Adam Makowicz ‎– Unit

Polish Jazz 1973

A1 The Song From The Valleys / Pieśń Z Dolin
A2 War Song / Pieśń Wojenna
A3 The Song From The Hills / Pieśń Ze Wzgórz
A4 Drinking Song / Pieśń Pijacka
A5 Sacred Song / Pieśń Religijna
B1 Seven For Five
B2 Suggestion / Propozycja
B3 Blues
B4 It’s Not Bad / Nie Jest Zle
B5 Cherokee

Adam Makowicz – pianino Fender
Czesław Bartkowski – perkusja, perkusjonalia

ur. 18 sierpnia 1940 w Gnojniku na tzw. Zaolziu,

Herbie Hancock, Freddie Hubbard, Jack De Johnette, Charlie Haden. Andrzej Kurylewicz, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Tomasz Stańko. Cała plejada gwiazd jazzu grała z Adamem Makowiczem, pianistą. Skromny człowiek, o niezwykłym talencie pianistycznym, aczkolwiek również kompozytorskim.

Grał przede wszystkim na ważnych albumach Michała Urbaniaka (Constellation, Michał Urbaniak Group Live Recording) i razem z Novi Singers (Torpedo). Uczestniczył również w nagraniu ‚Sprzedawców Glonów’ Ptaszyna Wróblewskiego i ‚Drums Dream’ Czesława Bartkowskiego. Można powiedzieć, że lata 70te należały do Makowicza i jego Fendera.

Stylistycznie plasuje się w rejonach jazzu klasycznego, jazzu modalnego, czasem nieco free. Gra na klawiszach elektrycznych, co samo w sobie jest przejawem tendencji do grania z elementami rocka. Natomiast umiejętność umiarkowanego tonowania zbliża go raczej do muzyki Dave’a Brubecka i innych tuzów lat 50tych. Klasyczne umiejętności Makowicza są warunkiem jego występów pozajazzowych.

Płyta ‚Unit’ jest efektem współpracy Makowicza i perkusisty Czesława Bartkowskiego. Słychać, że są świetnie zgrani, muzyka jest elegancka i przemyślana, bez nadmiernej wirtuozerii. Wypełnia ten album 10 krótkich utworów, odpowiednio dźwiękowo zagęszczonych. Całość zdobi charakterystyczna okładka autorstwa Marka Karewicza. Piękna rzecz.

Cecil Taylor ‎– Unit Structures

Blue Note 1966

A1 Steps
A2 Enter Evening (Soft Line Structure)
B1 Unit Structure / As Of A Now / Section
B2 Tales (8 Whisps)

Cecil Taylor – pianino
Jimmy Lyons – saksofon altowy
Ken McIntyre – saksofon altowy, klarnet basowy
Eddie Gale Stevens Jr. – trąbka
Alan Silva, Henry Grimes – bas
Andrew Cyrille – perkusja

Nowojorczyk z Queens. Innowator pianistyki jazzowej, łączący współczesną muzykę improwizowaną z awangardą. Jako jedną z jego inspiracji uważa się muzykę Igora Strawińskiego. Współpracował m.in ze Stevem Lacy, Albertem Aylerem, Samem Riversem. Pierwsze wyróżniające się nagranie to płyta ‚Jazz Advance” z 1956 roku. Przełomowymi płytami są w ogólnym odbiorze 2 pozycje wydane dla Blue Note w 1966 roku – ‚Conquistador’ i właśnie ‚Unit Structures’. Wśród osób zainspirowanych jego twórczością znajdują się takie postacie jak Lou Reed, Laurie Anderson, Captain Beefheart, reżyser Louis Malle i pisarz Thomas Pynchon.

‚Unit Structures’ została nagrana jednego dnia – 19 maja 1966 roku przez niedawno zmarłego inżyniera dźwięku Rudy Van Geldera w składzie na 2 saksofony altowe, trąbkę, pianino (sam Taylor) i sekcję rytmiczną. Efektem jest jedna z najbardziej awangardowych i zarazem najlepszych płyt w historii jazzu.

Zaczyna się ekstremalnie i właściwie do końca nie zwalnia tempa. 6ciu instrumentalistów grających równocześnie może powodować pewne trudności w odbiorze tej muzyki, nie odbiera jej natomiast zupełnie efektu nowości i zaciekawienia. Nieprzewidywalność ‚Steps’, następujące po sobie kaskady dysonansów, budują niezwykłe napięcie, którego czasem brakuje w muzyce jazzowej, tej ilustracyjnej. Tutaj nadmiar dźwięków jest ewidentny, instrumenty ścierają się ze sobą w nieustającej batalii muzycznej. Ogromna jest dynamika tej konfrontacji, wymaga ona dużego skupienia i pewnego rodzaju dystansu w odbiorze. Intelektualna wartość tych brzmień jest zarazem ich zaletą i wadą. Między innymi przez to muzyka Cecila Taylora uzyskała większy poklask wśród białej publiczności klasy średniej niż wśród ówczesnej społeczności czarnych w USA. Z jednej strony Cecil Taylor skłaniał się ku soulowi spod znaku Marvina Gaye, a z drugiej jego ekstremalna awangardowość w sposób naturalny powodowała lepszy odbiór wśród publiczności zaznajomionej z ówczesną awangardą, muzyką konkretną.

‚Enter evening’ zdecydowanie wycisza i ‚rozcieńcza’ skrajnie wypełnioną dźwiękami strukturę poprzedniego utworu. Przypomina raczej wprawkę przedkoncertową, strojenie instrumentów. Utwór jest na granicy słuchalności, pomiędzy całkowitym brakiem konstrukcji a 100% atmosferycznością. Jakby zawiesza się w czasie, nie idąc zupełnie do przodu, wracając, meandrując. Pod względem ekscentryczności 10/10.
Słuchacz podświadomie czeka na zakończenie, domknięcie gestaltu, ale nic takiego nie następuje, wejście w wieczór to raczej impresja bez końca.

