Gabor Szabo ‎– Belsta River


Tonpress 1988

A1 24 Carat
A2 Django
B1 First Tune In The Morning
B2 Stormy

Gabor Szabo – gitara
Janne Schaffer – gitara
Wlodek Gulgowski – pianino elektryczne
Pekka Pohjola – bas
Malando Gassama – perkusjonalia
Peter Sundell – perkusja

Jeden z niedocenionych europejskich gitarzystów, który zrobił karierę na zachodzie (w latach 60tych wydawał dla wytwórni Impulse!, a w latach 70tych dla CTI), natomiast nie zdobył w pełni zasłużonej popularności. Węgier. Grał z Chico Hamiltonem i Charlesem Lloydem. Zadebiutował jako leader albumem ‚Gypsy’66’. Do najciekawszych pozycji z jego dyskografii należą ‚Spellbinder’ (Impulse! 1966), ‚The Sorcerer’ (Impulse! 1967), ‚Bacchanal’ (Skye 1968) ,’Mizrab (CTI 1973), ‚Macho’ (Salvation 1975). Pod koniec życia (zmarł w Budapeszcie w 1982 roku) należał do kościoła Scjentologicznego, któremu wytoczył proces, bez rozstrzygnięcia na korzyść żadnej ze stron.

Na płycie gra również utytułowany polski pianista jazzowy Włodzimierz Gulgowski. Grał m.in z Michałem Urbaniakiem, Zbigniewem Namysłowskim i Tonnym Williamsem.

Muzyka nawiązuje do najlepszych czasów psychodelicznego jazzu z końca lat 60tych. Szabo gra rewelacyjnie, z dużym feelingiem. Pojawiają się elementy latynoskiego bujania plus funkowy bas. Bardzo zgrabnie to jest wszystko podane.

Otwierający płytę ’24 Carat’ jest najbardziej przebojowym utworem mimo blisko 15 minut. Grają 2 gitary, jest ciekawie, nieszablonowo i dynamicznie. Ciekawie wypada Włodek Gulgowski na pianinie. Bardzo solidnie gra Peter Sundell na perkusji. ‚Django’ jest zdecydowanie spokojniejsze, to prawie solowy popis Szabo na gitarze, z towarzyszeniem basu Pekka Pohjoli. Napisane przez Johna Lewisa z Modern Jazz Quartet.

Strona B zaczyna się spokojnie, pierwszym motywem poranka. Rozwija się w funkujący, powolny temat. Pianino elektryczne Gulgowskiego robi atmosferę. Muzycy dżemują nie forsując tempa. I znowu wyróżnia sie Gulgowski fantastycznym brzmieniem. Muzyka płynie spokojnie, bardzo przyjemne dźwięki generuje ten sextet. Album kończy się klasykiem ‚Stormy’ napisanym przez Buddiego Buie i Jamesa B. Cobb Jr., zagranym bardzo rockowo i psychodelicznie (dźwięki fletu).

To jedno z ostatnich wielkich dokonań Szabo, zdecydowanie warte uwagi. Repress w 1988 roku wydał nasz polski Tonpress co dobrze świadczy o guście decydentów tego labela.

Adam Makowicz ‎– Unit

Polish Jazz 1973

A1 The Song From The Valleys / Pieśń Z Dolin
A2 War Song / Pieśń Wojenna
A3 The Song From The Hills / Pieśń Ze Wzgórz
A4 Drinking Song / Pieśń Pijacka
A5 Sacred Song / Pieśń Religijna
B1 Seven For Five
B2 Suggestion / Propozycja
B3 Blues
B4 It’s Not Bad / Nie Jest Zle
B5 Cherokee

Adam Makowicz – pianino Fender
Czesław Bartkowski – perkusja, perkusjonalia

ur. 18 sierpnia 1940 w Gnojniku na tzw. Zaolziu,

Herbie Hancock, Freddie Hubbard, Jack De Johnette, Charlie Haden. Andrzej Kurylewicz, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Tomasz Stańko. Cała plejada gwiazd jazzu grała z Adamem Makowiczem, pianistą. Skromny człowiek, o niezwykłym talencie pianistycznym, aczkolwiek również kompozytorskim.

Grał przede wszystkim na ważnych albumach Michała Urbaniaka (Constellation, Michał Urbaniak Group Live Recording) i razem z Novi Singers (Torpedo). Uczestniczył również w nagraniu ‚Sprzedawców Glonów’ Ptaszyna Wróblewskiego i ‚Drums Dream’ Czesława Bartkowskiego. Można powiedzieć, że lata 70te należały do Makowicza i jego Fendera.

Stylistycznie plasuje się w rejonach jazzu klasycznego, jazzu modalnego, czasem nieco free. Gra na klawiszach elektrycznych, co samo w sobie jest przejawem tendencji do grania z elementami rocka. Natomiast umiejętność umiarkowanego tonowania zbliża go raczej do muzyki Dave’a Brubecka i innych tuzów lat 50tych. Klasyczne umiejętności Makowicza są warunkiem jego występów pozajazzowych.

Płyta ‚Unit’ jest efektem współpracy Makowicza i perkusisty Czesława Bartkowskiego. Słychać, że są świetnie zgrani, muzyka jest elegancka i przemyślana, bez nadmiernej wirtuozerii. Wypełnia ten album 10 krótkich utworów, odpowiednio dźwiękowo zagęszczonych. Całość zdobi charakterystyczna okładka autorstwa Marka Karewicza. Piękna rzecz.

