Andrew Hill ‎– Black Fire

andrew hill

Blue Note 1964

A1 Pumpkin
A2 Subterfuge
A3 Black Fire
B1 Cantardos
B2 Tired Trade
B3 McNeil Island
B4 Land Of Nod

Andrew Hill – Pianino
Joe Henderson – Saksofon Tenorowy
Richard Davis – Bas
Roy Haynes – Perkusja

Nieco zapomniany innowator muzyki jazzowej, pianista. Charakterystyczne dla niego abstrakcyjne i ezoteryczne melodie prawdopodobnie spowodowały, że całe życie plasował się na antypodach mainstreamu, a nawet na bocznym torze awangardowego free jazzu. Znany głównie z wydawnictw dla Blue Note z lat 60tych (awangardowy, nagrany z nieodżałowanym Ericiem Dolphy ‚Point of Departure’, ‚Compulsion’ na granicy hard bopu i free z Freddie Hubbardem, wielce oryginalne ‚Lift Every Voice’ z wokalami ocierającymi się o operę). Zdarzały się też lżejsze nagrania (sam był autorem przeboju sygnowanego przez Lee Morgana ‚The Rumproller’) takie jak ‚Grass Roots’. Późniejsze nagrania są już zdecydowanie bardziej konserwatywne, nagrane często w trio ( pochodzące z lat 70tych albumy ‚Nefertiti’ dla East Wind, ‚Invitation’ dla SteepleChase). W latach 80tych nagrywa 4 albumy dla włoskiego labela Soul Note. W 2005 pod koniec życia nagrał jeszcze dla Blue Note interesujący albumu ‚Timeliness’ z Charlesem Tolliverem na trąbce.

Zaczyna się od dramatycznych i arytmicznych połamanych wygibasów w ‚Pumpkin’. Gdzieś w tle gry Hilla pobrzmiewa monkowska stylistyka, jednak ma on swój własny styl, dość ułożony i w gruncie rzeczy melodyjny. Sporo gra a la McCoy Tyner całymi akordami. Krótkie solo Roya Haynesa ma swój wyrazisty styl. Henderson nie kombinuje, gra dynamicznie i z emfazą. Nie przeciąga, streszcza się, chociaż nie powala. Motyw przewodni przyjemnie zapada w pamięć, bardzo obrazowa i trochę smutna muzyka.

‚Subterfuge’ zaczyna się świetnym, mocnym motywem pianina. Perkusja nieco łamie rytm. Hill improwizuje spokojnie, w wyważony sposób. Jest w tym utworze energia ale też wyczucie i delikatność. Właściwie grają w trio, perkusja wspaniale współpracuje z pianinem. Mimo ponad 8 minut nie ma wrażenia rozwlekłości. Hill porusza się po dość abstrakcyjnych terenach muzycznych. Solo Haynesa ma dużą dynamikę i trzyma słuchacza w skupieniu. Richard Davis na basie gra dość klasycznie, miękko.

Utwór tytułowy to lekki i mocno pokręcony walczyk. Mam nieodzowne skojarzenia z niektórymi utworami filmowymi Komedy, chociaż w bardziej nowoorleańskiej wersji. Fantastyczne solo Hilla wymaga dużego skupienia, ale warto poświecić mu trochę uwagi. Krótkie solo na basie pozostawia uczucie niedosytu. Perkusja, znowu bas. Sporo się dzieje. Kończy się strona A i każdy z trzech utworów jest wart ponownego przesłuchania.

Strona B zawiera 4 utwory. ‚ Cantarnos’ to popis nieco latynoskiego brzmienia Joe Hendersona. Jest elegancko, nieco awangardowo. Wyróżnia się hard bopowe solo perkusji. ‚Tired Trade’ to najbardziej klasyczny z dotychczasowych utworów miękki bop. Trzyma wysoki poziom całego albumu, natomiast niczym specjalnym nie zaskakuje. Nadałby się do posłuchania w knajpie przy pysznym napoju. Znów na wyróżnienie zasługuje Roy Haynes na perkusji. Najkrótszy na płycie ‚McNeil Island’ to właściwie dialog muzyczny Hilla i Hendersona, bardzo sympatyczny. ‚Land Of Nod’ ma cyrkowy klimat, mocno złożony temat przewodni i dużo wdzięku. Tak jak cała strona B nie należy może do wybitnych, natomiast słucha się go bardzo przyjemnie.

W gruncie rzeczy jest to bardzo dobra płyta, raczej nie arcydzieło, natomiast pierwsza strona zdecydowanie warta jest uwagi, wręcz świetna. Całości słucha się bez zbytniego wysiłku. Jest tutaj sporo smaczków do wyłapania, ciekawych niestandardowych dźwięków, eleganckiej awangardy bez popadania w przesadę. ‚New Thing’ dla początkujących.