B side otwiera najdłuższa na płycie wieloczęściowa suita ‚Unit Structure / As Of A Now / Section’. Ponad 17cie minut ekstremalnego grania. Nie tak intensywna jak ‚Steps’ jednakże równie wymagająca. W trakcie trwania tego utworu można spokojnie przeczytać wszystkie wiadomości z FB, sprawdzić prasę, coś zjeść, wyjrzeć chwilę za okno, pobawić z kotem a nawet przejść się po pokoju. Sama muzyka jest raczej nierelacjonowalna, budzi skojarzenia z awangardową muzyką graną w filharmoniach i na festiwalach. Jednakże jest w niej ten element amerykańskiego, nowojorskiego wręcz luzu. Niewątpliwie jest to wyjątkowe brzmienie, coś niebywałego. Idzie w jednym szeregu z ‚Free Jazz’ Ornette Colemana i ‚Ascension’ Johna Coltrane’a. Emanuje ogromną energią, raczej niepowtarzalną. Jest to wyraz ekspresji jedynej w swoim rodzaju.

ct

Zamykający album utwór ‚Tales (8 Whisps)’, zarazem najkrótszy na płycie, zaczyna się solem pianina Taylora kojarzącym się z sountrackami do filmów niemych dwudziestolecia międzywojennego, obrazujących w ekspresjonistycznym stylu rozterkę głównego bohatera. Ostatnie akordy są nieco bardziej free i dobrze. Ilustracyjność w muzyce jest ciekawa aczkolwiek niekonieczna.

Pokłony dla pana Taylora za koncepcję i dla wszystkich muzyków za wykon. 100 lat!

Andrew Hill ‎– Black Fire

andrew hill

Blue Note 1964

A1 Pumpkin
A2 Subterfuge
A3 Black Fire
B1 Cantardos
B2 Tired Trade
B3 McNeil Island
B4 Land Of Nod

Andrew Hill – Pianino
Joe Henderson – Saksofon Tenorowy
Richard Davis – Bas
Roy Haynes – Perkusja

Nieco zapomniany innowator muzyki jazzowej, pianista. Charakterystyczne dla niego abstrakcyjne i ezoteryczne melodie prawdopodobnie spowodowały, że całe życie plasował się na antypodach mainstreamu, a nawet na bocznym torze awangardowego free jazzu. Znany głównie z wydawnictw dla Blue Note z lat 60tych (awangardowy, nagrany z nieodżałowanym Ericiem Dolphy ‚Point of Departure’, ‚Compulsion’ na granicy hard bopu i free z Freddie Hubbardem, wielce oryginalne ‚Lift Every Voice’ z wokalami ocierającymi się o operę). Zdarzały się też lżejsze nagrania (sam był autorem przeboju sygnowanego przez Lee Morgana ‚The Rumproller’) takie jak ‚Grass Roots’. Późniejsze nagrania są już zdecydowanie bardziej konserwatywne, nagrane często w trio ( pochodzące z lat 70tych albumy ‚Nefertiti’ dla East Wind, ‚Invitation’ dla SteepleChase). W latach 80tych nagrywa 4 albumy dla włoskiego labela Soul Note. W 2005 pod koniec życia nagrał jeszcze dla Blue Note interesujący albumu ‚Timeliness’ z Charlesem Tolliverem na trąbce.

Zaczyna się od dramatycznych i arytmicznych połamanych wygibasów w ‚Pumpkin’. Gdzieś w tle gry Hilla pobrzmiewa monkowska stylistyka, jednak ma on swój własny styl, dość ułożony i w gruncie rzeczy melodyjny. Sporo gra a la McCoy Tyner całymi akordami. Krótkie solo Roya Haynesa ma swój wyrazisty styl. Henderson nie kombinuje, gra dynamicznie i z emfazą. Nie przeciąga, streszcza się, chociaż nie powala. Motyw przewodni przyjemnie zapada w pamięć, bardzo obrazowa i trochę smutna muzyka.

‚Subterfuge’ zaczyna się świetnym, mocnym motywem pianina. Perkusja nieco łamie rytm. Hill improwizuje spokojnie, w wyważony sposób. Jest w tym utworze energia ale też wyczucie i delikatność. Właściwie grają w trio, perkusja wspaniale współpracuje z pianinem. Mimo ponad 8 minut nie ma wrażenia rozwlekłości. Hill porusza się po dość abstrakcyjnych terenach muzycznych. Solo Haynesa ma dużą dynamikę i trzyma słuchacza w skupieniu. Richard Davis na basie gra dość klasycznie, miękko.

Utwór tytułowy to lekki i mocno pokręcony walczyk. Mam nieodzowne skojarzenia z niektórymi utworami filmowymi Komedy, chociaż w bardziej nowoorleańskiej wersji. Fantastyczne solo Hilla wymaga dużego skupienia, ale warto poświecić mu trochę uwagi. Krótkie solo na basie pozostawia uczucie niedosytu. Perkusja, znowu bas. Sporo się dzieje. Kończy się strona A i każdy z trzech utworów jest wart ponownego przesłuchania.

Strona B zawiera 4 utwory. ‚ Cantarnos’ to popis nieco latynoskiego brzmienia Joe Hendersona. Jest elegancko, nieco awangardowo. Wyróżnia się hard bopowe solo perkusji. ‚Tired Trade’ to najbardziej klasyczny z dotychczasowych utworów miękki bop. Trzyma wysoki poziom całego albumu, natomiast niczym specjalnym nie zaskakuje. Nadałby się do posłuchania w knajpie przy pysznym napoju. Znów na wyróżnienie zasługuje Roy Haynes na perkusji. Najkrótszy na płycie ‚McNeil Island’ to właściwie dialog muzyczny Hilla i Hendersona, bardzo sympatyczny. ‚Land Of Nod’ ma cyrkowy klimat, mocno złożony temat przewodni i dużo wdzięku. Tak jak cała strona B nie należy może do wybitnych, natomiast słucha się go bardzo przyjemnie.

W gruncie rzeczy jest to bardzo dobra płyta, raczej nie arcydzieło, natomiast pierwsza strona zdecydowanie warta jest uwagi, wręcz świetna. Całości słucha się bez zbytniego wysiłku. Jest tutaj sporo smaczków do wyłapania, ciekawych niestandardowych dźwięków, eleganckiej awangardy bez popadania w przesadę. ‚New Thing’ dla początkujących.

