Sorgen/Lindberg/Obara – Three

obara

Ars Cameralis Silesiae Superiors 2010

1 Spiritual Lover
2 Forage
3 Fort Borek
4 One Of Caroll
5 Muss Influx
6 Noodles With Sammy Blues
7 T’wix D And E
8 Wolverine Breath
9 Dropped Drops
10 Multiple Reasons

Maciej Obara – Saksofon altowy

John Lindberg – Bas

Harvey Sorgen – Perkusja

Najzdolniejszy polski saksofonista młodego pokolenia. Urodzony w 1981 roku. Studiował jazz w Katowicach. Pierwsza płyta w składzie trio Maciej Garbowski (bas) i Krzysztof Gradziuk (perkusja) ukazuje się w 2007 roku. W tym okresie współpracuje z saksofonistą Antoine Roneyem i Tomaszem Stańko. W 2008 roku nagrywa 2gi album w składzie trio z Garbowskim i Gradziukiem. Oto komentarz do płyty napisany przez Tomasza Stańko: „Już pierwsze dźwięki najnowszej płyty Macieja Obary wzruszyły mnie, wprowadziły w czar tej muzyki (…) Jego muzyka jest silna, dojrzała, głęboka, pełna czaru, piękna. Jest jego własna.” Kolejny projekt Obary to MaMuGe 3 w skandynawskim składzie – z Johnem Lindbergiem (bass) i Harveyem Sorgenem (drums). W listopadzie 2010 wydaje album ‚Three’. Obara Special Quartet to projekt, który pojawia się w 2009 roku w składzie Ralph Alessi (tr), Mark Helias (bass), Nasheet Waits (dr). Nagrywają album ‚Four’. W 2011 pojawia się kolejna płyta ‚Equilibrium’ nagrana w składzie pierwszego trio i Dominika Wani (pianino). Obaj muzycy pierwszy raz spotkali się w składzie Tomasza Stańki i to u Jego boku zapoczątkowali swoją muzyczną przyjaźń. Nowy kwartet Obary to zupełnie inne spojrzenie na energię muzyczną, tym razem osadzona w kontekście harmonicznym, europejsko brzmiącej sekcji rytmicznej. Rok później datuje się powstanie kolejnego kwartetu Maciej Obara International Quartet, do którego zaprosił Norwegów. To jego pierwszy stały międzynarodowy kwartet, w skład którego wchodzą: Ole Morten Vaagan (kontrabas), Gard Nilssen (perkusja) oraz Dominik Wania (fortepian). Skutkuje skład ten nagraniem 3 płyt na żywo – ‚Live At Manggha’ ‎(2013), ‚Komeda’ (2013) i ostatnio ‚Live In Mińsk Mazowiecki’ (2015).

Skład trio zdecydowanie Obarze odpowiada. Wydobywa od razu pełne brzmienie ze swojego altu, a norweska sekcja rytmiczna odpłaca mu się pięknym za nadobne. Od pierwszej nuty słychać, że mają coś do powiedzenia w kwestii colemanowskiego free. Grają swoje utwory bez zadęcia, otwierają natomiast ‚Spiritual lover’ z repertuaru Andrew Hilla. Muzyka to współczesna, przetworzona przez nowojorską awangardę taką jak Lounge Lizards i John Zorn. Mają inspiracje, ale przede wszystkim chcą grać mocny jazz bez ozdobników. Idzie im doskonale. Ted Orr aranżuje i nagrywa tę sesję, jest odpowiedzialny za świetne brzmienie płyty MaMuGe3. ‚Forage’ to już ewidentne uwolnienie energii bez konserwantów. Funk, break, hip hop jazz i to free. ‚Fort Borek’ zmusza do refleksji, mimo braku równego rytmu ma w sobie dużo mocy. Ma elementy folklorystyczne, to taka ballada o naćpanym Janku Muzykancie. Sorgen artykułuje wielobarwnie, przypominając dokonania Edwarda Vesali z czasów współpracy z Tomaszem Stańko. Wpływ Stańko na Obarę jest zdecydowanie słyszalny. ‚One for Caroll’ zaczyna się delikatnie i melodyjnie. Muzycy nieco wrzucają tu na luz i dobrze. Nie ma natłoku, jest przestrzeń i kooperacja. Jest to pierwszy utwór autorstwa Obary na płycie. Następny ‚Muss Influx’ również sygnowany przez saksofonistę, wprowadza nieco ożywienia. To już jest free jazz pierwszego sortu – wielobarwny, entuzjastyczny, robiący wrażenie na znudzonym słuchaczu mimo szarzyzny za oknem i pustki na koncie. Znowu Sorgen gra za 2ch, Lindberg ma podwójny bas i to słychać. Jest smutno i tajemniczo, po krakowsku. ‚Noodles With Sammy Blues’ kolejny utwór Obary jest klasycznie połamany na monkowską modłę, acz dość intensywny w nowojorskim, współczesnym stylu. ‚T’wix D And E’ jest juz bardziej funky i nawiązuje niebezpośrednio do brzmienia Dave’a Douglasa. Jest najdłuższy na płycie i najbardziej przebojowy. ‚Wolverine Breath’ urzeka dziwnymi dźwiękami granymi smyczkiem na basie Lindberga. Jest to ukłon w kierunku muzyki awangardowej a la Stockhausen. ‚Dropped Drops’ to już przestrzeń zarezerwowana dla perkusji Harveya Sorgena. Na koniec ‚Multiple Reasons’ charakteryzuje piekne, ciepłe tony saksofonu Obary i wyrazisty bas Lindberga.