Karolak/Szukalski/Bartkowski ‎– Time Killers

Helicon 1985

A1 Anniversary Blue
A2 Double – B
A3 Gem
B1 State Train
B2 Trata-Tata
B3 Time Killer

Wojciech Karolak – organy, syntezator
Tomasz Szukalski – saksofon tenorowy
Czesław Bartkowski – perkusja

Znany bardziej jako mąż zmarłej niedawno Marii Czubaszek, Wojciech Karolak, pianista, to jeden z filarów polskiego Jazzu. Karierę zaczął wraz z początkiem jazzu w rodzimym wydaniu – w 1958 roku. Od początku grał z najlepszymi – z Komedą, Ptaszynem Wróblewskim, Kurylewiczem. Najbardziej znane są jego nagrania z lat 70 jako Mainstream z Ptaszynem, a następnie ‚Time Killers’ z Bartkowskim i Szukalskim.

Tomasz Szukalski, wcześnie zmarły, wybitny saksofonista, pochodził z młodszego pokolenia jazzmanów (rocznik 1947). Był uważany za prawdopodobnie najwybitniejszego saksofonistę tenorowego w Polsce, który właściwie nigdy nie był leaderem. Największe sukcesy odnosił współpracując w pierwszej połowie lat 70tych ze Zbigniewem Namysłowskim (‚Kujaviak goes funky’, ‚Winobranie’) i z Tomaszem Stańko (‚Twet’ ‚Balladyna’). Duże wrażenie na słuchaczach zrobił również występując w kwartecie The Quartet m.in ze Sławomirem Kulpowiczem.

Trio Time Killers nagrało tylko jeden album pod tym samym tytułem. Został uznany przez Jazz Press za najlepszy polski album jazzowy lat 80tych. Charakteryzuje się wyrazistym brzmieniem pianina elektrycznego Karolaka, bolesnymi czasem dla uszu dźwiękami syntezatora, jakże charakterystycznego dla muzyki lat 80tych, mocnym, funkującym brzmieniem saksofonu Szukalskiego i jak zawsze perfekcyjnym rytmem perkusji ‚Małego’ Bartkowskiego. Muzyka w sumie dość przystępna i chwytliwa, cieszy ucho do dzisiaj. Nadal dostępny, album Time Killers zadowoli wymagającego słuchacza fusion jak i odbiorców popowych.

Don Pullen ‎– Tomorrow’s Promises

don pullen

Atlantic 1977

A1 Big Alice
A2 Autumn Song
A3 Poodie Pie
B1 Kadji
B2 Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises
B3 Let’s Be Friends

Don Pullen – Pianino
George Adams – Flet, Saksofony (tenorowy i sopranowy), Klarnet basowy
Hannibal Marvin Peterson – Trąbka
Randy Brecker – Trąbka (A1)
Michal Urbaniak – Skrzypce (A1)
Roland Prince – Gitara
Sterling Magee – Gitara
Alex Blake – Bas
John Flippin – Bas elektryczny (A1)
Bobby Battle – Perkusja, Perkusjonalia
Tyronne Walker – Perkusja, Perkusjonalia
Ray Mantilla – Perkusjonalia
Ilhan Mimaroglu – Elektronika
Rita DaCosta – Wokal

don pullen 1

Wzorując się na muzyce Erica Dolphy i Ornette Colemana, Don Pullen grał awangardowy free w latach 60tych. Niestety nie szło mu dobrze, zarabiając niewiele, doszedł do wniosku, że lepiej będzie przestawić się na jazz elektryczny – zaczął grać w klubach i barach w trio na organach Hammonda. Zaczął również zajmować się aranżacją i akompaniamentem m.in. dla Niny Simone. W tym czasie wypracował swój charakterystyczny styl gry, dość perkusyjny, używając łokci i nadgarstków, szybki. Opracował wyjątkowo przystępny sposób wykonywania awangardowego jazzu – zgrabnie łącząc dysonanse i dowolność melodyczną z chwytliwymi rytmami. Połączył tradycyjny blues z awangardą. Częśto mylony przez swój styl gry ze zdecydowanie bardziej popularnym w świecie free jazzu Cecilem Taylorem.

Przełomem w karierze Pullena było poznanie Charles Mingusa. W 1973 perkusista Roy Brooks rekomendował Mingusowi Pullena. Pullen natomiast zarekomendował swojego dobrego kolegę George’a Adamsa. Razem z Dannie Richmondem na perkusji i Jackiem Walrathem na trąbce utworzyli ostatnią wielką grupę Charlesa Mingusa. Wspólnie nagrali m.in ‚Mingus Moves’ (1973), ‚Changes One’ i ‚Changes Two’ (obie 1974). Muzyczne nieporozumienia ze znanym z kłótliwości Mingusem spowodowały zakończenie działalności tej grupy w 1975 roku. Wtedy Pullen nagrał album solo (‚Solo Piano Album’ 1975). Kolejne 2 albumy (‚Five To Go’ i ‚Healing Force’) to również nagrania solo (obie 1976). W międzyczasie nagrywa ‚Capricorn Rising’ z Samem Riversem. W 1977 podpisuje kontrakt z wytwórnią Atlantic co skutkuje nagraniem 2 albumów – nietypowego ‚Tomorrow’s Promises’ (1977) i ‚Montreux Concert’ (1978). Współpraca z Atlantic trwa dość krótko, Pullen szybko przenosi się z kolejnymi nagraniami z powrotem do Europy (rzymski label Black Saint/Soul Note, holenderski Timeless Records). W składzie kwartetu z Georgem Adamsem nagrywa w latach 80tych 13 albumów. W 1986 roku podpisują kontrakt z Blue Note.

