Curtis Amy & Dupree Bolton ‎– Katanga!

katanga!

Pacific Jazz Records 1963

A1 Katanga
A2 Lonely Woman
A3 Native Land
B1 Amyable
B2 You Don’t Know What Love Is
B3 A Shade Of Brown

Curtis Amy – Saksofon
Dupree Bolton – Trąbka
Ray Crawford – Gitara
Jack Wilson – Pianino
Vic Gaskin – Bas
Doug Sides – Perkusja

W sumie dziwne, że nie udało się Curtisowi Amy odnieść jakiegoś mniej lub bardziej spektakularnego sukcesu. Ton miał czysty i elegancki, potrafił zagrać mocno i lirycznie. Pisał świetne utwory (‚Lonely Woman’, ‚Native Land’) Znają go wszyscy fani The Doors – zagrał w ‚Touch Me’z 4tego albumu tej kultowej grupy ‚The Soft Parade’. Nagrywał z Rayem Charlesem, Bobby Hutchersonem, Royem Ayersem i Marvinem Gaye. Jego żoną była znana z ‚Gimme Shelter’ Stonesów wokalistka soulowa Merry Clayton. W latach 1961-63 trafił mu się prawdziwy wysyp albumów nagranych dla Pacific Jazz (m.in ‚Way Down’ z Marcusem Belgrave, ‚Groovin’ Blue’ z Hutchersonem i ‚Tippin’ On Through’ z Ayersem). Najlepszym z tych 6ciu albumów jest zdecydowanie ‚Katanga!’. Później nagrywa funkowo-bopowy album ‚Mustang’ (1966) z Kenny Barronem i właściwie znika ze sceny. Tym większe brawa dla paryskiej ekipy Heavenly Sweetness za ponowne wydanie ‚Katangi!’ na 180 gramowym winylu!

Zaczyna się od radosnych, bopowych dźwięków ‚Katanga’ i przeszywającego sola trąbki Dupree Boltona. Curtis Amy podkręca jeszcze taneczny klimat tego utworu mocnymi akcentami saksofonu. Jack Wilson proponuje słuchaczom super szybkie solo na pianinie. Doug Sides na perkusji dorzuca swoje kilka dźwięków w bardzo krótkim solo. Wszystko zamyka się w 3 minutach. ‚Lonely Woman’ zwalnia zdecydowanie. Curtis Amy gra intensywne solo. Utwór ocieka bluesowym sexy vibe’em. Urozmaica go gitara Raya Crawforda. Brzmi bardzo dosadnie i bezpretensjonalnie. Te 2 pierwsze kawałki wprowadzają do właściwego rozwinięcia, ponad 10 minutowego ‚Native Land’, najlepszego na płycie, rozbudowanego hardbopu z elementami afrykańskiego folku. Afrykańska maska na okładce doskonale odzwierciedla muzykę akurat w tym utworze. Zapowiada w dużym stopniu klimat rok późniejszej płyty Coltrane’a ‚A Love Supreme’, przypomina też trochę coltrane’owskie „My Favourite Things”. Do tego nieco psychodelii, atmosfera wyciszenia. Rozmarzone solo saksofonu altowego. Trąbka Dupree Boltona świetnie wpasowuje się w ten utwór. Kolejnym jest akustyczne gitarowe solo Raya Crawforda. Uczta dla uszu, słychać, że sekcja rytmiczna złapała wiatr w żagle, bardzo wciągające i relaksujące brzmienie. Solo pianina i domknięcie. Można tego utworu słuchać w kółko bez znużenia.

Drugą stronę płyty otwiera bardzo rytmiczne ‚Amyable’. Pierwsze solo Raya Crawforda na gitarze podkreśla ten zrelaksowany rytm. Jest w tym utworze dużo lekkości, płynności. Trąbka Dupree Boltona dodaje ‚Amyable’ nieco ostrości, utrzymując równocześnie niezobowiązujący klimat całości. Sekcja rytmiczna gra bez zarzutu, klasycznie swingując. Bardzo zgrabne solo pianina Jacka Wilsona jest wisienką na torcie bardzo smakowitego ‚Amyable’. Dużo dobrej energii przekazują nam muzycy w tej części ‚Katanga!’. Kolejnym utworem na płycie jest klasyk ‚You don’t know what Love is’. Curtis Amy gra bardzo czysto. Melancholijne dźwięki saksofonu, w tle miękkie uderzenia szczoteczek o talerze. Nieco przesłodzone, ale z wyczuciem. Rozbudowane solo Dupree Boltona na trąbce pięknie wzbogaca ten utwór. Sekcja dęta ma okazję zaprezentować tutaj wszystko co najlepsze. Perełka. Zamykający winyl ‚A Shade of Brown’ kryje w sobie bardzo energetyczne solo gitary Raya Crawforda. Solidnie zbudowany utwór, nie można niczego zarzucić autorowi i wykonawcom, natomiast nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dęciaki prezentują swoje umiejętności, najpierw Bolton, następnie Amy. Egzamin zdają na piątkę. Solo pianina również jest bezbłędne. Jedyny zarzut jaki mogę mieć wobec tego utworu, to, że takich jazzowych post bopowych numerów wydanych przeważnie dla Blue Note w jazzie lat 60tych są setki. Wszystkie brzmią świetnie, są doskonale zrealizowane, ale nieco bez wyrazu. Ocierają się o bardzo porządną rzemieślniczą robotę.