Lee Morgan ‎– Cornbread

cornbread

Blue Note 1965

A1 Cornbread
A2 Our Man Higgins
B1 Ceora
B2 Ill Wind
B3 Most Like Lee

Lee Morgan – Trąbka
Jackie McLean – Saksofon Altowy
Hank Mobley – Saksofon Tenorowy
Herbie Hancock – Pianino
Larry Ridley – Bas
Billy Higgins – Perkusja

Edward Lee Morgan urodził się w Filadelfii w 1938 roku. Zmarł tragicznie zastrzelony przez własną żonę w klubie jazzowym pomiędzy występami w 1972 roku. Żył krótko acz intensywnie, już jako nastolatek nagrywał płyty dla Blue Note. Dla tej wytwórni nagrał ich kilkanaście, dodatkowo zostało wydane jeszcze kilka pośmiertnie na podstawie zarejestrowanego wcześniej materiału. Jako muzyk sesyjny ma na swoim koncie takie klasyki jak ‚Blue Train’ Johna Coltrane’a, ‚Moanin’ Arta Blakeya i Jazzmessengers, ‚Evolution’ Grahana Moncura III i ‚Mode for Joe’ Joe Hendersona. Był gwiazdą Blue Note, która zajaśniała pełnym blaskiem właściwie przez przypadek. Nagrany w 1963 utwór ‚The Sidewinder’, w klimacie soul-jazz/boogaloo, stał się wielkim hitem, nielegalnie został również wykorzystany w telewizyjnej reklamie samochodowej. Wielokrotnie później starał się powtórzyć sukces tego nagrania, aczkolwiek z różnym skutkiem. W tym samym czasie co ‚Sidewinder’ ukazała się ambitna pozycja z kręgu jazzu modalnego – ‚Search for the New Land’ z Waynem Shorterem na saksofonie, Grantem Greenem na gitarze i Herbie Hancockiem na pianinie. W latach 60tych nagrał jeszcze sporo dobrych lub bardzo dobrych albumów – ‚The Rumproller’ z Joe Hendersonem, ‚Charisma’ z Hankiem Mobleyem i Jackie McLeanem, ‚Gigolo’ z Shorterem. Ostatnim akordem było nagranie 2 płytowego albumu ‚Live at the Lighthouse’ z Bennie Maupinem. Niestety jego życie przerwał strzał z pistoletu Helen Morgan.

lee_morgan1

Jako trębacz Morgan znajdował się w gronie najwybitniejszych muzyków hard bopowych, jego gra charakteryzowała się silnym, muskularnym tonem, była przepełniona emocjami, zadziornymi tonami w funkujących utworach tanecznych/bopowych, jak też słodkimi i delikatnymi w balladach. Z czasem przeszedł z bopowego grania, poprzez okres soul-funk jazzowy z elementami jazzu latynowskiego (boogaloo) w stronę modalnego free bopu.

‚Cornbread’ jest efektem sesji z 18 września 1965 roku, w której uczestniczyli oprócz lidera saksofoniści Jackie McLean i Hank Mobley, Herbie Hancock na pianinie i Larry Ridley/Billy Higgins w sekcji rytmicznej.

Mocna stopa i konkretne brzmienie – to pierwsze wrażenie, jakie przychodzi na myśl słuchając utworu tytułowego. Świetne zgranie sekcji dętej i profesjonalizm – to drugie. Trąbka Lee Morgana podtrzymuje na duchu. Klarowne brzmienie robi duże wrażenie. W połowie lat 60tych Blue Note osiagnęło szczyt swojego rozwoju jako czołowego i nieco komercyjnego jazzowego labela. Zaczęły się pojawiać hity. Ludzie słuchali tego na potęgę. Rock dopiero raczkował, pierwsze płyty Beatlesów i Stonesów zaczynały robić różnicę, ale jazz był wtedy bardzo mocny.

‚Cornbread’ to 9 minut soczystego acid jazzowego grania, boogaloo. Bez fałszywej nuty, wszystko czyściutkie. Spokojnie mogłoby dzisiaj zabrzmieć na function one.

‚Our Man Higgins’ jest już nieco bardziej skomplikowane formalnie. Zaczyna się od nieco colemanowskiego motywu na dęciakach. Jackie McLean gra dość free na saksie. Świetnie! Kontynuują Morgan i Mobley. Przekazują dużo dobrej i mocno pokręconej energii. Hancock gra modalnie, z wyczuciem, raczej uspokaja emocje. Billy Higgins jeszcze dorzuca nieco mocnego uderzenia na perce. Ten numer to ciekawie zaaranżowany awangardowy hard bop godny swoich czasów. Pierwsza klasa jazzowego grania.

‚Ceora’ otwiera stronę B płyty i od razu robi się spokojniej. Grają Hancock, Higgins i Larry Ridley na basie. Dęciaki grają w półtonu, harmonijnie i na luzie. Morgan otwiera część solistyczną bardzo ładnymi dźwiękami swojej trąbki. Akcentuje po swojemu, dość mocno acz elegancko. Mobley dodaje ciepła na swoim tenorze. Bossa nova pierwsza klasa.

‚Ill Wind’. Tym razem zaczyna się bluesowo, leniwe dźwięki trąbki sączą się powoli i majestatycznie. W starym stylu. Morgan gra nieco ściszony (z kaczką) a la Armstrong. Mobley dogrywa, a Morgan gra dalej swoje leniwe dźwięki. Ten blues ma ciekawą, niestandardową konstrukcję. Hancock gra bardzo poprawnie, trudno sobie wyobrazić słysząc te dźwięki jego awangardowe odjazdy z lat 70tych…Technicznie jest jak zawsze na najwyższym poziomie, chyba tylko Thelonious Monk przewyższa go w tej kwestii, może jeszcze Jarret mógłby się równać z Herbiem. Hanock jest jednym z najczęściej grających/nagrywających muzyków w historii, nie bez kozery.