W 1988 roku Pullen przestawia się na format trio, nagrywając z Gary Peacockiem i Tony Williamsem świetnie przyjęty album ‚New Beginnings’. Kolejny album ‚Random Thoughts’ równiez nagrywa w formacie trio z Jamesem Genusem (bas) i Lewisem Nashem (perkusja).

W latach 90tych eksperymentuje z muzyką afrykańską, czego efektem są płyty ‚Kele Mou Bana’ (1991) i tribute album dla zmarłego w 1992 roku George’a Adamsa ‚Ode to Life’ (1993). Don Pullen umiera 22 kwietnia 1995 roku.

Album rozpoczyna się wyjątkowo przystępnym, 10 minutowym ‚przebojem’ ‚Big Alice’, w którym gra m.in. nasz Michał Urbaniak na skrzypcach i Randy Brecker na trąbce. Bardzo funky, elegancko, melodyjnie aż do pewnego momentu, kiedy robi się nieco free. Doskonały przykład melanżu free jazzu z rytmicznym funkiem bądź też bopem, jaki charakteryzuje muzykę Dona Pullena.

‚Autumn Song’ zdecydowanie wycisza, nawiązując do atonalnych początków Dona. Utwór autorstwa George’a Adamsa, podkręcony nieco elektroniką (efekty), to raczej klasyczny w gruncie rzeczy bop, tylko że nagrany po dokonaniach Weather Report i podobnych projektów. Ładne sola Adamsa i Pullena uzupełniają strukturę utworu.

‚Poodie Pie’ zaczyna się funkującą gitarą, cały utwór ma taneczny wymiar. Wyróżnia się solo Hannibala Marvina Petersona na trąbce. Ciekawe jest też solo na elektrycznym pianinie Pullena.

Druga strona zaczyna się afrykańskimi kongami w radosnym ‚Kadji’. Znowu Hannibal daje czadu na trąbce (tym razem mocno latynosko). George Adams wprowadza lżejszy klimat, miejscami wpadając trochę w atonalność. Oddech daje bardzo zgrabne solo Pullena.

‚Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises’ to już zdecydowanie awangardowa pozycja z ekstremalnymi dźwiękami saksofonu i atonalnym solem Pullena na wstępie. Utwór płynnie przechodzi w bardzo ładnie zaśpiewany przez panią Ritę DaCosta ‚Let’s Be Friends’.

Ciekawy to album, profesjonalnie ułożony i bardzo dobrze zagrany (szczególnie strona A). Warto sięgnąć po pozostałe nagrania wcześnie zmarłego Pullena, szczególnie z drugiej połowy lat 70tych.

Speakers Corner Quartet ‎– Further Back Than The Beginning

scq

Lanquidity Records 2009

A1 Angkor Vat
A2 Simply Put…
B1 Chichen Itza
B2 King
B3 9/8

Biscuit – Flet
Kahlil Hicks – Wiolonczela
Tom Yardley – Bas
Kwake – Perkusja

Projekt z 2009 roku z Londynu wydany przez ciekawą wytwórnię Lanquidity Records, prowadzoną przez Polaka Adriana Magrysa. Label wywodzący się z hip hopu, którego filozofią jest wznowienie brzmień z lat 60 i 70 w nowych, niestandardowych kompozycjach. Specjalizuje się w jazzie funku i soulu, nie stroniąc również od disco a nawet free jazzowej etno awangardy.

Speakers Corner Quartet wystartowali w Brixton w Londynie w klubie Speakers Corner (otwarty mikrofon, hip hopowy freestyle). Zaczynali od podkładów instrumentalnych. Ostatecznie zaczęli tworzyć własne kompozycje, czego efektem jest prezentowana tutaj Epka (chociaż z tendencją do LP). Od początku prezentowali oryginalne brzmienie – wiolonczela i flet plus sekcja rytmiczna. Jako inspiracje wymieniają Zakira Hussaina, Oliviera Messiaena, Sun Ra, MF Dooma. Ich brzmienie to mieszanka azjatyckiego hiphop jazzu z progresywnym zacięciem. Większość utworów grana jest w dziwnym metrum (5/4, 7/8, 9/8). Hip Hop, fusion, free jazz, sporo wschodnich atonalności. Świadomie nawiązują do astralnego jazzu Sun Ra.