Don Pullen ‎– Tomorrow’s Promises

don pullen

Atlantic 1977

A1 Big Alice
A2 Autumn Song
A3 Poodie Pie
B1 Kadji
B2 Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises
B3 Let’s Be Friends

Don Pullen – Pianino
George Adams – Flet, Saksofony (tenorowy i sopranowy), Klarnet basowy
Hannibal Marvin Peterson – Trąbka
Randy Brecker – Trąbka (A1)
Michal Urbaniak – Skrzypce (A1)
Roland Prince – Gitara
Sterling Magee – Gitara
Alex Blake – Bas
John Flippin – Bas elektryczny (A1)
Bobby Battle – Perkusja, Perkusjonalia
Tyronne Walker – Perkusja, Perkusjonalia
Ray Mantilla – Perkusjonalia
Ilhan Mimaroglu – Elektronika
Rita DaCosta – Wokal

don pullen 1

Wzorując się na muzyce Erica Dolphy i Ornette Colemana, Don Pullen grał awangardowy free w latach 60tych. Niestety nie szło mu dobrze, zarabiając niewiele, doszedł do wniosku, że lepiej będzie przestawić się na jazz elektryczny – zaczął grać w klubach i barach w trio na organach Hammonda. Zaczął również zajmować się aranżacją i akompaniamentem m.in. dla Niny Simone. W tym czasie wypracował swój charakterystyczny styl gry, dość perkusyjny, używając łokci i nadgarstków, szybki. Opracował wyjątkowo przystępny sposób wykonywania awangardowego jazzu – zgrabnie łącząc dysonanse i dowolność melodyczną z chwytliwymi rytmami. Połączył tradycyjny blues z awangardą. Częśto mylony przez swój styl gry ze zdecydowanie bardziej popularnym w świecie free jazzu Cecilem Taylorem.

Przełomem w karierze Pullena było poznanie Charles Mingusa. W 1973 perkusista Roy Brooks rekomendował Mingusowi Pullena. Pullen natomiast zarekomendował swojego dobrego kolegę George’a Adamsa. Razem z Dannie Richmondem na perkusji i Jackiem Walrathem na trąbce utworzyli ostatnią wielką grupę Charlesa Mingusa. Wspólnie nagrali m.in ‚Mingus Moves’ (1973), ‚Changes One’ i ‚Changes Two’ (obie 1974). Muzyczne nieporozumienia ze znanym z kłótliwości Mingusem spowodowały zakończenie działalności tej grupy w 1975 roku. Wtedy Pullen nagrał album solo (‚Solo Piano Album’ 1975). Kolejne 2 albumy (‚Five To Go’ i ‚Healing Force’) to również nagrania solo (obie 1976). W międzyczasie nagrywa ‚Capricorn Rising’ z Samem Riversem. W 1977 podpisuje kontrakt z wytwórnią Atlantic co skutkuje nagraniem 2 albumów – nietypowego ‚Tomorrow’s Promises’ (1977) i ‚Montreux Concert’ (1978). Współpraca z Atlantic trwa dość krótko, Pullen szybko przenosi się z kolejnymi nagraniami z powrotem do Europy (rzymski label Black Saint/Soul Note, holenderski Timeless Records). W składzie kwartetu z Georgem Adamsem nagrywa w latach 80tych 13 albumów. W 1986 roku podpisują kontrakt z Blue Note.

W 1988 roku Pullen przestawia się na format trio, nagrywając z Gary Peacockiem i Tony Williamsem świetnie przyjęty album ‚New Beginnings’. Kolejny album ‚Random Thoughts’ równiez nagrywa w formacie trio z Jamesem Genusem (bas) i Lewisem Nashem (perkusja).

W latach 90tych eksperymentuje z muzyką afrykańską, czego efektem są płyty ‚Kele Mou Bana’ (1991) i tribute album dla zmarłego w 1992 roku George’a Adamsa ‚Ode to Life’ (1993). Don Pullen umiera 22 kwietnia 1995 roku.

Album rozpoczyna się wyjątkowo przystępnym, 10 minutowym ‚przebojem’ ‚Big Alice’, w którym gra m.in. nasz Michał Urbaniak na skrzypcach i Randy Brecker na trąbce. Bardzo funky, elegancko, melodyjnie aż do pewnego momentu, kiedy robi się nieco free. Doskonały przykład melanżu free jazzu z rytmicznym funkiem bądź też bopem, jaki charakteryzuje muzykę Dona Pullena.

‚Autumn Song’ zdecydowanie wycisza, nawiązując do atonalnych początków Dona. Utwór autorstwa George’a Adamsa, podkręcony nieco elektroniką (efekty), to raczej klasyczny w gruncie rzeczy bop, tylko że nagrany po dokonaniach Weather Report i podobnych projektów. Ładne sola Adamsa i Pullena uzupełniają strukturę utworu.

‚Poodie Pie’ zaczyna się funkującą gitarą, cały utwór ma taneczny wymiar. Wyróżnia się solo Hannibala Marvina Petersona na trąbce. Ciekawe jest też solo na elektrycznym pianinie Pullena.

Druga strona zaczyna się afrykańskimi kongami w radosnym ‚Kadji’. Znowu Hannibal daje czadu na trąbce (tym razem mocno latynosko). George Adams wprowadza lżejszy klimat, miejscami wpadając trochę w atonalność. Oddech daje bardzo zgrabne solo Pullena.

‚Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises’ to już zdecydowanie awangardowa pozycja z ekstremalnymi dźwiękami saksofonu i atonalnym solem Pullena na wstępie. Utwór płynnie przechodzi w bardzo ładnie zaśpiewany przez panią Ritę DaCosta ‚Let’s Be Friends’.

Ciekawy to album, profesjonalnie ułożony i bardzo dobrze zagrany (szczególnie strona A). Warto sięgnąć po pozostałe nagrania wcześnie zmarłego Pullena, szczególnie z drugiej połowy lat 70tych.