W sumie 10 utworów i wysoki poziom. Maciej Obara cały czas się rozwija i oby doczekał się wydawnictwa na ECM na przykład, bo to talent wyjątkowy, nadal oczekujący na swój europejski sukces!

Grachan Moncur III ‎– Evolution

evolution

Blue Note 1963

A1 Air Raid
A2 Evolution
B1 The Coaster
B2 Monk In Wonderland

Grachan Moncur III – puzon
Jackie McLean – saksofon altowy
Lee Morgan – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Bob Cranshaw – bas
Anthony Williams – perkusja

Pierwszy puzonista w Playtime’owym zestawieniu.

Grachan Moncur III (już samo nazwisko powoduje trudności w pisowni, muzyka wcale nie jest łatwiejsza) urodził się w 1937 roku w NY. Ostatni album wydał w 2007 roku, więc mimo 70 lat ciągle był (i być może jest nadal) aktywnym muzykiem.

Nie sięgając specjalnie w jego prehistorię (ojciec Grachan Moncur II był również muzykiem), można uznać, że początkiem jego jazzowej kariery była współpraca z Jazztetem Arta Farmera, z którym uczestniczył Moncur w nagraniu w 1962 roku płyty ‚Another Git Together’. Podczas studiów poznał m.in. Wayne’a Shortera i Gary Bartz’a. Już na początku kariery grał w takich klubach jak Birdland i Five Spot. W latach 1959-1961 był muzykiem zespołu Raya Charlesa. Szybko wkręcił się w roster Blue Note. Nagrywał z Jackie McLeanem (kilka albumów, m.in. ‚One Step Beyond’ i ‚Hipnosis’), Herbie Hancockiem (‚My point of view’ 1964) i wspominanym już wcześniej Shorterem. Później komponował muzykę do filmów (‚Blues for Mr. Charlie’), po drugim, również bardzo ciekawym albumie ‚Some other stuff’ (z Shorterem, Hancockiem i Anthony Williamsem w składzie) przez 5 lat nie nagrywał, powrócił w 1969 roku bardzo dobrym albumem ‚New Africa’ dla francuskiego labela BYG. Koniec lat 60tych charakteryzuje współpraca ze śmietanką Free Jazzu (m.in. Archie Sheppem i Roswellem Ruddem /również puzon/). Lata 70te to nagranie jazzowej symfonii (‚Echoes of Prayer’ 1974) i tylko w Japonii wydanego, 6tego autorskiego albumu ‚Shadows’ (1977). Ciekawym epizodem była współpraca z projektem 360 Degree Music Experience perkusisty Beavera Harrisa (m.in bardzo interesujący album ‚Beautiful Africa’ 1979). Aż do 2004 roku i albumu ‚Exploration’ z Gary Bartzem nie nagrywał niczego specjalnie godnego uwagi, głównie uczył (m.in w  Newark Community School of the Arts 1982-1991).

‚Evolution’ jest tak na dobrą sprawę debiutem sesyjnym Moncura jako leadera. Nagrany w składzie sextetu (Jackie Mclean i Lee Morgan stanowiący obok Moncura sekcję dętą, Hutcherson na wibrafonie, Bob Cranshaw i Tony Williams w sekcji rytmicznej). Znajdują się na nim 4 rozbudowane kompozycje – post bopowy ‚Air Raid’, totalnie odjechany utwór tytułowy, ‚The Coaster’ i dowodzący inspiracji twórczością Theleniousa Monka ‚Monk in Wonderland’.