Zaczyna się mrocznie i postrockowo niczym zapomniany polski projekt ANKH. Połączenie melodyjnej, niskotonowej wiolonczeli i fletu wywołuje entuzjazm grania free, w pewnym sensie hipisowskiego traktowania muzyki. Skojarzenia są nieuniknione – Jethro Tull, King Crimson. Do tego hip hopowa sekcja rytmiczna, perkusja stanowiąca spójną koncepcję utworu w nieustającym breaku. Wszystko nieco zdubowane, gdzieś w tle pobrzmiewające reggae. Flet poraża swoim rockowym zwichrowaniem, ma tę moc. ‚Angkor Vat’ jest interesującą mieszanką szaleństwa i wyrachowania profesjonalnych muzyków. Jazz to czy nie jazz nie ma to większego znaczenia – ta muzyka ma energię. ‚Simply Put’ posiada nieudokumentowane nawiązania do muzyki Herbie Hancocka, próba samplingu nie została niestety dopuszczona do ostatecznej produkcji. Mimo to utwór ten urzeka melodyjnością i odpowiednio przemyślaną formułą art rockowego jazzu. ‚Chichen Itza’ zaczyna się niczym muzyka japońska, bardzo wstrzemięźliwie. Dopiero po chwili pojawia się bardzo składny funkujący rytm, miła dla ucha melodia generowana przez wiolonczelę i flet. W dodatku całość w ryzach utrzymuje świetna linia basu Toma Yardley’a. Utwór jest kolejnym przykładem mocno skomplikowanego metrum, granego w 7/8. Prawdziwa zmora dj’ów. Egzotyczna tonalność rodem ze wschodu połączona z hip hopowym breakiem – wielce interesująca komitywa. Po czym następuje wyciszenie w krztałcie zdominowanym przez wiolonczelę i dość letni klimat – utwór ‚King’. Na szczęście nie zostaje formalnie w balladowym entourage’u, płynnie przechodząc w progresywny jazz. ‚9/8’ to kolejna komplikacja, świetnie brzmiące karkołomne pochody sekcji rytmicznej do których entuzjastycznie dopasowują się instrumenty solistyczne – flet i wiolonczela. Kwartet sprawnie zmienia klimat, przechodząć od szybkich kawalkad dźwiękowych do wyciszonych w pełni wykoncypowanych wiązanek.

Biorąc pod uwagę format tej płyty chciałoby się więcej. Zespół zdecydowanie potrafi wykrzesać z siebie ekstremum emocji przy równoczesnym pełym skupieniu i trzeźwości konceptualnej co nie jest wcale tak częste, szczególnie w przypadku młodych twórców. Oby nastąpił ciąg dalszy!

Gary Burton ‎– The New Quartet

GB

ECM 1973

A1 Open Your Eyes, You Can Fly
A2 Coral
A3 Tying Up Loose Ends
A4 Brownout
B1 Olhos De Gato
B2 Mallet Man
B3 Four Or Less
B4 Nonsequence

Gary Burton – wibrafon
Michael Goodrick – gitara
Abraham Laboriel – bas
Harry Blazer – perkusja

Gary Burton – urodzony w 1943 w Indianie, wcześnie rozpoczął karierę wibrafonisty. Pierwsze nagrania Burtona datuje się na 1961 rok, czyli w wieku 18 lat był już w stanie przystąpić do profesjonalnych sesji nagraniowych. W pierwszej połowie lat 60tych współpracuje ze Stanem Getzem (Getz / Gilberto #2 1965), Quincy Jonesem (Quincy Jones Explores The Music Of Henry Mancini 1964) i Sonny Rollinsem (3 In Jazz 1963). Nagrywa kilka albumów dla RCA (1963-69), aby płynnie przejść w 1967 roku do wytwórni Atlantic, gdzie nagrywa m.in. z Keithem Jarrettem i Patem Methenym. W 1968 zostaje wybrany Jazzmanem roku przez prestiżowy magazyn Down Beat jako najmłodszy laureat w historii tej nagrody. W końcu trafia do ECM, z którą wiąże się na blisko 2 dekady., nagrywając m.in. z Chickiem Coreą. Nagrywa głównie w kwartetach z pianistami albo gitarzystami (do jego zasług należy wypromowanie Pata Metheny), chociaż nie unika duetów (m.in ‚Crystal Silence’ 1973 ECM) i nagrań solowych (Alone at Last 1971, nagroda Grammy). Jego styl gry należy do dość subtelnych. Nie unika formy rockowej, większość nagrań jest w eleganckim stylu fusion.

The New Quartet był ecmowską odpowiedzią na będący sukcesem pierwszy kwartet z Larry Coryellem na gitarze i Stevem Swallow’em na basie (nagrania dla RCA Victor). Nagranie trwało 2 dni marca 1973 roku.
Autorami zawartych na tym albumie utworów jest cała plejada jazzowych gwiazd tamtego okresu – Keith Jarrett, Chick Corea, Carla Bley i lider we własnej osobie – Gary Burton. Do tego angielski pianista Gordon Beck i kompozytor rodem z Zimbabwe (!) Michael Gibbs (po 2 kompozycje). Co do instrumentalistów – basista Abraham Laboriel to intensywnie grający muzyk sesyjny m.in Nathana Davisa, Jimmy Smitha i Benny Maupina. Mick Goodrick grał jeszcze z Jackiem De Johnette i Woodym Hermanem. Harry Blazer to muzyk przede wszystkim związany z Garym Burtonem.

Muzyka na tej płycie jest zdecydowanie przyjazna słuchaczowi. Funkująca sekcja rytmiczna w połączeniu z miękkim brzmieniem wibrafonu Burtona daje znakomity efekt. Michael Goodrick na gitarze nieźle wywija, nieco w latynoskim stylu (‚Open Your Eyes, You Can Fly’ autorstwa Chicka Corea). Jest trochę muzyki relaksacyjnej (‚Coral’/Keith Jarrett), nieco delikatnie progresywnego grania a la Robert Fripp (‚Tying Up Loose Ends’/Gordon Beck), nawiązań do jazz-funku a la Roy Ayers (‚Brownout’/Burton). Stronę B otwiera piekna ballada ‚Olchos de Gato’ autorstwa Carli Bley.