Jan Ptaszyn Wróblewski ‎– Sprzedawcy Glonów

Polskie Nagrania Muza/Polish Jazz 1973

A1 Sprzedaż Glonów – Seaweed Sale
A2 Bez Wyciszenia – No Fade Out
A3 Cytat Z Samego Siebie – Quotation From Myself
B1 Wyznacznik Pierwszy – Determinant One
B2 Jan Szpargatoł Mahawiśnia
B3 Magma

Włodzimierz Nahorny (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Namysłowski (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Seifert (A2, A3, B3) – saksofon altowy, skrzypce
Waldemar Kurpiński (A1, A3 to B3) – saksofon barytonowy, klarnet
bas – Bronisław Suchanek (A3, B2, B3), Paweł Jarzębski (A1, A2, B1, B2)
perkusja – Czesław Bartkowski (A1, B1), Janusz Stefański (A2, A3, B2, B3)
pianino elektryczne [Fender] – Adam Makowicz (B1)
French Horn – Dariusz Filiochowski (A1, A3, B2, B3), Dariusz Szewczyk (B1)
gitara – Marek Bliziński (A1, B1, B2)
Wojciech Karolak – organy hammonda (A1, B2)
perkusjonalia – Czesław Bartkowski (B2), Kazimierz Jonkisz (A1, A3 to B3)
pianino – Andrzej Trzaskowski (B3)
saksofon sopranowy, skrzypce – Michał Urbaniak (A1, A2)
saksofon tenorowy – Jan Ptaszyn Wróblewski (A1, A2, B1, B3)
saksofon tenorowy, klarnet sopranowy, klarnet basowy – Tomasz Szukalski (A1, A3 to B3)
saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet – Janusz Muniak (A2, A3, B2, B3)
puzon – Andrzej Brzeski (A1 to B1, B3), Andrzej Piela (A2, A3, B2, B3), Jan Jarczyk (tracks: A1, B1, B2), Stanisław Cieślak (A1 to B3)
trąbka – Bogdan Dembek (A1, A3 to B3), Bogusław Skawina (A2), Józef Grabarski (A1), Laco Deczi (tracks: B2), Stanisław Mizeracki (A1 to B1, B3), Tomasz Stańko (A2 to B1, B3)
tuba – Zdzisław Piernik (A2, A3, B2, B3)

Imponujący skład, post-komedowski jazz w najlepszym wydaniu, zaaranżowany na orkiestrę. 6 trębaczy, w tym Tomasz Stańko. 6 saksofonistów – Urbaniak, Szukalski, Muniak, Namysłowski, Nahorny, Seifert i maestro Wróblewski we własnej osobie. Andrzej Trzaskowski na pianinie. Wojciech Karolak i Adam Makowicz przy pianinach elektrycznych (Fender i Hammond). Urbaniak i Seifert również na skrzypcach. Na perkusji/perkusjonaliach m.in Bartkowski i Jonkisz. W sumie w nagraniu uczestniczyło ponad 30tu muzyków.

‚Ptaszyn’ Wróblewski ma niebywały talent aranżacyjny. Słychać to od pierwszego taktu ‚Sprzedawców Glonów’. Orkiestra gra jak z nut. Urzeka czystość brzmienia i klarowność dźwięku poszczególnych instrumentów. Bardzo zgrabną solówkę wycina Urbaniak. Gdzieś w oddali pobrzmiewają echa CTI’owskich kooperacji. Solo Szukalskiego również jest niezgorsze. Perkusja Bartkowskiego chodzi jak w zegarku. Jest moc!

‚Bez Wyciszenia’ brzmi donośnie i poważnie, w stylu aranżacji Gila Evansa ze ‚Sketches’. Unosi się nad tym utworem róznież duch awangardy lat 60tych, Colemana, Dolphiego czy też Alberta Ayera. Free jazzowe sola Namysłowskiego na alcie i Urbaniaka na sopranie dodają nutkę szaleństwa do wielce uporządkowanej struktury utworu. To wcale nie jest łatwa muzyka! Połamane przejścia, zmiany tempa, awangardowy chaos.

‚Cytat Z Samego Siebie’ uspokaja trochę atmosferę, pobrzmiewają echa kwintetu Davisa z Tony Williamsem na perkusji. Solo Namysłowskiego – nic tylko słuchać. Zmiany tempa, urokliwe przeszkadzajki, przegłosy, atmosferyczne dodatki – prawdziwy majstersztyk. Jest to długi i w sumie dość rozwlekły utwór, ale chwyta za serce pięknymi dźwiękami trąbki Tomasza Stańko. I znów gdzieś w tle słychać ‚Sketches of Spain’…

‚Wyznacznik Pierwszy’ wciąga niezwykle wyrazistym motywem przewodnim. To już jest elektryczny jazz – Makowicz na fenderze buduje niezwykły klimat, Paweł Jarzębski na basie wykonuje kawał dobrej roboty. Wróblewski na tenorze gra spójnie i spokojnie, słychać doświadczenie lat muzyka sesyjnego, wprawionego przez 2 dekady koncertowania. Plus zawinulowskie motywy rodem z Weather Report i ‚In a Silent Way’. Blisko 10 minut pięknego elektrycznego grania.

‚Jan Szpargatoł Mahawiśnia’ również zapada momentalnie w pamięć (świetny, wręcz filmowy motyw). Córka właśnie robi wycinanki, więc muszę pisać na kolanie.

‚Magmę’ moja partnerka skwitowała krótko – ‚co to za straszna muzyka’. Sygnowana przez pianistę Andrzeja Trzaskowskiego.

Tak czy owak jest to jeden z najważniejszych albumów polskiego jazzu i nie tylko. Nie znam drugiego tak złożonego formalnie albumu znad Wisły.

Miles Davis ‎– Bitches Brew

bitches brew

CBS Sony 1970

A Pharaoh’s Dance
B Bitches Brew
C1 Spanish Key
C2 John Mclaughlin
D1 Miles Runs The Voodoo Down
D2 Sanctuary

Miles Davis – Trąbka
Wayne Shorter – Saksofon sopranowy
Bennie Maupin – Klarnet basowy
John McLaughlin – Gitara
Chick Corea – Pianino elektryczne
Joe Zawinul (A, B, C1, D2) – Pianino elektryczne
Larry Young (A, C1, D1) – Pianino elektryczne
Dave Holland – Bas
Harvey Brooks – Bas
Charles Alias – Perkusja
Jack DeJohnette – Perkusja
Lenny White – Perkusja
Jim Riley – Perkusjonalia

Jubileuszowa 50 odsłona musi mieć zacną oprawę i bogatą treść. Obie te cechy spełnia nieśmiertelny album psychodelicznego jazzu – ‚Bitches Brew’. Najlepiej brzmi słuchany podczas silnego wiatru na żaglówce ma Mamrach. Towarzyszy mi już ze 20 lat. Jest jak latarnia morska wskazująca drogę podczas zwątpień i klęsk przeróżnych. Jest jak estetyczny wzorzec z Sevres do którego można porównać właściwie wszystko, co zostało później wydane. Sprawdzić, czy wytrzymuje tę konfrontację. Czy też jest od początku błędne.