‚Most Like Lee’ przyspiesza nieco, wprowadza taneczny rytm. Kolejny chwytliwy motyw muzyczny, do których Morgan miał zdecydowanie talent kompozytorski. ‚Sidewinder’ jest tego najlepszym przykładem.
Mobley gra solo w wysokich rejestrach, dynamiczne. Morgan podkręca, mocno i rytmicznie. Sekcja gra równo. McLean dociska na swoim alcie. Wszystko w tempo (i to dosyć wysokie). Ostatni utwór na płycie, a nie jest żadnym wypełniaczem. Hancock streszcza się mocno. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze basista. Ostatnia minuta – solo na basie, połamane dźwięki perkusji, lekkie motywy pianina, szybki most i i motyw kończący, wszystko w kilkadziesiąt sekund.

Czerwona okładka płyty i dość agresywna grafika, plus zdjęcie Morgana – wiadomo, kto tu jest gwiazdą. Natomiast obecność Hancocka i McLeana dodaje tej płycie zdecydowanie smaku. Ogólnie rzecz biorąc- bardzo dobra pozycja komercyjnego jazzu z ambicjami. Warto sięgnąć po twórczość Lee Morgana, gdyż był on jedną z najjaśniej świecących (niestety krótko) gwiazd wytwórni Blue Note a do tego był świetnym muzykiem i utalentowanym kompozytorem.

Jackie McLean ‎– Action

action

Blue Note 1964

A1 Action
A2 Plight
B1 Wrong Handle
B2 I Hear A Rhapsody
B3 Hootnan

Jackie McLean – saksofon altowy
Charles Tolliver – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Cecil McBee – bas
Billy Higgins – perkusja

Niezły rozrabiaka musiał być z tego Pana. Jeszcze w latach 50tych przeżył, jak zresztą wielu innych jazzmanów w tym okresie, uzależnienie od heroiny. Grając z Mingusem, został w końcu przez niego wywalony (dosłownie) ze składu, na co zareagował próbą zaatakowania olbrzymiego Charliego nożem. Podobno cieszył się w późniejszym okresie, że jednak nie dziabnął Mingusa, może ze względu na jego późniejsze dokonania. Kawał jazzowego chuligana!

Jackie Mclean urodził się w muzycznej rodzinie na Harlemie (ojciec był gitarzystą, ojczym prowadził sklep płytowy). Zrobił błyskawiczną karierę. Jego idolem był oczywiście Bird. Jeszcze w latach 50tych mocno namieszał na bebopowej scenie, razem z Davisem nagrał album ‚Dig’ (1956 Prestige). Z wybuchowym Charlie Mingusem stworzyli w tym samym roku niezwykły team na świetnym albumie ‚Pithecanthropus Erectus’ (1956 Atlantic), prekursorskim dziele na pograniczu free jazzu jeszcze przez rewolucją Ornette Colemana.

Był McLean niezwykle płodnym artystą, nagrał jako leader ponad 20 albumów dla kultowej wytwórni Blue Note (przede wszystkim w latach 1959-1967). Na początku kariery nagrywał dla wytwórni Prestige, natomiast w latach 70tych dla mało znanej duńskiej wytwórni SteepleChase. Szczególnie na przełomie lat 50tych i 60tyh nagrywał bardzo intensywnie, ponieważ ze względu na uzależnienie od narkotyków zabrano mu licencję na występy w klubach. Współpraca z duńczykami wynikała natomiast ze spadku zainteresowania bopem w Stanach, a McLean jako prawdziwy bopowiec nie pomyślał nawet o przestawieniu się na elektryczne czy też funkowe granie. Jego muzyka to kontynuacja stylu Charliego Parkera z dodatkiem abstrakcyjnego frazowania Ornette Colemana.

Posiadał dynamiczny styl na pograniczu hard bopu i free jazzu, określany przez krytyków jako ‚słodko-gorzki’, ‚przenikliwy’ i ‚wrzaskliwy’, bardzo mocno osadzony w tradycji bluesowego grania. Pierwsza połowa lat 60tych datując od albumu ‚Capuchin Swing’ (Blue Note 1960) to najbardziej zaawansowany artystycznie okres w jego karierze. Klimat wytwórni Blue Note musiał wtedy sprzyjać eksperymentom muzycznym, obok takich artystów jak Bobby Hutcherson czy też Anthony Williams czy Grachan Moncur III stanowił awangardę ówczesnego jazzu, tak zwany nurt ‚New Thing’. Efektem tego twórczego fermentu było bardzo dużo świetnych płyt, wydanych oczywiście przez Blue Note, takich jak ‚Dialogue’ Hutchersona (1965), ‚Spring’ Williamsa (1965) czy też ‚Evolution’ (1963) Moncur’a III, na której zresztą zagrał sam McLean.

Od 1968 roku po wygaśnięciu kontraktu z BN, wykładał w muzycznym konserwatorium Hartt na Uniwersytecie Hartforda.