Carla-Bley

‚Mallet Man’ – autorstwa Gordona Becka – to swoisty chołd dla Burtona, który jako pierwszy wprowadził nowy styl gry na wibrafonie – używał 4 pałeczek zamiast standardowych dwóch, co zdecydowanie zróżnicowało brzmienie. ‚Four Or Less’ autorstwa Mike’a Gibbsa to już rockowe granie, którego nie powstydziliby się Beatlesi, lekko bluesowe z dziwnym metrum. Płytę kończy swingujący jazz funkowy post bop ‚Nonsequence’ autorstwa Mike’a Gibbsa.

Gary Burton chyba sam nie spodziewał się, że można grając na tak mało popularnym instrumencie jak wibrafon zajść tak daleko w świecie jazzu – a jednak mu się to udało. Został 15tokrotnie nominowany do nagrody Grammy, nadal jest aktywnym muzykiem. Jest jednym z innowatorów stylu fusion w jazzie i techniki gry na wibrafonie.

Miles Davis ‎– Bitches Brew

bitches brew

CBS Sony 1970

A Pharaoh’s Dance
B Bitches Brew
C1 Spanish Key
C2 John Mclaughlin
D1 Miles Runs The Voodoo Down
D2 Sanctuary

Miles Davis – Trąbka
Wayne Shorter – Saksofon sopranowy
Bennie Maupin – Klarnet basowy
John McLaughlin – Gitara
Chick Corea – Pianino elektryczne
Joe Zawinul (A, B, C1, D2) – Pianino elektryczne
Larry Young (A, C1, D1) – Pianino elektryczne
Dave Holland – Bas
Harvey Brooks – Bas
Charles Alias – Perkusja
Jack DeJohnette – Perkusja
Lenny White – Perkusja
Jim Riley – Perkusjonalia

Jubileuszowa 50 odsłona musi mieć zacną oprawę i bogatą treść. Obie te cechy spełnia nieśmiertelny album psychodelicznego jazzu – ‚Bitches Brew’. Najlepiej brzmi słuchany podczas silnego wiatru na żaglówce ma Mamrach. Towarzyszy mi już ze 20 lat. Jest jak latarnia morska wskazująca drogę podczas zwątpień i klęsk przeróżnych. Jest jak estetyczny wzorzec z Sevres do którego można porównać właściwie wszystko, co zostało później wydane. Sprawdzić, czy wytrzymuje tę konfrontację. Czy też jest od początku błędne.

Właściwie jest to album bliski doskonałości. Piękna, tajemnicza okładka, nieśmiertelny skład, jedyna w swoim rodzaju muzyczna pewność siebie i niepodważalna energia zawarta w tych kilku utworach. Ale cóż to są za utwory! Jaka jest ich skala, jaki zasięg oddziaływania, gdzie się kończy ich bogata emocjonalność i żywotność?

Jakże długą drogę muzyczną przeszedł w swoim życiu Davis! Od bebopu, przez cool, różne wersje modalnego grania, później nowoczesny i nadal aktualny elektryczny jazz, zawierający w sobie wszystko co najlepsze z tej przebogatej muzycznie epoki, aż po narkotyczny funk, niezidentyfikowane eksperymenty połowy lat 70, kiedy niewiele już przypuszczalnie pojmował z tego co się dzieje, ale jego intuicja była jak skała i w końcu powrót w latach 80tych po kilku latach odwyku i psychicznej rozterki. Niezwykle intensywne i ciekawe było jego życie. Tak niepozorny człowiek z tak wielką charyzmą i pewnością, że to co robi to jest właśnie to. Prawdziwy niepoprawny geniusz.

Niewielu jest w historii takiego formatu muzyków. Być może nawet właśnie Davis aspiruje swoją postawą do miana najlepszego muzyka w historii. Nie był najwybitniejszym technikiem. Pojawiali się lepsi od niego, lepiej wyszkoleni, stworzeni do ekwilibrystyki. Niektórzy świecili tak jasno, że aż się spalali od własnego światła i działali krótko, często ponosząc największą ofiarę – własne życie. Wielu zatraciło się w ozdobnikach gwiazdorskiego życia i odpłynęli w estetyczną otchłań popkultury. Davis był jak cyborg, wyszedł obronną ręką właściwie ze wszystkich mielizn jakie generuje taki poziom popularności. Do tego wykazał się niezwykłą żywotnością, niczym wampir czerpał energię z kolejnych muzycznych nurtów, które go otaczały. Jego geniusz w dużym stopniu polegał na umiejętnym zagospodarowaniu rodzących się dookoła talentów. Prawdopodobnie najlepszym przykładem działania tego mechanizmu jest właśnie podwójny album ‚Bitches Brew’.

Zazdroszczę temu, który nigdy nie słyszał tego albumu. Całe życie słuchał powiedzmy Justina Biebera i nagle odpalił Davisa. Bieber jest ok, produkują mu zapewne najlepsi w branży, daje radę. Tylko jak porównać jego pieszczotliwe pomruki do zabójczej maszynerii jaką stworzył Davis na Bitches? Brakuje skali.

Trudno jest analizować tę muzykę. Jest na style spójna i płynna, skonstruowana z najlepszych elementów, że właściwie odbiera się ją bezkrytycznie, jako skończone arcydzieło. Zresztą słuchałem już tej płyty tyle razy, że trudno mi o krytycyzm, więc nie ma sensu się wysilać. Po prostu posłuchajcie!