W ‚Air Raid’ solem na pograniczu free popisuje się McLean. Lee Morgan odpowiada energetycznym solem na trąbce. Obu dogrywa nieco psychodelicznie Hutcherson. Williams buduje interesujące bopowe solo (grane w pół tonu).

‚Evolution’ zaczyna się napiętą atmosferą niczym z Hitchocka albo niektórych filmów francuskiej nowej fali (Malle,Chabrol). McLean wymiata soczystym solem na swoim altowym saksofonie, później swoje sola grają Lee Morgan, sam Moncur i na koniec Bobby Hutcherson (ten dziwny, metaliczny dźwięk wibrafonu!). Utwór mający być odwzorowaniem ‚początku rozwoju ludzkości’ jest niewątpliwie pozycją wyjątkową. Kwintesencją ówczesnych awangardowych poszukiwań jazzmanów nagrywających dla wytwórni Blue Note w tamtym czasie (1962-1965).

‚The Coaster’ wprowadza bardziej przyjazny, swingujący, nieco latynoski klimat. Zaczyna solem Moncur. Kontynuuje McLean. Potem Morgan. Wszyscy brzmią doskonale. Utwór trzyma w ryzach jak zawsze niezawodny Williams, dogrywając czasem swoje karkołomne wstawki. Rytmicznym, przestrzennym solem popisuje się Hutcherson. Moncur zamyka utwór swoim krótkim solem jak klamrą. Jest to dobry obraz możliwości technicznych wszystkich grających muzyków.

‚Monk in Wonderland’ zadziwia. Rzeczywiście motyw początkowy ma jakiś monkowski klimat, jednak pozostawia słuchacza w rozterce – Monk czy nie-monk? Jednak nie, bardziej nowoczesny i uporządkowany, mimo przeważającej abstrakcji. Hit czy doskonale technicznie zagrana klisza z Monka? Sprawę pozostawiam nierozstrzygnięta…

Kariera Moncura potoczyła się odmiennie od wielu pozostałych utalentowanych muzyków Blue Note’a tworzących nurt zwany niekiedy ‚new thing’, takich jak Bobby Hutcherson czy jego dobry kumpel Jackie McLean. Natomiast jego obecność zazwyczaj oznaczała odpowiedni, wysoki poziom muzyczny i dużo awangardowych, niestandardowych rozwiązań muzycznych. Warto sięgnąć szczególnie po pierwsze dwa albumy Grachana Moncura III!

Ornette Coleman ‎– The Art Of The Improvisers

art of the improvisers

Atlantic 1970

A1 The Circle With A Hole In The Middle
A2 Just For You
A3 The Fifth Of Beethoven
A4 The Alchemy Of Scott La Faro
B1 Moon Inhabitants
B2 The Legend Of Bebop
B3 Harlem’s Manhattan

Ornette Coleman – Saksofon altowy i tenorowy
Don Cherry – Trąbka
Charlie Haden – Bas (A1 do A3, B1, B2)
Jimmy Garrison – Bas (B3)
Scott LaFaro – Bas (A4)
Billy Higgins – Perkusja (A1, A2)
Ed Blackwell- Perkusja (A3 do B3)

Randolph Denard Ornette Coleman (ur. 9 marca 1930 w Fort Worth) jest bez wątpienia ikoniczną postacią w amerykańskiej muzyce improwizowanej. Samouk, innowator, ekscentryk. Zaczynał grając na saksofonie pod koniec lat 40tych XX wieku w zespołach rythm’n’bluesowych. Pracował wówczas jako windziarz. Lata 50te spędził głównie na studiowaniu teorii muzyki. I w 1960tym roku zaszokował cały jazzowy światek absolutnie nowatorskim podejściem do komponowania, czego wyrazem był album, który dał początek zupełnie nowego nurtu w muzyce – ‚Free Jazz’. Nagrany przez 2 równorzędne kwartety jednocześnie, nadal stanowi przykład wielce awangardowego podejścia do muzyki improwizowanej.

Potwierdzeniem wielkiej indywidualności Colemana było czasowe „przejście na muzyczną emeryturę” po serii świetnych nagrań dla wytwórni Atlantic z przełomu lat 50tych i 60tych. Coleman stwierdził, że kluby za mało płacą za prezentowanie jego wyprzedzającej swoją epokę i powszechnie niezrozumiałej muzyki i zawiesił działalność aż do połowy lat 60tych. Wrócił na scenę w nowym składzie – z basistą Davidem Izenzonem i perkusistą Charlesem Moffettem. Z tego okresu pochądzą nagrane dla Blue Note koncerty ze sztokholmskiego klubu ‚Golden Circle’.