Właściwie jest to album bliski doskonałości. Piękna, tajemnicza okładka, nieśmiertelny skład, jedyna w swoim rodzaju muzyczna pewność siebie i niepodważalna energia zawarta w tych kilku utworach. Ale cóż to są za utwory! Jaka jest ich skala, jaki zasięg oddziaływania, gdzie się kończy ich bogata emocjonalność i żywotność?

Jakże długą drogę muzyczną przeszedł w swoim życiu Davis! Od bebopu, przez cool, różne wersje modalnego grania, później nowoczesny i nadal aktualny elektryczny jazz, zawierający w sobie wszystko co najlepsze z tej przebogatej muzycznie epoki, aż po narkotyczny funk, niezidentyfikowane eksperymenty połowy lat 70, kiedy niewiele już przypuszczalnie pojmował z tego co się dzieje, ale jego intuicja była jak skała i w końcu powrót w latach 80tych po kilku latach odwyku i psychicznej rozterki. Niezwykle intensywne i ciekawe było jego życie. Tak niepozorny człowiek z tak wielką charyzmą i pewnością, że to co robi to jest właśnie to. Prawdziwy niepoprawny geniusz.

Niewielu jest w historii takiego formatu muzyków. Być może nawet właśnie Davis aspiruje swoją postawą do miana najlepszego muzyka w historii. Nie był najwybitniejszym technikiem. Pojawiali się lepsi od niego, lepiej wyszkoleni, stworzeni do ekwilibrystyki. Niektórzy świecili tak jasno, że aż się spalali od własnego światła i działali krótko, często ponosząc największą ofiarę – własne życie. Wielu zatraciło się w ozdobnikach gwiazdorskiego życia i odpłynęli w estetyczną otchłań popkultury. Davis był jak cyborg, wyszedł obronną ręką właściwie ze wszystkich mielizn jakie generuje taki poziom popularności. Do tego wykazał się niezwykłą żywotnością, niczym wampir czerpał energię z kolejnych muzycznych nurtów, które go otaczały. Jego geniusz w dużym stopniu polegał na umiejętnym zagospodarowaniu rodzących się dookoła talentów. Prawdopodobnie najlepszym przykładem działania tego mechanizmu jest właśnie podwójny album ‚Bitches Brew’.

Zazdroszczę temu, który nigdy nie słyszał tego albumu. Całe życie słuchał powiedzmy Justina Biebera i nagle odpalił Davisa. Bieber jest ok, produkują mu zapewne najlepsi w branży, daje radę. Tylko jak porównać jego pieszczotliwe pomruki do zabójczej maszynerii jaką stworzył Davis na Bitches? Brakuje skali.

Trudno jest analizować tę muzykę. Jest na style spójna i płynna, skonstruowana z najlepszych elementów, że właściwie odbiera się ją bezkrytycznie, jako skończone arcydzieło. Zresztą słuchałem już tej płyty tyle razy, że trudno mi o krytycyzm, więc nie ma sensu się wysilać. Po prostu posłuchajcie!

Don Cherry – Where is Brooklyn?

where is brooklyn

Blue Note 1969/Klimt Records 2014

A1 Awake Nu
A2 Taste Maker
A3 The Thing
B1 There Is The Bomb
B2 Unite

Don Cherry – Trąbka
Pharoah Sanders – Saksofon tenorowy, Flet
Henry Grimes – Bas
Edward Blackwell – Perkusja

Donald Eugene Cherry

„Wiele osób myli pojęcia – technikę z profesjonalizmem. Nienawidzę profesjonalizmu.” Don Cherry

Jednym z najistotniejszych momentów w historii jazzu było spotkanie Cherry’ego z Ornette Colemanem w sklepie płytowym przy 103 ulicy. Ten moment zaważył na karierze Cherry’ego. Było to spotkanie równie istotne co spotkanie Micka Jaggera i Keitha Richardsa na stacji kolejowej w Dartford. Przez całe dalsze życie Cherry grał z Colemanem lub muzykami takimi jak Ed Blackwell czy Charlie Haden – wywodzącymi się z legendarnego kwartetu Colemana. „Ornette był wyjątkowym i oryginalnym geniuszem free jazzu, ale Cherry był równy Colemanowi, błyskotliwie cieniujący, odpowiadający bądź też przeciwstawny każdemu krokowi Colemana w sposób bardzo kreatywny, wytrwały aczkolwiek niekompletnie artykułowany.” Don wychodził poza estetykę jazzu, smiało wkraczając na tereny world music ale również współpracując z rockmanami (Talking Heads, Lou Reed) a nawet z klasycznymi kompozytorami takimi jak Krzysztof Penderecki. Tworzył również dla filmu – był współtwórcą soundtracku do legendarnej „Świętej Góry” Alejandro Jodorowskiego.

Lata 1958-1962 to prawdziwy natłok świetnych płyt nagranych z Colemanem. Następnie współpraca z najlepszymi saksofonistami swoich czasów – z Coltranem, Sheppem, Lacy’m i Albertem Aylerem. Aż w 1966 roku zaczyna Cherry nagrywać pod własnym nazwiskiem i to od razu świetne albumy – ‚Complete Communion’ z Gato Barbierim i ‚Symphony for Improvisers’ z Pharaohem Sandersem, wspaniałe przykłady awangardy mocno osadzonej w bopie. Do tego kręgu należy jeszcze ‚Where is Brooklyn?’. Kolejne nagranie stają się coraz bardziej nasycone orientalną stylistyką, bardzo uduchowione – obie części ‚Mu’, ‚Ethernal Rythm’. Lata siedemdziesiąte to m.in świetne płyty ‚Relativity Suite’ z Carlą Bley i ‚Brown Rice’. Początek lat 80tych to etno projekt Codona z Collinem Walcottem i Naná Vasconcelos, inne nagrania dla ECM (‚El Corazón’, ‚Dona Nostra’). Wielki Don Cherry umiera w 1995 roku.

Album składa się z 5ciu utworów, przy czym jest nierównomiernie rozłożony, strona A zawiera 3, a na stronie B obok najdłuższego na płycie utworu ‚Unite’ zmieścił się jeszcze tylko jeden krótki utwór.