Płyta ‚Action’ została nagrana w 1964 roku w składzie kwintetu z Hutchersonem na wibrafonie, Charlesem Tolliverem na trąbce i z sekcją rytmiczną Cecil McBee (bas) i Billy Higgins (perkusja). Już okładka pozwala nasycić się energią McLean’a – dynamiczne zdjęcie obrazujące autora, a właściwie ekspresyjny negatyw i do tego jakby krzyczący, wielokrotnie powtórzony tytuł – Akcja Akcja Akcja!!!

Tytułowy utwór ma rzeczywiście klimat bopowego pościgu. Zaczyna McLean szybkim i melodyjnym solem na swoim alcie. Nerwowa perkusja Billy Higginsa nie daje chwili odpoczynku. Do tego Hutcherson w swoim modalnym stylu dogrywa arytmiczne, tajemnicze dźwięki na wibrafonie. Mieszanka wybuchowa! Ma się wrażenie, że McLean może tak grać godzinami, że raczej nakręca go polskie białko a nie makowa panienka. Charles Tolliver mocuje się ze swoim instrumentem, próbując utrzymać tempo McLean’a. Ledwo nadąża, ale trzyma rytm. Hutcherson to pewniak. Gra z lekkością, elegancko. Abstrakcyjne dźwięki jego wibrafonu wspaniale tonują szorstkie, hardbopowe tempo sekcji rytmicznej. W tym ponad 10cio minutowym pościgu znajduje się jeszcze miejsce dla krótkiego perkusyjnego sola Billy Higginsa. Zamyka go radośnie połamany motyw przewodni. Action!

Walczykowato-bujający ‚Plight’ zaczyna się miękkimi, wodnistymi dźwiękami wibrafonu i granym na 2 dęciaki motywem, który spokojnie mógłby znaleźć się w ‚Bullicie’. Bluesowe sola zaczyna McLean. Czysto, rytmicznie. Pózniej Tolliver. Krótko i zwięźle, na 5tkę. Hutcherson dodaje coś arty, dosładza, dodaje głębi. Tytułowy Ciężki Los jest w sumie dość lekki i przyjemny.

Doskonale wyciszający ‚Wrong Handle’ otwiera stronę B albumu. Dęciaki tworzą atmosferę odpoczynku na włoskiej Rivierze. Tolliver umila słuchaczom czas klarownymi dźwiękami swojej trąbki. Wszystko jest ok, panuje atmosfera jak na Titanic’u – lekki wiaterek, bryza muskająca opalone czoła, zimne drinki i leżaki na pokładzie. Tylko w oddali majaczy jakaś góra lodowa. McLean gra super czysto, wręcz aksamitnie jak na siebie. Hutcherson odnajduje się świetnie w tym numerze, jak zresztą na całej płycie. Sekcja rytmiczna trzyma to całe rozleniwienie w kupie, dźwięki perkusji płyną wolno i majestatycznie.

Klasycznie ‚bigbandowy’ ‚I Hear a Rhapsody’ dodaje nieco lukru. Swingująca perkusja, dyskretny walkin’ basu Cecila McBee, najwyraźniej trzeźwy lider zespołu – mógłby to być przebój każdego dancingu. Ręce składają się do oklasków.

A na zakończenie basowy klang McBee, wibrafon Hutchersona, saksofon altowy McLean’a, trąbka Tollivera i perka Higginsa – ‚Hootnan’, czyli slangowe określenie przyjemności. Szybki bopowy blues, zagrany jak w zegarku, bez fałszywego tonu, ze świetnym, wczutym solem Tollivera i jedynym na płycie solem basowym McBee. Let’s swing!

Chuligan – osoba łamiąca zasady współżycia społecznego: biorąca udział w bójkach, dokonująca dewastacji mienia publicznego, popełniająca drobne przestępstwa.

Curtis Amy & Dupree Bolton ‎– Katanga!

katanga!

Pacific Jazz Records 1963

A1 Katanga
A2 Lonely Woman
A3 Native Land
B1 Amyable
B2 You Don’t Know What Love Is
B3 A Shade Of Brown

Curtis Amy – Saksofon
Dupree Bolton – Trąbka
Ray Crawford – Gitara
Jack Wilson – Pianino
Vic Gaskin – Bas
Doug Sides – Perkusja

W sumie dziwne, że nie udało się Curtisowi Amy odnieść jakiegoś mniej lub bardziej spektakularnego sukcesu. Ton miał czysty i elegancki, potrafił zagrać mocno i lirycznie. Pisał świetne utwory (‚Lonely Woman’, ‚Native Land’) Znają go wszyscy fani The Doors – zagrał w ‚Touch Me’z 4tego albumu tej kultowej grupy ‚The Soft Parade’. Nagrywał z Rayem Charlesem, Bobby Hutchersonem, Royem Ayersem i Marvinem Gaye. Jego żoną była znana z ‚Gimme Shelter’ Stonesów wokalistka soulowa Merry Clayton. W latach 1961-63 trafił mu się prawdziwy wysyp albumów nagranych dla Pacific Jazz (m.in ‚Way Down’ z Marcusem Belgrave, ‚Groovin’ Blue’ z Hutchersonem i ‚Tippin’ On Through’ z Ayersem). Najlepszym z tych 6ciu albumów jest zdecydowanie ‚Katanga!’. Później nagrywa funkowo-bopowy album ‚Mustang’ (1966) z Kenny Barronem i właściwie znika ze sceny. Tym większe brawa dla paryskiej ekipy Heavenly Sweetness za ponowne wydanie ‚Katangi!’ na 180 gramowym winylu!