Mimo wszystko ‚Katanga!’ wyróżnia się na plus. Stosunkowo krótki, 35 minutowy album jest bardzo dobrze złożony, spójny, słucha się go bez znudzenia. Ukazuje prawdziwy talent kompozytorski zapomnianego już ponadprzeciętnego artysty jakim był zmarły w 2002 roku saksofonista Curtis Amy. Muzyka Jazzowa kryje w sobie jeszcze wielu takich niedocenianych Curtisów Amy!

Miles Davis – Kind of Blue

Miles Davis – Kind of Blue (Columbia 1959)

A1 So What
A2 Freddie Freeloader
A3 Blue In Green
B1 All Blues
B2 Flamenco Sketches

Miles Davis – Trąbka
Julian ‚Cannonball’ Adderly – Saksofon Altowy (wszystkie utwory oprócz Blue in Green)
John Coltrane – Saksofon Tenorowy
Wyn Kelly – Pianino (tylko na Freddie Freeloader)
Bill Evans – Pianino
Paul Chambers – Bass
James Cobb – Perkusja

Rok 1959. Kind of Blue otwiera całkiem nową erę amerykańskiego Jazzu. Wcześniej prym wiedli bopowcy spod znaku Charlie Parkera. 3 lata wcześniej pojawia sie przełomowa płyta Birth of the Cool. Jeszcze przed Kind of Blue Davis nagrywa takie arcydzieła jak „Windą na Szafot” soundtrack do filmu Louisa Malla i z pomocą Gila’a Evansa (aranżacje) „Porgy & Bess” – jazzową wersję gershwinowskiej opery. Ale to Kind of Blue zmienia całe oblicze Jazzu.
Album został nagrany na tzw. Setkę, Davis zaprosił do kooperacji Johna Coltranea (Saksofon tenorowy), Billa Evansa (Pianino), Paula Chambersa (Bass) i Jamesa Cobba (Perkusja). Davis grał na trąbce. Ten oto kwintet stanowił szkielet, na którym oparła się cała konstrukcja płyty. Oprócz Blue in Green wspiera ich Julian ‚Cannonball’ Adderly (Saksofon altowy), a Wyn Kelly pojawia się na Freddie Freeloader (Pianino).
A muzyka? Tylko 5 utworów. Mimo tej pozornej pustki, jest to prawdopodobnie najważniejsza płyta w historii Jazzu. Co powoduje jej wielkość?
Wszystko zaczyna się od So What. Pianino Evansa, Bass Chambersa wprowadzają w temat. Nagle pojawia się przewodni basowy motyw. Wchodzi perka. Następnie dęciaki. Narasta napięcie. Utrzymuje sie równy rytm. Swing. I Davis. Czysto, melodyjnie, plastycznie. Piękna solówka. To wszystko oparte na równym swingu perki Cobba. W kontrapunkcie pianino Evansa. Pojawia się przestrzeń, wchodzi saksofon Coltrane’a. Szalony John Coltrane rozbija całą strukturę utworu, żeby następnie złożyć ją w coś zupełnie nowatorskiego, w coś, czego nie było nigdy przedtem. Free Jazzowe akcenty są wyraźne. W pewnym momencie wchodzi Cannonball. Jego solówka zmienia wyraz utworu, przemieszcza go w modalnej skali. Jest mniej neurotyczna, równiejsza. Melodyjna. Następnie gra Evans. Bardzo układnie, miękko. Płynnie. Prawie samymi akordami. Wszystko się wycisza. Pojawia się motyw przewodni, piękny pochód basu. Swing i tak już do końca. So What!
Freddie Freeloader to miękki jazz w starym stylu. Knajpiana muzyka pod burbon & whiskey. Zaczyna Kelly perlistą solówką a la Brubeck. Wypełnia czas. I Davis. Wyważony dźwięk. Bardzo melodyjnie. Słonecznie. No i geniusz we własnej osobie. To on nadaje tej płycie niemal metafizyczny wymiar. Coltrane. Zaczyna się dziać coś niesamowitego. Niezwykłą dynamikę ma jego solo. Jest krótkie, lekko freejazzowe, bardzo ornamentyczne. Mądre. Cannonball zaczyna z werwą. Zagęszcza temat. Spieszy się, lata jak oszalały po oktawach. Zdaje sobie sprawę, po kim gra solówkę. Następnie Evans. Nieśmiało. Ledwo go słychać. Wchodzi motyw przewodni. Koniec utworu.
Blue in Green to klasyczny wolniak. Pościelówka. Melancholia. Solówki Davis/Evans/Coltrane. Zielononiebieski.
All Blues zaczyna się nerwowym pianinem Evansa. Dęciaki wygrywają melodię. Davis improwizuje. Utwór zawiązuje się. Wchodzi solo Davisa. Opowiada długą historię. Wchodzi Aderley. Miękko. Melodyjnie. Z przytupem. W pewnym momencie uzyskuje piękną melodię. Kończy. Wchodzi Coltrane. Trudno to opisać słowami. Następnie Evans. Płynnie. Wchodzi motyw przewodni. Piękny, taneczny utwór. Wydaje się, że się kończy, a tu nagle pojawia się Davis ze swoją frazą. Stawia kropkę nad i.
Flamenco Sketches to spokojny utwór. Przypomina krajobrazy Prowansji. Nawiązuje do atmosfery Hiszpanii. Płynie. Wszyscy grają bardzo melodyjnie. Jak po burzy. Coś przemija. Nastaje spokój i cisza. Kind of Blue.

Czym byłby Jazz bez tego albumu? Napewno byłby uboższy o wiele akcentów, pomysłów, modulacji. Z Kind of Blue Jazz osiągnął dojrzałość.