‚Awake Nu’ otwierający stronę A zaczyna się ekstatycznym solem Pharaoha Sandersa. Wyraziście dogrywa mu Ed Blackwell na perkusji (świetne solo w połowie utworu). Pełno tutaj niczym nieskrępowanej energii! Dęciaki zaczynają grać razem jak w najlepszych czasach kwartetu Colemana. Cherry przejmuje stery, gra oszczędnie i charakterystycznie, nie nadużywa możliwości swojego instrumentu, bardziej kreuje niż odpowiada na solistyczne popisy Sandersa. Wybrzmiewa nutka szaleństwa, słychać pośpiech wielkiego miasta. ‚Taste Maker’ to kolejny dialog Cherry’ego i Sandersa, zagrany mocno i miejscami bardzo atonalnie. Na początku bardziej słyszalny jest „płaczący” saksofon Sandersa. Cherry raczej akompaniuje. Dźwięki jego trąbki mają więcej przestrzeni, są bardziej senne i nieoczywiste. Henry Grimes ciekawie improwizuje na basie. Ostatnie 2 minuty utworu to mocne dźwięki perkusji Blackwella, rozpędzony bas Grimesa i zamykający motyw dęciaków, donośny sygnał. ‚The Thing’ jest zdecydowanie bardziej melodyjny niż jego poprzednicy. Sekcja rytmiczna gra równo, Cherry i Sanders trzymają linię melodyczną w granicach rozsądku. Don wspaniale improwizuje. Kolejny jest Grimes na basie, klarownie i z sensem. Sanders wchodzi z przytupem, gra również czysto, dopiero po jakimś zaczyna wchodzić w przestery. Wypada z rytmu. Wspiera go Cherry w krótkim solo. Ładna jest to melodia.

‚There Is The Bomb’ otwiera stronę B wprowadzając przyjemny dla ucha, odprężający klimat. Pojawia się świetne solo Chery’ego, wspieranego przez Sandersa. Jedno naturalnie wynika z drugiego, przenikają się w iluzjonistyczny sposób. Jest to przykład dojrzałego nowojorskiego brzmienia połowy lat 60tych. Krótko, zwięźle i na temat. Swoje kilka taktów dodaje sekcja rytmiczna, która na całej płycie trzyma bardzo wysoki poziom. Blisko 20 minutowy ‚Unite’ to już przykład pełnej wolności improwizacyjnej. Najlepiej zanurzyć się całkowicie wśród niezwykłych dźwięków generowanych przez Cherry i przede wszystkim przez Sandersa i pozwolić sobie na więcej sonicznej wolności. Obcowanie z tą niesamowitą muzyką to prawdziwa radość! ‚Unite’ jest jak wybuch kłębiących się emocji, płynie wolno i dostojnie, przekazując nam niestarzejącą się energię free jazzowego grania w czystej formie.

Całość została nagrana 11 listopada 1966 roku. Kooperacja Cherry i Sandersa robi nadal duże wrażenie. Sekcja rytmiczna Grimesa i Blackwella to przykład świetnego postbopowego grania. Warto sięgnąć po tę pozycję zaraz obok ‚Complete Communion’ i ‚Symphony for Improvisers’!

Sorgen/Lindberg/Obara – Three

obara

Ars Cameralis Silesiae Superiors 2010

1 Spiritual Lover
2 Forage
3 Fort Borek
4 One Of Caroll
5 Muss Influx
6 Noodles With Sammy Blues
7 T’wix D And E
8 Wolverine Breath
9 Dropped Drops
10 Multiple Reasons

Maciej Obara – Saksofon altowy

John Lindberg – Bas

Harvey Sorgen – Perkusja

Najzdolniejszy polski saksofonista młodego pokolenia. Urodzony w 1981 roku. Studiował jazz w Katowicach. Pierwsza płyta w składzie trio Maciej Garbowski (bas) i Krzysztof Gradziuk (perkusja) ukazuje się w 2007 roku. W tym okresie współpracuje z saksofonistą Antoine Roneyem i Tomaszem Stańko. W 2008 roku nagrywa 2gi album w składzie trio z Garbowskim i Gradziukiem. Oto komentarz do płyty napisany przez Tomasza Stańko: „Już pierwsze dźwięki najnowszej płyty Macieja Obary wzruszyły mnie, wprowadziły w czar tej muzyki (…) Jego muzyka jest silna, dojrzała, głęboka, pełna czaru, piękna. Jest jego własna.” Kolejny projekt Obary to MaMuGe 3 w skandynawskim składzie – z Johnem Lindbergiem (bass) i Harveyem Sorgenem (drums). W listopadzie 2010 wydaje album ‚Three’. Obara Special Quartet to projekt, który pojawia się w 2009 roku w składzie Ralph Alessi (tr), Mark Helias (bass), Nasheet Waits (dr). Nagrywają album ‚Four’. W 2011 pojawia się kolejna płyta ‚Equilibrium’ nagrana w składzie pierwszego trio i Dominika Wani (pianino). Obaj muzycy pierwszy raz spotkali się w składzie Tomasza Stańki i to u Jego boku zapoczątkowali swoją muzyczną przyjaźń. Nowy kwartet Obary to zupełnie inne spojrzenie na energię muzyczną, tym razem osadzona w kontekście harmonicznym, europejsko brzmiącej sekcji rytmicznej. Rok później datuje się powstanie kolejnego kwartetu Maciej Obara International Quartet, do którego zaprosił Norwegów. To jego pierwszy stały międzynarodowy kwartet, w skład którego wchodzą: Ole Morten Vaagan (kontrabas), Gard Nilssen (perkusja) oraz Dominik Wania (fortepian). Skutkuje skład ten nagraniem 3 płyt na żywo – ‚Live At Manggha’ ‎(2013), ‚Komeda’ (2013) i ostatnio ‚Live In Mińsk Mazowiecki’ (2015).