Zaczyna się od radosnych, bopowych dźwięków ‚Katanga’ i przeszywającego sola trąbki Dupree Boltona. Curtis Amy podkręca jeszcze taneczny klimat tego utworu mocnymi akcentami saksofonu. Jack Wilson proponuje słuchaczom super szybkie solo na pianinie. Doug Sides na perkusji dorzuca swoje kilka dźwięków w bardzo krótkim solo. Wszystko zamyka się w 3 minutach. ‚Lonely Woman’ zwalnia zdecydowanie. Curtis Amy gra intensywne solo. Utwór ocieka bluesowym sexy vibe’em. Urozmaica go gitara Raya Crawforda. Brzmi bardzo dosadnie i bezpretensjonalnie. Te 2 pierwsze kawałki wprowadzają do właściwego rozwinięcia, ponad 10 minutowego ‚Native Land’, najlepszego na płycie, rozbudowanego hardbopu z elementami afrykańskiego folku. Afrykańska maska na okładce doskonale odzwierciedla muzykę akurat w tym utworze. Zapowiada w dużym stopniu klimat rok późniejszej płyty Coltrane’a ‚A Love Supreme’, przypomina też trochę coltrane’owskie „My Favourite Things”. Do tego nieco psychodelii, atmosfera wyciszenia. Rozmarzone solo saksofonu altowego. Trąbka Dupree Boltona świetnie wpasowuje się w ten utwór. Kolejnym jest akustyczne gitarowe solo Raya Crawforda. Uczta dla uszu, słychać, że sekcja rytmiczna złapała wiatr w żagle, bardzo wciągające i relaksujące brzmienie. Solo pianina i domknięcie. Można tego utworu słuchać w kółko bez znużenia.

Drugą stronę płyty otwiera bardzo rytmiczne ‚Amyable’. Pierwsze solo Raya Crawforda na gitarze podkreśla ten zrelaksowany rytm. Jest w tym utworze dużo lekkości, płynności. Trąbka Dupree Boltona dodaje ‚Amyable’ nieco ostrości, utrzymując równocześnie niezobowiązujący klimat całości. Sekcja rytmiczna gra bez zarzutu, klasycznie swingując. Bardzo zgrabne solo pianina Jacka Wilsona jest wisienką na torcie bardzo smakowitego ‚Amyable’. Dużo dobrej energii przekazują nam muzycy w tej części ‚Katanga!’. Kolejnym utworem na płycie jest klasyk ‚You don’t know what Love is’. Curtis Amy gra bardzo czysto. Melancholijne dźwięki saksofonu, w tle miękkie uderzenia szczoteczek o talerze. Nieco przesłodzone, ale z wyczuciem. Rozbudowane solo Dupree Boltona na trąbce pięknie wzbogaca ten utwór. Sekcja dęta ma okazję zaprezentować tutaj wszystko co najlepsze. Perełka. Zamykający winyl ‚A Shade of Brown’ kryje w sobie bardzo energetyczne solo gitary Raya Crawforda. Solidnie zbudowany utwór, nie można niczego zarzucić autorowi i wykonawcom, natomiast nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dęciaki prezentują swoje umiejętności, najpierw Bolton, następnie Amy. Egzamin zdają na piątkę. Solo pianina również jest bezbłędne. Jedyny zarzut jaki mogę mieć wobec tego utworu, to, że takich jazzowych post bopowych numerów wydanych przeważnie dla Blue Note w jazzie lat 60tych są setki. Wszystkie brzmią świetnie, są doskonale zrealizowane, ale nieco bez wyrazu. Ocierają się o bardzo porządną rzemieślniczą robotę.

Mimo wszystko ‚Katanga!’ wyróżnia się na plus. Stosunkowo krótki, 35 minutowy album jest bardzo dobrze złożony, spójny, słucha się go bez znudzenia. Ukazuje prawdziwy talent kompozytorski zapomnianego już ponadprzeciętnego artysty jakim był zmarły w 2002 roku saksofonista Curtis Amy. Muzyka Jazzowa kryje w sobie jeszcze wielu takich niedocenianych Curtisów Amy!

Zbigniew Namysłowski Quartet – Polish Jazz 6

Polskie Nagrania Muza/Polish Jazz 1966

A1 Siódmawka
A2 Rozpacz
A3 Straszna Franka
B1 Chrząszcz Brzmi W Trzcinie
B2 Moja Dominika
B3 Szafa
B4 Lola Pijąca Miód