Michal Urbaniak ‎– Fusion

Columbia 1974

A1 Good Times, Bad Times
A2 Bahamian Harvest
A3 Impromptu
A4 Seresta
B1 Fusion
B2 Deep Mountain
B3 Bengal

Michał Urbaniak – Skrzypce elektryczne, Saksofon sopranowy
Urszula Dudziak – Wokal
Adam Makowicz – Pianino elektryczne
Wojciech Karolak – Organy Hammonda
Czesław Bartkowski – Perkusja

Michał Urbaniak jest niewątpliwie jednym z filarów polskiego jazzu i świetnym jego ambasadorem w Europie i U.S.A. Już w latach 60tych grał w U.S.A. (z Andrzejem Trzaskowskim i Zbigniewem Namysłowskim) i Skandynawii. W 1971 roku dostał Grand Prix na festiwalu Montreaux, gdzie wystąpił z własnym zespołem Michał Urbaniak Group w skład którego – w różnych okresach – wchodzili: Adam Makowicz (pianista), Paweł Jarzębski, Michał Komar i Janusz Kozłowski (basiści), Czesław Bartkowski i Andrzej Dąbrowski (perkusiści) oraz Urszula Dudziak (wokalistka). Dzięki tej nagrodzie zaistniał na stałe w krajobrazie europejskiego jazzu, często występował ze świetnym przyjęciem swojego free jazzowego fusion. W latach 60tych też nie próżnował – grał z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego Jazz Rockers (1961), z kwintetem The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego (1962) i z zespołem Krzysztofa Komedy (1962-1964). W 1973 wyjechał na stałe do USA, gdzie zrobił wyjątkową jak na polskiego muzyka jazzowego karierę, grywał z najlepszymi, oto długa lista jazzowych sław, z którymi grał Urbaniak – George Benson, Lenny White, Wayne Shorter, Marcus Miller, Billy Cobham, Joe Zawinul, Ron Carter, Stéphane Grappelli oraz Miles Davis (zaprosił go do projektu „Tutu”). W latach 70tych nagrał całą serię wartych uwagi albumów w klimacie fusion – ‚Atma’, ‚Fusion III’, ‚Body English’. W latach 80tych nadal bardzo aktywny. Po trzynastu latach nieobecności w 1986 przyjechał do Polski i wystąpił na „Jazz Jamboree”. W latach 90tych grał pod szyldem Urbanator jazz z elementami hiphopu. Komponował również muzykę do spektakli teatralnych, filmów i programów telewizyjnych (‚Dług’ Krzysztofa Krauze, ‚Eden’ Andrzeja Czeczota). Wielokrotnie nagradzany – w latach 1962-63 zajął II miejsce w ankiecie czytelników pisma „Jazz” w kategorii saksofon tenorowy, w ankiecie pisma „Down Beat” w 1975 został zwycięzcą w wyborze krytyków w kategorii talent zasługujący na szersze uznanie, w 1976 zajął II miejsce jako skrzypek jazzowy, w 1992 jego nazwisko znalazło się wśród największych sław jazzu w pięciu kategoriach: album roku (II miejsce), muzyk roku (V miejsce), jazz electronic combo (V miejsce), kompozytor (IX miejsce) i skrzypek (IV miejsce). Również wielokrotnie wybierany był skrzypkiem roku w ankiecie Jazz Top magazynu „Jazz Forum”. Jego córka Mika Urbaniak również zajmuje się muzyką. Jego żoną była wokalistka jazzowa Urszula Dudziak.

Pierwotnie album ‚Fusion’ został wydany w Niemczech Zachodnich w 1973 roku jako ‚Super Constellation”. A tak wyglądał jego okładka:
super constelation

Wydaje się, że okładka ‚Fusion’ jest jednak bardziej dopracowana formalnie. Natomiast muzycznie jest przekrojowo i bardzo na czasie. Z jednej strony słychać jeszcze wpływy jazz-rockowego grania free w stylu elektrycznego Davisa, zgrabnie połączone ze słowiańską nastrojowością i instrumentalnym kunsztem. Z drugiej strony pojawiają się elementy funku, których z czasem będzie coraz więcej w muzyce Urbaniaka, aż do ekstremum jakim jest quasi hip hopowy projekt Urbanator z lat 90tych. Zaczyna się bardzo energetycznie i rockowo – ‚Good Times, Bad Times’ nie ustępuje dokonaniom Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina. Frapujący i dość niepokojący motyw pianina wzbogacają elektryczne skrzypce Urbaniaka i delikatny wokal Dudziak. Przebój epoki fusion. Najlepszy na płycie, dosyć psychodeliczny ‚Bahamian Harvest’ zaczyna się podkręconym efektami wokalem Dudziak i funkowym bitem perkusji Bartkowskiego. Utwór staje się przyjemnie taneczny i folklorystycznie swojski. Dużo w tym kawałku wolności, chyba dobrze im zrobiły przenosiny do Stanów, jest groove i jest przestrzeń. ‚Impromptu’ to raczej przerywnik acz wdzięczny. Charakterystyczna ‚Seresta’ znana już z płyty ‚Constellation In Concert’ wydanej rok wcześniej w serii Polish Jazz robi wrażenie solówką Urbaniaka i hipisowską atmosferą. Strona A tego albumu jest jedną z najlepszych w historii polskiego (amerykańskiego?) jazzu!

B-Side otwiera wyluzowana tytułówka. Przewodni motyw przypomina nieco brzmienie gitary Roberta Frippa z King Crimson. Ciekawie połamany numer. Funky. ‚Deep Mountain’ pobrzmiewa za to Led Zeppelin. W eleganckiej aranżacji tej piosenki łatwo się zasłuchać. Wisienką na torcie jest świetna solówka Makowicza. Zamykający ten rewelacyjny album ‚Bengal’ również z ‚Constellation In Concert’ to ponad 13 minut progresywnego jazzu. Dobry przelot, chaos kontrolowany. Sporo funku. Miodzio.