Skład trio zdecydowanie Obarze odpowiada. Wydobywa od razu pełne brzmienie ze swojego altu, a norweska sekcja rytmiczna odpłaca mu się pięknym za nadobne. Od pierwszej nuty słychać, że mają coś do powiedzenia w kwestii colemanowskiego free. Grają swoje utwory bez zadęcia, otwierają natomiast ‚Spiritual lover’ z repertuaru Andrew Hilla. Muzyka to współczesna, przetworzona przez nowojorską awangardę taką jak Lounge Lizards i John Zorn. Mają inspiracje, ale przede wszystkim chcą grać mocny jazz bez ozdobników. Idzie im doskonale. Ted Orr aranżuje i nagrywa tę sesję, jest odpowiedzialny za świetne brzmienie płyty MaMuGe3. ‚Forage’ to już ewidentne uwolnienie energii bez konserwantów. Funk, break, hip hop jazz i to free. ‚Fort Borek’ zmusza do refleksji, mimo braku równego rytmu ma w sobie dużo mocy. Ma elementy folklorystyczne, to taka ballada o naćpanym Janku Muzykancie. Sorgen artykułuje wielobarwnie, przypominając dokonania Edwarda Vesali z czasów współpracy z Tomaszem Stańko. Wpływ Stańko na Obarę jest zdecydowanie słyszalny. ‚One for Caroll’ zaczyna się delikatnie i melodyjnie. Muzycy nieco wrzucają tu na luz i dobrze. Nie ma natłoku, jest przestrzeń i kooperacja. Jest to pierwszy utwór autorstwa Obary na płycie. Następny ‚Muss Influx’ również sygnowany przez saksofonistę, wprowadza nieco ożywienia. To już jest free jazz pierwszego sortu – wielobarwny, entuzjastyczny, robiący wrażenie na znudzonym słuchaczu mimo szarzyzny za oknem i pustki na koncie. Znowu Sorgen gra za 2ch, Lindberg ma podwójny bas i to słychać. Jest smutno i tajemniczo, po krakowsku. ‚Noodles With Sammy Blues’ kolejny utwór Obary jest klasycznie połamany na monkowską modłę, acz dość intensywny w nowojorskim, współczesnym stylu. ‚T’wix D And E’ jest juz bardziej funky i nawiązuje niebezpośrednio do brzmienia Dave’a Douglasa. Jest najdłuższy na płycie i najbardziej przebojowy. ‚Wolverine Breath’ urzeka dziwnymi dźwiękami granymi smyczkiem na basie Lindberga. Jest to ukłon w kierunku muzyki awangardowej a la Stockhausen. ‚Dropped Drops’ to już przestrzeń zarezerwowana dla perkusji Harveya Sorgena. Na koniec ‚Multiple Reasons’ charakteryzuje piekne, ciepłe tony saksofonu Obary i wyrazisty bas Lindberga.

W sumie 10 utworów i wysoki poziom. Maciej Obara cały czas się rozwija i oby doczekał się wydawnictwa na ECM na przykład, bo to talent wyjątkowy, nadal oczekujący na swój europejski sukces!

Jack de Johnette – New Directions

ECM 1978

A1 Bayou Fever
A2 Where Or Wayne
B1 Dream Stalker
B2 One Handed Woman
B3 Silver Hollow

Jack DeJohnette – Perkusja, Pianino

John Abercrombie – Gitara

Lester Bowie – Trąbka

Eddie Gomez – Bas

Nadal aktywny, prawdopodobnie najlepszy żyjący perkusista jazzowy. W połowie lat 60tych uczestniczył w społecznym projekcie chicagowskiego AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians) – podobnie jak późniejsi członkowie Art Ensemble of Chicago, Lester Bowie zagrał zresztą na omawianej tutaj płycie. Następnie wspólnie z Rashiedem Ali stanowił perkusyjny fundament kwintetu Johna Coltrane’a, ażeby odnieść medialny sukces w epoce dzieci kwiatów z kwartetem Charlesa Lloyda (nadal aktywnego saksofonisty, ostatnio wydał pod egidą Blue Note album „Wild Man Dance” – zapis koncertu na festiwalu Jazztopad odbywającego się we Wrocławskiej Filharmoni). A następnie De Johnette zaliczył szczyt swojej artystycznej drogi uczestnicząc w epokowym wydarzeniu, jakim było nagranie albumu „Bitches Brew” Milesa Davisa. Co wcale nie oznacza, że później jakoś znacząco obniżył loty. Bynajmniej, w latach 70tych nagrywał regularnie jako leader, wiele tych wydawnictw wyszło w kultowej wytwórni ECM. Tworzył wiele ciekawych projektów muzycznych – The Gateway Trio (Dave Holland, John Abercrombie), Directions (Abercrombie i saksofonista Alex Foster), New Directions (Abercrombie, Eddie Gomez na basie) i Special Edition (David Murray, Arthur Blythe, Chico Freeman, John Purcell i Rufus Reid). Jako The Standards Trio razem z Keithem Jarrettem i Gary Peacockiem w latach 1986-1995 nagrał blisko 10 albumów z  klasycznym, odświeżonym materiałem (standardy takie jak m.in Stella By Starlight, My Funny Valentine, Someday My Prince Will Come). Jest najczęściej uczestniczącym muzykiem sesyjnym wytwórni Manfreda Eichera. Za żródło inspiracji uważa muzyków takich jak Max Roach, Art Blakey, Roy Haynes, Elvin Jones, Philly Joe Jones, Art Taylor, Rashied Ali, Paul Motian, Tony Williams, i Andrew Cyrelle.

jack de johnette

Za omawiany tutaj album De Johnette otrzymał francuską nagrodę Grand Prix du Disque/Charles Cros w 1979.

Zaczyna się spokojnie i z wyczuciem, ‚Bayou Fever’. Gitara Abercrombie brzmi dyskretnie, trąbka Bowiego tradycyjnie, bardzo czysto. Całość jest utrzymana w mglistym klimacie dojrzałego fusion. Dziwne dźwięki generowane przez Abercrombiego wzmacnia energetycznie grający De Johnette. Z czasem robi się rytmicznie i z groovem. Naprawdę ciekawa improwizacja.

Najdłuższy na płycie Where or Wayne płynie sobie niespiesznie. Momentami nabiera tempa. Solo gitarowe ma cechy akustyczne, bardzo wyciszone, bez elektrycznych przesterów. Abercrombie popisuje się swoją techniczną maestrią. De Johnette również. Eddie Gomez wrzuca miejscami dobry funkowy motyw na basie. W końcu decyduje się na interesujące solo. De Johnette potrafi nagle zaskoczyć arytmicznym akcentem. Bowie gra sentymentalnie, ciepło. Pod koniec robi się bardziej energetycznie, nerwowo, dość rockowo.