Zbigniew Namysłowski – saksofon

Adam Matyszkowicz – pianino

Janusz Kozłowski – bas

Czesław Bartkowski – perkusja

Saksofonista altowy i sopranowy. Warszawiak. Otrzymał klasyczne wykształcenie muzyczne (fortepian i wiolonczela). Jego debiut datuje się na drugą połowę lat 50tych XX wieku. Pierwsze występy to gra na pianinie w zespole Five Brothers w warszawskich Hybrydach i na puzonie w Modern Dixielanders pianisty W. Krotochwila. Następnie grał na wiolonczeli w Modern Combo K.Sadowskiego. Wystąpił z tą grupą w 1957 roku na festiwalu w Sopocie. Kolejnym krokiem był występ z The Traditional Jazz Makers J. Matuszkiewicza w w Filharmonii Narodowej w Warszawie w 1958 roku. W latach 1960-63 roku był Namysłowski saksofonistą altowym w The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego. Równocześnie w 1961 roku założył pierwszy własny zespół Jazz Rockers (M.Urbaniak, K.Sadowski, A.Skorupka, A.Zieliński), z którym wystąpił na festiwalu Jazz Jamboree w 1961 roku. W 1962 r. wystąpił na Newport Festival w Stanach Zjednoczonych. Następne były projekty m.in z Czesławem Bartkowskim na perkusji (1963-1965). Od 1967 roku prowadzil kilka składów m.in. z Tomaszem Szukalskim, Wojciechem Karolakiem, Januszem Skowronem i Leszkiem Możdżerem; Air Condition i The Q. Współpracował m.in z M.Urbaniakiem i Janem Ptaszynem Wróblewskim i Novi Singers. Grał również w rockmanami (Niebiesko-Czarni, Czesław Niemen). Jego album „Lola” z 1964 roku był pierwszym polskim albumem jazzowym wydanym zagranicą.

Przez całą karierę muzyczną Namysłowski funkcjonuje również jako kompozytor. Inspiruje się przede wszystkim polskim folklorem (‚Piątawka”, Siódmawka” itd.). Jego specjalnością są połamane rytmy. Można zaryzykować twierdzenie, że w sposób niezamierzony został prekursorem d’n’b.

To gwoli ścisłości bibliograficznej. Sama muzyka to postbop z elemantami free. Zagrany w kwartecie z pianinem (Matyszkowicz), robi spore wrażenie. Miejscami jest bardzo free (długa i mocno pokombinowana, 11 minutowa ‚Straszna Franka’), miejscami lirycznie (‚Siódmawka’). W ‚Rozpaczy’ Namysłowski umieścił bardzo ciekawy, złożony motyw muzyczny. Bardzo przyjemny dla ucha jest ‚Chrząszcz brzmi w Trzcinie’. W ‚Mojej Dominice’ rej wiedzie Matyszkowicz. ‚Szafa’ jest dosyć funky, saksofon Pana Zbigniewa brzmi tu bardzo drapieżnie. ‚Lola Pijąca Miód’ wprowadza element swingowego rozluźnienia po bardzo pożywnej dawce free jazzowego hard bopu.

To zdecydowanie nie jedyna warta uwagi płyta autorstwa Pana Zbigniewa Namysłowskiego. Warto posłuchać przede wszystkim ‚Loli’ (‚1964’) i ‚Kujawiak Goes Funky’ (‚1975’). Pan Zbigniew mimo 70tki na karku cały czas aktywnie muzykuje, ostatnio można było go usłyszeć na żywo w klubie 6ta po południu przy ulicy Szpitalnej 5 we Warszawie. To nowy warty uwagi adres na mapie stołecznego Jazzu.

Ornette Coleman ‎– The Art Of The Improvisers

art of the improvisers

Atlantic 1970

A1 The Circle With A Hole In The Middle
A2 Just For You
A3 The Fifth Of Beethoven
A4 The Alchemy Of Scott La Faro
B1 Moon Inhabitants
B2 The Legend Of Bebop
B3 Harlem’s Manhattan

Ornette Coleman – Saksofon altowy i tenorowy
Don Cherry – Trąbka
Charlie Haden – Bas (A1 do A3, B1, B2)
Jimmy Garrison – Bas (B3)
Scott LaFaro – Bas (A4)
Billy Higgins – Perkusja (A1, A2)
Ed Blackwell- Perkusja (A3 do B3)

Randolph Denard Ornette Coleman (ur. 9 marca 1930 w Fort Worth) jest bez wątpienia ikoniczną postacią w amerykańskiej muzyce improwizowanej. Samouk, innowator, ekscentryk. Zaczynał grając na saksofonie pod koniec lat 40tych XX wieku w zespołach rythm’n’bluesowych. Pracował wówczas jako windziarz. Lata 50te spędził głównie na studiowaniu teorii muzyki. I w 1960tym roku zaszokował cały jazzowy światek absolutnie nowatorskim podejściem do komponowania, czego wyrazem był album, który dał początek zupełnie nowego nurtu w muzyce – ‚Free Jazz’. Nagrany przez 2 równorzędne kwartety jednocześnie, nadal stanowi przykład wielce awangardowego podejścia do muzyki improwizowanej.

Potwierdzeniem wielkiej indywidualności Colemana było czasowe „przejście na muzyczną emeryturę” po serii świetnych nagrań dla wytwórni Atlantic z przełomu lat 50tych i 60tych. Coleman stwierdził, że kluby za mało płacą za prezentowanie jego wyprzedzającej swoją epokę i powszechnie niezrozumiałej muzyki i zawiesił działalność aż do połowy lat 60tych. Wrócił na scenę w nowym składzie – z basistą Davidem Izenzonem i perkusistą Charlesem Moffettem. Z tego okresu pochądzą nagrane dla Blue Note koncerty ze sztokholmskiego klubu ‚Golden Circle’.