Pod koniec lat 60tych Coleman sformował kwartet w składzie Dewey Redman (saksofon tenorowy), Charlie Haden (Bas) i Ed Blackwell albo Denardo Coleman na perkusji. Nagrał też wtedy 2 świetne albumy – ‚New York is Now!’ i ‚Love Call’ w składzie z Redmanem, Jimmym Garrisonem na basie i Elvinem Jonesem na perkusji.

W latach 70tych odzywa się w nim teoretyk, na określenie swojej muzyki używa sformułowania ‚harmolodics’ – jest to próba opisania jedności harmonii i rytmu, oparcie się przede wszystkim na kolektywnej improwizacji bez wyróżniania instrumentów solowych. Jak większość ówczesnych jazzmanów zaczyna wykorzystywać w swoim repertuarze instrumenty elektryczne. Uczestniczy w nagraniu legendarnego albumu rockowego ‚Plastic Ono Band’ (1970).

W latach 80tych nazywa swój nowy skład ‚Prime Time’. Należy do niego 2ch gitarzystów – Bern Nix i Charles Ellerbee. W latach 1982-1995 nagrywają 6 albumów. Coleman uczestniczy wówczas w okołojazzowych projektach, grając m.in z Jerry Garcią z Grateful Dead. W 1991 roku nagrywa soundtrack do filmu Davida Cronenberga ‚Nagi Lunch’.

W 2003 roku nagrywa wraz z Lou Reed’em z Velvet Underground album ‚The Raven’. W 2007 roku dostaje Pulitzera za album ‚Sound Grammar’ (2006), nagrany w składzie – Denardo Coleman na perkusji i 2 basy -Gregory Cohen i Tony Falanga. W 2007 roku dostaje również nagrodę Grammy za życiowe dokonania. W 2009 dostaje nagrodę imienia Milesa Davisa dawaną przez grono Montrealskiego Festiwalu Jazzowego. W 2010 zostaje uhonorowany doktoratem Muzycznego Uniwersytetu w Michigan.

‚The Art of The Improvisers’, album wydany w 1970 roku nakładem wytwórni Atlantic, został nagrany właściwie na przełomie lat 50tych i 60tych w Nowym Jorku w klasycznym składzie, odpowiedzialnym również w dużym stopniu za ‚Free Jazz’ – Don Cherry na trąbce, Charlie Haden na basie i Ed Blackwell na perkusji. Dodatkowo pojawiają się basiści – Jimmy Garrison w ‚Harlem’s Manhattan’ i Scott LaFaro gdzieżby indziej niż w ‚The Alchemy of Scott La Faro’, a także Billy Higgins na perkusji w 2ch pierwszych utworach na płycie (‚The Circle With A Hole In The Middle’ i ‚Just for You’).

‚The Circle With A Hole In The Middle’ to opętańczy bebop. Szybkie tempo, zaskakujące rozwiązania formalne w początkowym temacie, granym przez Cherriego i Colemana. Pierwsza solówka należy do Ornette’a. Gra bardzo swobodnie, bezpretensjonalnie. Cherry odpowiada równie szybkim frazowaniem. Błyskawica.

Klasycznie zadymione ‚Just for You’ opiera się na głębokim pochodzie basu Haden’a. Coleman gra bardzo melodyjnie, klarownie. Odprężająca perełeczka.

Charakterystyczny motyw ‚The Fifth Of Beethoven’ zapada od początku w pamięć. Coleman rusza od razu z konkretnym solem, sekcja rytmiczna gra bez zarzutu. W drugiej części sola zaczynają pojawiać się atonalności. Cherry zaczyna z entuzjazmem, nie ustrzega się kilku błędów, ale odważnie prze do przodu, podkręcany przez walkin’ Haden’a. Blackwell gra super równo, dorzuca do tego zróżnicowane solo. Jazzowy przebój.