2gą stronę otwiera będący początkowo dźwiękową plamą, tak charakterystyczną dla nowoczesnego jazzu, pejzażem muzycznym, ‚Dream Stalker’. Utwór niewątpliwie wymagający głębokiej wrażliwości , wyciszający, mimo momentami głośniejszego frazowania Bowiego. Nadałby się jako kołysanka dla dziecka. ‚One Handed Woman’ jest najbardziej freejazzowym utworem na płycie. Muzycy improwizują jakby ‚obok’ siebie, mimo to odnosi się wrażenie spójnej całości dźwiękowej. Abercrombie? Gomez? gra smyczkiem. Muzyka płynie. Jest moc, a następnie swing. I bluesowy wokal na koniec. Super klimat. W ‚Silver Hollow’ De Johnette gra na pianinie, całkiem nieźle. Dogrywa mu Bowie. Abercrombie ociera się o ‚ładność’, ale bez popadania w przesłodzenie a la Pat Metheny. De Johnette też zresztą gra ‚ładnie’. Najlepiej brzmi w tej konwencji uniwersalna trąbka Lestera Bowiego. Do refleksji.

W sumie mieści się tutaj blisko 50 minut świetnie brzmiącej muzyki na bardzo wysokim poziomie. Może nie jest to przełomowy album, już wcześniej w Gateway Trio Abercrombie i De Johnette generowali równie progresywne dźwięki. Nowością jest tutaj wyciszenie ich obu, dzięki któremu płyta ma nieco senny klimat i rozmarzenie połączone z klarownością tonu wprowadzane przez trąbkę Bowiego.

McCoy Tyner ‎– Sahara

sahara

Milestone Records 1972

A1 Ebony Queen
A2 A Prayer For My Family
A3 Valley Of Life
A4 Rebirth
B Sahara

McCoy Tyner – pianino, flet, koto, perkusjonalia

Sonny Fortune – saksofon sopranowy i altowy, flet
Calvin Hill – bas, perkusjonalia
Alphonze Mouzon – trąbka, perkusja, perkusjonalia

Bez wątpienia jeden z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych klasycznych pianistów jazzowych obok Theloniousa Monka i Billa Evansa. Zaczynał podobnie jak poprzednio omawiany Grachan Moncur III z Jazztetem Arta Farmera, aby szybko znaleźć na lata swoje miejsce w klasycznym kwartecie Johna Coltrane’a (trudno wymienić wszystkie nagrane razem z Coltrane’m płyty, cała masa świetnego materiału, warto wspomnieć o ‚A Love Supreme’ i ‚Ascension’). Równocześnie pojawiał się na płytach innych wykonawców (m.in.’Blue Spirits’ Freddie Hubbarda, ‚In’n’Out’ Joe Hendersona i ‚Juju’ Wayne’a Shortera). W 1965 roku odszedł z kwartety Coltrane’a ze względu na różnice w estetyce muzycznej, jego miejsce zajęła żona Coltrane’a Alice. Rozpoczął karierę jako leader. Nagrał kilka ciekawych albumów dla Blue Note (m.in ‚The Real McCoy’, ‚Time for Tyner’), aczkolwiek potrzebował trochę czasu, aby odnaleźć siebie na nowo po opuszczeniu grupy Coltrane’a jak też po śmierci genialnego saksofonisty. Jest 4rokrotnym laureatem grammy (1988-1995)

‚Sahara’ jest pierwszym albumem Tynera nagranym dla wytwórni Milestone.

Z otwierającego album ‚Ebony Queen’ emanuje porywający optymizm. Tak jakby autor wyzwolił się z obecności duchów przeszłości i spojrzał odważnie w przyszłość. Niestandardowe brzmienie saksofonu Sonny Fortune’a wzmacnia ten efekt, energetyzuje. Tyner mocno akcentuje, dynamicznie uderzając w klawisze swojego pianina. Jego solo jest szybkie, rozbrajające, miejscami dość atonalne. Całość stanowi przykład doskonałego awangardowego a równocześnie akustycznego jazzu.

Delikatniejszy ‚A Prayer For My Family’ rozpędza intensywne emocje budzone przez ‚Ebony Queen’. Utwór zagrany solo na pianinie urzeka swoim romantyzmem i brakiem kalkulacji, stanowi bezpośrednią ekspresję dojrzałego muzyka. Jednego z najlepszych pianistów w historii.

Egzotyczny instrument Koto wybrzmiewa na początku ‚Valley Of Life’. Intrygująco koresponduje z nim brzmienie fletu i przeszkadzajek. Wspaniale zostają wplecione w zakres estetyki jazzowej elementy world music. Zaskakujące, jak daleką drogę przebył McCoy Tyner od klasycznego kwartetu Coltrane’a. Z drugiej strony głęboka duchowość ‚A Love Supreme’ znajduje tu ponownie swój wyraz. Urzekające.

Kończący pierwszą stronę ‚Rebirth’ to ekstatyczny bopowy wybuch, opierający swą siłę na brzmieniu perkusji Alphonze Mouzon’a. Tyner bezpardonowo improwizuje, basista Calvin Hill dzielnie stara się utrzymać szaleńczy rytm utworu w ryzach. Sonny Fortune na saksofonie próbuje swoich sił w ekstatycznej solówce. Efektem jest kontrolowany chaos.

Całą drugą stronę płyty wypełnia utwór tytułowy. Co może symbolizować Sahara? Ogromną, pustą i monotonną przestrzeń? Zagubienie czy też nieskończoną wolność genialnego muzyka? Niewątpliwie jest wyrazem ogromnych sił witalnych twórcy, który mimo utraty niezwykłej osoby, inspirującego lidera, potrafił wypracować zupełnie nowy styl. Na nowo odnalazł siłę wewnętrzną, aby przenieść swoje emocje w abstrakcyjny obszar muzyki. Połączył hard bopową energię z atonalną wolnością ekspresji. W nowo utworzonym kwartecie uzyskał od dawna poszukiwane brzmienie.

Jest w tej płycie to coś nieokreślonego, co odróżnia genialną muzykę od poprawnej. Dziką energię muzyków spaja w całość dojrzała osobowość lidera. Warto posłuchać jednej z najlepszych płyt w historii jazzu, jaką bez wątpienia jest ‚Sahara’. Zapada na długo w pamięć.