Świetny album. 45 minut soczystego grania bez zamulania, w amerykańskim stylu z polską wrażliwością!

Płytkę udało mi się znaleźć w sklepie ‚Płyty Gramofonowe” przy placu Zbawiciela.

Jack de Johnette – New Directions

ECM 1978

A1 Bayou Fever
A2 Where Or Wayne
B1 Dream Stalker
B2 One Handed Woman
B3 Silver Hollow

Jack DeJohnette – Perkusja, Pianino

John Abercrombie – Gitara

Lester Bowie – Trąbka

Eddie Gomez – Bas

Nadal aktywny, prawdopodobnie najlepszy żyjący perkusista jazzowy. W połowie lat 60tych uczestniczył w społecznym projekcie chicagowskiego AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians) – podobnie jak późniejsi członkowie Art Ensemble of Chicago, Lester Bowie zagrał zresztą na omawianej tutaj płycie. Następnie wspólnie z Rashiedem Ali stanowił perkusyjny fundament kwintetu Johna Coltrane’a, ażeby odnieść medialny sukces w epoce dzieci kwiatów z kwartetem Charlesa Lloyda (nadal aktywnego saksofonisty, ostatnio wydał pod egidą Blue Note album „Wild Man Dance” – zapis koncertu na festiwalu Jazztopad odbywającego się we Wrocławskiej Filharmoni). A następnie De Johnette zaliczył szczyt swojej artystycznej drogi uczestnicząc w epokowym wydarzeniu, jakim było nagranie albumu „Bitches Brew” Milesa Davisa. Co wcale nie oznacza, że później jakoś znacząco obniżył loty. Bynajmniej, w latach 70tych nagrywał regularnie jako leader, wiele tych wydawnictw wyszło w kultowej wytwórni ECM. Tworzył wiele ciekawych projektów muzycznych – The Gateway Trio (Dave Holland, John Abercrombie), Directions (Abercrombie i saksofonista Alex Foster), New Directions (Abercrombie, Eddie Gomez na basie) i Special Edition (David Murray, Arthur Blythe, Chico Freeman, John Purcell i Rufus Reid). Jako The Standards Trio razem z Keithem Jarrettem i Gary Peacockiem w latach 1986-1995 nagrał blisko 10 albumów z  klasycznym, odświeżonym materiałem (standardy takie jak m.in Stella By Starlight, My Funny Valentine, Someday My Prince Will Come). Jest najczęściej uczestniczącym muzykiem sesyjnym wytwórni Manfreda Eichera. Za żródło inspiracji uważa muzyków takich jak Max Roach, Art Blakey, Roy Haynes, Elvin Jones, Philly Joe Jones, Art Taylor, Rashied Ali, Paul Motian, Tony Williams, i Andrew Cyrelle.

jack de johnette

Za omawiany tutaj album De Johnette otrzymał francuską nagrodę Grand Prix du Disque/Charles Cros w 1979.

Zaczyna się spokojnie i z wyczuciem, ‚Bayou Fever’. Gitara Abercrombie brzmi dyskretnie, trąbka Bowiego tradycyjnie, bardzo czysto. Całość jest utrzymana w mglistym klimacie dojrzałego fusion. Dziwne dźwięki generowane przez Abercrombiego wzmacnia energetycznie grający De Johnette. Z czasem robi się rytmicznie i z groovem. Naprawdę ciekawa improwizacja.

Najdłuższy na płycie Where or Wayne płynie sobie niespiesznie. Momentami nabiera tempa. Solo gitarowe ma cechy akustyczne, bardzo wyciszone, bez elektrycznych przesterów. Abercrombie popisuje się swoją techniczną maestrią. De Johnette również. Eddie Gomez wrzuca miejscami dobry funkowy motyw na basie. W końcu decyduje się na interesujące solo. De Johnette potrafi nagle zaskoczyć arytmicznym akcentem. Bowie gra sentymentalnie, ciepło. Pod koniec robi się bardziej energetycznie, nerwowo, dość rockowo.

2gą stronę otwiera będący początkowo dźwiękową plamą, tak charakterystyczną dla nowoczesnego jazzu, pejzażem muzycznym, ‚Dream Stalker’. Utwór niewątpliwie wymagający głębokiej wrażliwości , wyciszający, mimo momentami głośniejszego frazowania Bowiego. Nadałby się jako kołysanka dla dziecka. ‚One Handed Woman’ jest najbardziej freejazzowym utworem na płycie. Muzycy improwizują jakby ‚obok’ siebie, mimo to odnosi się wrażenie spójnej całości dźwiękowej. Abercrombie? Gomez? gra smyczkiem. Muzyka płynie. Jest moc, a następnie swing. I bluesowy wokal na koniec. Super klimat. W ‚Silver Hollow’ De Johnette gra na pianinie, całkiem nieźle. Dogrywa mu Bowie. Abercrombie ociera się o ‚ładność’, ale bez popadania w przesłodzenie a la Pat Metheny. De Johnette też zresztą gra ‚ładnie’. Najlepiej brzmi w tej konwencji uniwersalna trąbka Lestera Bowiego. Do refleksji.