Pod koniec lat 60tych Coleman sformował kwartet w składzie Dewey Redman (saksofon tenorowy), Charlie Haden (Bas) i Ed Blackwell albo Denardo Coleman na perkusji. Nagrał też wtedy 2 świetne albumy – ‚New York is Now!’ i ‚Love Call’ w składzie z Redmanem, Jimmym Garrisonem na basie i Elvinem Jonesem na perkusji.

W latach 70tych odzywa się w nim teoretyk, na określenie swojej muzyki używa sformułowania ‚harmolodics’ – jest to próba opisania jedności harmonii i rytmu, oparcie się przede wszystkim na kolektywnej improwizacji bez wyróżniania instrumentów solowych. Jak większość ówczesnych jazzmanów zaczyna wykorzystywać w swoim repertuarze instrumenty elektryczne. Uczestniczy w nagraniu legendarnego albumu rockowego ‚Plastic Ono Band’ (1970).

W latach 80tych nazywa swój nowy skład ‚Prime Time’. Należy do niego 2ch gitarzystów – Bern Nix i Charles Ellerbee. W latach 1982-1995 nagrywają 6 albumów. Coleman uczestniczy wówczas w okołojazzowych projektach, grając m.in z Jerry Garcią z Grateful Dead. W 1991 roku nagrywa soundtrack do filmu Davida Cronenberga ‚Nagi Lunch’.

W 2003 roku nagrywa wraz z Lou Reed’em z Velvet Underground album ‚The Raven’. W 2007 roku dostaje Pulitzera za album ‚Sound Grammar’ (2006), nagrany w składzie – Denardo Coleman na perkusji i 2 basy -Gregory Cohen i Tony Falanga. W 2007 roku dostaje również nagrodę Grammy za życiowe dokonania. W 2009 dostaje nagrodę imienia Milesa Davisa dawaną przez grono Montrealskiego Festiwalu Jazzowego. W 2010 zostaje uhonorowany doktoratem Muzycznego Uniwersytetu w Michigan.

‚The Art of The Improvisers’, album wydany w 1970 roku nakładem wytwórni Atlantic, został nagrany właściwie na przełomie lat 50tych i 60tych w Nowym Jorku w klasycznym składzie, odpowiedzialnym również w dużym stopniu za ‚Free Jazz’ – Don Cherry na trąbce, Charlie Haden na basie i Ed Blackwell na perkusji. Dodatkowo pojawiają się basiści – Jimmy Garrison w ‚Harlem’s Manhattan’ i Scott LaFaro gdzieżby indziej niż w ‚The Alchemy of Scott La Faro’, a także Billy Higgins na perkusji w 2ch pierwszych utworach na płycie (‚The Circle With A Hole In The Middle’ i ‚Just for You’).

‚The Circle With A Hole In The Middle’ to opętańczy bebop. Szybkie tempo, zaskakujące rozwiązania formalne w początkowym temacie, granym przez Cherriego i Colemana. Pierwsza solówka należy do Ornette’a. Gra bardzo swobodnie, bezpretensjonalnie. Cherry odpowiada równie szybkim frazowaniem. Błyskawica.

Klasycznie zadymione ‚Just for You’ opiera się na głębokim pochodzie basu Haden’a. Coleman gra bardzo melodyjnie, klarownie. Odprężająca perełeczka.

Charakterystyczny motyw ‚The Fifth Of Beethoven’ zapada od początku w pamięć. Coleman rusza od razu z konkretnym solem, sekcja rytmiczna gra bez zarzutu. W drugiej części sola zaczynają pojawiać się atonalności. Cherry zaczyna z entuzjazmem, nie ustrzega się kilku błędów, ale odważnie prze do przodu, podkręcany przez walkin’ Haden’a. Blackwell gra super równo, dorzuca do tego zróżnicowane solo. Jazzowy przebój.

W 4tym numerze na stronie A następuje zmiana basisty. Pojawia się Scott La Faro. ‚The Alchemy of Scott La Faro’ to dłuższa wersja koncepcji z pierwszego numeru – szybko i do przodu. Coleman wywija niezłe piruety na swoim saksofonie. Wyciska z niego wszystko do cna. Dzieją się bardzo ciekawe rzeczy w jego obszernej solówce. W tle La Faro z szybkością karabinu maszynowego punktuje kolejne pasaże. Dopiero w 3ciej części utworu zaczyna grać Don Cherry. Eksploatuje do granic możliwości swój instrument. Pod koniec znika sekcja rytmiczna i zaczyna się zupełne free.

Drugą stronę albumu otwiera w ‚Moon Inhabitants’ prawdziwy popis Ornette Colemana. Srogie łamanie harmonii. Cherry dotrzymuje kroku. W pewnym momencie zaczynają grać równocześnie, co odzwierciedla miejscami ‚Free Jazz’, w bardziej przystępnej formie. Haden z Blackwellem dają w 2giej części utworu krótki popis. Melodia wymyka się słuchaczowi, tempo zmian harmonicznych jest doprawdy wysokie.

