznie. Chwytliwy motyw wokalny niesie ten numer w jasno określonym, popowym kierunku. Jak na pierwszej stronie flet Rogera Glenna dzielnie sekunduje trąbce Byrda. Pojawiają się pianino i gitara. W końcowej fazie jeszcze ciekawa kombincja rytmiczna. Można tańczyć.

„Witch Hunt” od pierwszych sekund opowiada ciekawą historię, buduje napięcie. Solówka Fonce’a Mizella na klawinecie robi atmosferę. Wchodzi trąbka. Z wyczuciem. Utwór ładnie się rozwija. Solo fletu. I wreszcie Byrd wchodzi konkretnymi dźwiękami. Dopiero po 4ech blisko minutach atmosfera trochę się rozluźnia, bujający rytm kontrapunktuje pełne emocji, kolejne solo fletu. Następnie pianino, syntezator i znowu flet. Boogie! Polowanie na Czarownice trwa w najlepsze. Można zagubić się w tym bogactwie dźwięków. Krótkie solo trąbki budzi z psychodelicznego letargu. Motyw wokalny wczodzący blisko w 8mej minucie utworu – to ryzykowny zabieg, ale robi wrażenie. I tak już do końca. Blisko 10 minutowa uczta muzyczna.

„Woman Of The World”, jedyny utwór na płycie napisany przez Larry Mizella we współpracy z niejakim Edwardem Gordonem, to mięciutka rumba. Przesłodzone nieco wokale, miękka trąbka Byrda. Nie zatrzymywałbym się przy tym nijakim utworze ani chwili dłużej, gdyby nie zacne przesłanie do Wszystkich Kobiet tego Świata – „Dni szowinizmu mają się ku końcowi”. I tego sie trzymajmy.

Podsumowując – świetny jest to album, szczególnie na letnie dni. Lekki, przyjemny, doskonale zaaranżowany, zagrany bez fałszywej nuty. Jedyne czego mi w nim brakuje to jazzowych solówek z prawdziwego zdarzenia. Wpółpraca Donalda Byrda z braćmi Mizell w latach 70tych, mimo, że ortodoksyjnych fanów jazzu może nieco odstręczać, była jednak bardzo owocna z piosenkowego punktu widzenia.

Herbie Hancock – Takin’ Off

Herbie Hancock – Takin’ Off (Blue Note 1962)

A1 Watermelon Man
A2 Three Bags Full
A3 Empty Pockets
B1 The Maze
B2 Driftin’
B3 Alone And I

Freddie Hubbard (trąbka)
Dexter Gordon (Saksofon Tenorowy)
Herbie Hancock (Pianino)
Butch Warren (bas)
Billy Higgins (perkusja)

Debiut kompozytorski i jako leadera Herbiego Hancocka (ur. 1940 Chicago Illinois) przynosi ze sobą falę pozytywnych emocji. Ten bardzo młody, 22 letni wówczas pianista, po terminowaniu u Donalda Byrda, zaczyna właśnie stawiać pierwsze kroki w swej niezwykle bogatej i obfitującej w gatunkowe zwroty akcji karierze. Takin’ Off [a właściwie pierwszy utwór albumu ‚Watermelon Man’, prosty, swingujący blues, podbity funkowym rytmem] to prekursor gatunku zwanego w latach 90tych 20tego wieku Acid Jazz’em – funkującego bopu. Transowe akordy pianina Herbiego i motyw przewodni dęciaków, zgrane są idealnie, sekcja rytmiczna gra równiutko. Utwór ma bardzo taneczny i słoneczny feeling, uruchamia w mózgu dużą ilość serotoniny.
‚Three Bags Full’ nawiązuje do modnego wówczas awangardowego hard bopu. Linie melodyczne są płynne, złożone. Piekne brzmienie trąbki Freddiego Hubbarda unosi ten utwór, nadaje mu przejrzystą i klarowną przestrzeń. Gordon zaczyna nieco z arytmiczną werwą muzyki indyjskiej, żeby przejść następnie do mocnego akcentowania charakterystycznego dla hard bopu. Hancock, wciąż poszukujący swego stylu, miękko operuje w swingującym rytmie, trzymając się dość nieskomplikowanej struktury melodycznej.
‚Empty Pockets’ to wpadająca w ucho melodia, bliska ideału aranżacja. Hubbard zaczyna wysokimi, długimi dźwiękami. Wzbogaca swój pasaż, gra zadziornie, a równocześnie bardzo rytmicznie. Gordon, stary wyjadacz, odgrywa swoje solo poprawnie, acz bez błysku. Herbie gra funky. Utwór ma wręcz ellingtonowski sznyt.
‚The Maze’ (Labirynt) zaczyna się doskonałym „filmowym” motywem, od którego po plecach chodzą ciary. Połamany rytm początkowej frazy przechodzi w neurotycznie swingujące solo Hubbarda. Krótkiej, wiążącej solówce Hancocka towarzyszy marszowy rytm, który płynnie przemienia się w dynamiczne solo Gordona. Dominantą melodyczną jest nostalgia. Świetny numer.
‚Driftin’ to knajpiany blues. Gordon wyraźnie to czuje , to najlepsze jego solo na całym albumie, krótkie i zwięzłe. Hubbard – romantyk – grając po Dexterze uszywa se swoich dźwięków elegancki, aksamitny garnitur. Hancock z dużą erudycją buduje swoje optymistyczne solo. To najpełniejszy utwór tego albumu, bez niepotrzebnego pośpiechu i nadmiernej ekscytacji młodości.
‚Alone and I’ to piękna kołysanka. Pozwala na wyciszenie, moment oddechu, nie ustępuje w swej skuteczności treningowi relaksacyjnemu Schultza. Muzycy kontemplują dźwięki, powoli opowiadają swoje historie.
Mimo dość konwencjonalnej stylistyki, daje się wyczuć ogromny kompozytorski talent młodego autora, lekkość wyrazu, którą Hancock po prostu ma. To jeszcze nie jest ten pianista, który pod koniec lat 60tych przełamuje kanony razem z Milesem Davisem. To jeszcze nie gwiazdor z okresu Headhunters. To skromny, mający świetnego nosa muzycznego, doskonale przewidujący nadchodzące mody autor. I wyprzedzający je o 2 kroki. To już jest prawdziwy acidowy odlot . Takin’ Off.