W sumie mieści się tutaj blisko 50 minut świetnie brzmiącej muzyki na bardzo wysokim poziomie. Może nie jest to przełomowy album, już wcześniej w Gateway Trio Abercrombie i De Johnette generowali równie progresywne dźwięki. Nowością jest tutaj wyciszenie ich obu, dzięki któremu płyta ma nieco senny klimat i rozmarzenie połączone z klarownością tonu wprowadzane przez trąbkę Bowiego.

Double Image ‎– Dawn

di

ECM 1979

A1 Passage
A2 The Next Event
B1 Sunset Glow
B2 Crossing

Dave Samuels – Marimba, Wibrafon

David Friedman – Wibrafon, Marimba

Harvey Swartz – Bas
Michael Di Pasqua – Perkusja, Perkusjonalia

double image

Kupiłem te płytę przez zupełny przypadek. Na bardzo udanym Winyl Markecie w warszawskim klubie Miłość wpadła mi w oko okładka nieznanej płyty ECM, ciekawy skład, wśród wykonawców flecista. Podczas odsłuchu fletu jak na ironię nie było, natomiast urzekła mnie atmosfera tych nagrań i niecodzienny skład – wibrafon plus marimba. Okazało się, że w środku jest zupełnie inna płyta…

Kwartet Double Image wymyślili i sprokurowali dwaj instrumentaliści – Dave Samuels i David Friedman w 1977. Nagrali 3 albumy, ‚Dawn’ jest drugim z kolei. Poprzedza go nie mniej ciekawy debiut nazwany po prostu Double Image. Był to pierwszy projekt w tak spektakularny sposób wykorzystujący instrumenty perkusyjne takie jak wibrafon i marimba.

Dave Samuels zaczynał od perkusji, studiował w Berklee pod kierunkiem Gary Burtona. Na początku swojej kariery grał z Pathem Methenym, Johnem Scofieldem, Gerry Mulliganem i Frankiem Zappą. Po okresie Double Image nagrywa ze Spyro Gyra, Oskarem Petersonem i Eddiem Palmieri.

David Friedman w latach 60tych współpracował m.in. z Waynem Shorterem, Horacem Silverem i Hubertem Lawsem. Po okresie Double Image nagrywał z Davidem Humairem i Chetem Bakerem. Jego książka o technice gry na wibrafonie jest biblią grających na tym instrumencie („Vibraphone Technique, Dampening and Pedaling”).

Niewątpliwie te dwa przenikające się ‚miękkie’ brzmieniowo instrumenty tworzą wyjątkową muzyczną jakość. Do tego dochodzi maestria techniczna obu muzyków, wspieranych przez basistę Harveya Swartza i perkusjonistę Michaela Di Pasqua. Brzmienie kwartetu jest ogromnie wysmakowane, skrajnie estetyczne. Charakterystyczna dla ECM perfekcja dźwięku zostaje na tej płycie sformatowana do minimalistycznej formy melodycznych instrumentów perkusyjnych, opisywanych przez nieprzetłumaczalne słowo mallet (prawdopodobnie ‚młoteczek’), do których należą wibrafon i marimba właśnie.

‚Passage’ najdłuższy na płycie, blisko 15 minutowy zaczyna się hipnotycznymi dźwiękami przeszkadzajek. Wschodnio brzmiący bas niespiesznie wybrzmiewa. Przede wszystkim liczy się impresjonistyczna atmosfera tego utworu, muzycy improwizują swobodnie, dając sobie wzajemnie czas do pełnej artykulacji. Dopiero w 1/3 słychać perkusję. Napięcie faluje od głośnego sola do znaczących wyciszeń. Muzyka przepływa bez nadmiernych akcentowań, miejscami staje się zupełnie ambientowa, czasem rozpędza się do regularnego pulsu perkusji.

‚The Next Event’ to kontynuacja brzmienia otwierającego płytę w ‚Passage’. Delikatne brzmienie wibrafonu wypełnia głośniki, sekcja rytmiczna buduje zwartą konsystencję tego utworu. Estetycznie ociera się o sofciarskie, prawie popowe granie Patha Metheny. Przede wszystkim liczy się tutaj rytm. Ciekawie prezentuje się basista w syntetycznym solo. To jest po prostu ładne. A do tego grane z poświęceniem.

W otwarciu ‚Sunset Glow’ marimba i wibrafon przenikają się wzajemnie. Czasem trudno odróżnić ich brzmienie, mimo odmiennej budowy instrumentów – marimba to konstrukcja drewniana a wibrafon metalowa. Wolno budowany utwór nabiera konsekwentnie kształtu, ocierając się o minimalizm rodem ze ‚Music For 18 Musicians’ Steve’a Reicha, czaruje, utrzymuje słuchacza w napięciu. Dopiero w drugiej połowie uzyskuje na krótko nieco latynoski, połamany rytm perkusji.

‚Crossing’ wypełnia pełen niepokoju charakterystyczny motyw muzyczny i marszowe brzmienie perkusji. Wciąga jak ruchome piaski. Po dodaniu przesterowanej gitary mógłby spokojnie wejść do repertuaru Primusa Lesa Claypoola. Ciekawie zsamplowany przez raperów z Atmosphere (2002).

Bardzo spójna koncepcja stanowi o sile tego projektu. Senne dźwięki obu wiodących instrumentów wprowadzają słuchacza w nastrój odprężenia połączonego z nutką niepokoju i tajemniczości. Gdyby nie przypadek pewnie nigdy bym nie usłyszał tej bardzo interesującej i wyjątkowej płyty.