W ‚The Legend Of Bebop’ spada nieco tempo, robi się bardziej klasycznie, swingująco. Coleman gra eleganckie dźwięki, melodyjnie, czysto. W połowie utworu nudzi się w końcu takim graniem, zaczyna przez chwilę grać szybciej, w swoim stylu. Cherry kontynuuje, gra oszczędnie, rozkręca się powoli. Porządna robota.

‚Harlem’s Manhattan’ umiejscawia niestandardowe brzmienie Colemana w konkretnym kontekście geograficznym. Na basie świetnie gra Jimmy Garrison. Coleman gra na tenorze, Cherry używa kaczki. Blackwell chodzi jak w zegarku. Brzmi to świetnie i bardzo współcześnie.

Mimo tego, że jest to zbiór wcześniej nie wydanych utworów, a nie odzwierciedlenie maestrii Colemana, takie jak ‚The Shape of Jazz to Come’ czy ‚Free Jazz’, to warto sięgnąć po tę płytę. Jest ona zobrazowaniem bardzo twórczego okresu w karierze osobnego artysty, może nie wirtuoza, ale niewątpliwie wielkiego nowatora.

Album zdobi abstrakcyjny obraz autorstwa Colemana.

Herbie Hancock – Takin’ Off

Herbie Hancock – Takin’ Off (Blue Note 1962)

A1 Watermelon Man
A2 Three Bags Full
A3 Empty Pockets
B1 The Maze
B2 Driftin’
B3 Alone And I

Freddie Hubbard (trąbka)
Dexter Gordon (Saksofon Tenorowy)
Herbie Hancock (Pianino)
Butch Warren (bas)
Billy Higgins (perkusja)

Debiut kompozytorski i jako leadera Herbiego Hancocka (ur. 1940 Chicago Illinois) przynosi ze sobą falę pozytywnych emocji. Ten bardzo młody, 22 letni wówczas pianista, po terminowaniu u Donalda Byrda, zaczyna właśnie stawiać pierwsze kroki w swej niezwykle bogatej i obfitującej w gatunkowe zwroty akcji karierze. Takin’ Off [a właściwie pierwszy utwór albumu ‚Watermelon Man’, prosty, swingujący blues, podbity funkowym rytmem] to prekursor gatunku zwanego w latach 90tych 20tego wieku Acid Jazz’em – funkującego bopu. Transowe akordy pianina Herbiego i motyw przewodni dęciaków, zgrane są idealnie, sekcja rytmiczna gra równiutko. Utwór ma bardzo taneczny i słoneczny feeling, uruchamia w mózgu dużą ilość serotoniny.
‚Three Bags Full’ nawiązuje do modnego wówczas awangardowego hard bopu. Linie melodyczne są płynne, złożone. Piekne brzmienie trąbki Freddiego Hubbarda unosi ten utwór, nadaje mu przejrzystą i klarowną przestrzeń. Gordon zaczyna nieco z arytmiczną werwą muzyki indyjskiej, żeby przejść następnie do mocnego akcentowania charakterystycznego dla hard bopu. Hancock, wciąż poszukujący swego stylu, miękko operuje w swingującym rytmie, trzymając się dość nieskomplikowanej struktury melodycznej.
‚Empty Pockets’ to wpadająca w ucho melodia, bliska ideału aranżacja. Hubbard zaczyna wysokimi, długimi dźwiękami. Wzbogaca swój pasaż, gra zadziornie, a równocześnie bardzo rytmicznie. Gordon, stary wyjadacz, odgrywa swoje solo poprawnie, acz bez błysku. Herbie gra funky. Utwór ma wręcz ellingtonowski sznyt.
‚The Maze’ (Labirynt) zaczyna się doskonałym „filmowym” motywem, od którego po plecach chodzą ciary. Połamany rytm początkowej frazy przechodzi w neurotycznie swingujące solo Hubbarda. Krótkiej, wiążącej solówce Hancocka towarzyszy marszowy rytm, który płynnie przemienia się w dynamiczne solo Gordona. Dominantą melodyczną jest nostalgia. Świetny numer.
‚Driftin’ to knajpiany blues. Gordon wyraźnie to czuje , to najlepsze jego solo na całym albumie, krótkie i zwięzłe. Hubbard – romantyk – grając po Dexterze uszywa se swoich dźwięków elegancki, aksamitny garnitur. Hancock z dużą erudycją buduje swoje optymistyczne solo. To najpełniejszy utwór tego albumu, bez niepotrzebnego pośpiechu i nadmiernej ekscytacji młodości.
‚Alone and I’ to piękna kołysanka. Pozwala na wyciszenie, moment oddechu, nie ustępuje w swej skuteczności treningowi relaksacyjnemu Schultza. Muzycy kontemplują dźwięki, powoli opowiadają swoje historie.
Mimo dość konwencjonalnej stylistyki, daje się wyczuć ogromny kompozytorski talent młodego autora, lekkość wyrazu, którą Hancock po prostu ma. To jeszcze nie jest ten pianista, który pod koniec lat 60tych przełamuje kanony razem z Milesem Davisem. To jeszcze nie gwiazdor z okresu Headhunters. To skromny, mający świetnego nosa muzycznego, doskonale przewidujący nadchodzące mody autor. I wyprzedzający je o 2 kroki. To już jest prawdziwy acidowy odlot . Takin’ Off.