W 4tym numerze na stronie A następuje zmiana basisty. Pojawia się Scott La Faro. ‚The Alchemy of Scott La Faro’ to dłuższa wersja koncepcji z pierwszego numeru – szybko i do przodu. Coleman wywija niezłe piruety na swoim saksofonie. Wyciska z niego wszystko do cna. Dzieją się bardzo ciekawe rzeczy w jego obszernej solówce. W tle La Faro z szybkością karabinu maszynowego punktuje kolejne pasaże. Dopiero w 3ciej części utworu zaczyna grać Don Cherry. Eksploatuje do granic możliwości swój instrument. Pod koniec znika sekcja rytmiczna i zaczyna się zupełne free.

Drugą stronę albumu otwiera w ‚Moon Inhabitants’ prawdziwy popis Ornette Colemana. Srogie łamanie harmonii. Cherry dotrzymuje kroku. W pewnym momencie zaczynają grać równocześnie, co odzwierciedla miejscami ‚Free Jazz’, w bardziej przystępnej formie. Haden z Blackwellem dają w 2giej części utworu krótki popis. Melodia wymyka się słuchaczowi, tempo zmian harmonicznych jest doprawdy wysokie.

W ‚The Legend Of Bebop’ spada nieco tempo, robi się bardziej klasycznie, swingująco. Coleman gra eleganckie dźwięki, melodyjnie, czysto. W połowie utworu nudzi się w końcu takim graniem, zaczyna przez chwilę grać szybciej, w swoim stylu. Cherry kontynuuje, gra oszczędnie, rozkręca się powoli. Porządna robota.

‚Harlem’s Manhattan’ umiejscawia niestandardowe brzmienie Colemana w konkretnym kontekście geograficznym. Na basie świetnie gra Jimmy Garrison. Coleman gra na tenorze, Cherry używa kaczki. Blackwell chodzi jak w zegarku. Brzmi to świetnie i bardzo współcześnie.

Mimo tego, że jest to zbiór wcześniej nie wydanych utworów, a nie odzwierciedlenie maestrii Colemana, takie jak ‚The Shape of Jazz to Come’ czy ‚Free Jazz’, to warto sięgnąć po tę płytę. Jest ona zobrazowaniem bardzo twórczego okresu w karierze osobnego artysty, może nie wirtuoza, ale niewątpliwie wielkiego nowatora.

Album zdobi abstrakcyjny obraz autorstwa Colemana.

Bobby Hutcherson ‎– Dialogue

dialogue

Blue Note 1965

A1 Catta
A2 Idle While
A3 Les Noirs Marchent
B1 Dialogue
B2 Ghetto Lights

Bobby Hutcherson – Wibrafon, Marimba
Sam Rivers – Saksofon Tenorowy/Sopranowy, Klarnet basowy, Flet
Freddie Hubbard – Trąbka
Andrew Hill – Pianino
Richard Davis – Bas
Joe Chambers – Perkusja

Wibrafon zdecydowanie nie jest najpopularniejszym instrumentem jazzu. Plasuje się zapewnie gdzieś pod koniec pierwszej dziesiątki. Najbardziej znani wibrafoniści to Milt Jackson, bopowiec odnoszący majwiększe sukcesy na przełomie lat 50tych i 60tych i Roy Ayers, soulowo funkowy kompozytor/instrumentalista, w latach siedemdziesiątych lider zespołu Ubiquity, autor doskonałej muzyki do filmu blaxploitation ‚Coffy”. No i Bobby Hutcherson.

Hutch był życiowo skazany na zostanie muzykiem jazzowym. Jego brat był szkolnym przyjacielem Dextera Gordona, a jego siostra chodziła z Ericiem Dolphym. Zaczynał od pianina, żeby szybko przestawić się na wibrafon. Największe sukcesy zaczął odnosić młodo, w wieku zaledwie 22 lat nagrał wspólnie z hardbopowym saksofonistą Jackiem McLeanem ponadprzeciętną płytę ‚One step beyond’ (1963), na której wystąpił razem z Grahamem Moncurem III (puzon) i Tonny Williamsem (perkusja). Rok później przyczynił się do powstania arcydzieła – ‚Out to Lunch’ Erica Dolphiego. W 1965 roku debiutuje płytą ‚Dialogue’.

Współpraca z McLeanem, a przede wszystkim z Moncurem i Dolphym sytuuje ówczesne zainteresowania Hutchersona w obszarze ‚nowego jazzu’. Otwartość na orientalną melodykę, wychodzenie poza klasyczną skalę, rozszerzanie granic dźwiękowych – to wszystko słychać w spektakularnym debiucie Hutcha.

Płytę wypełniają kompozycje autorstwa pianisty Andrew Hilla i perkusisty Joe Chambersa.

Już pierwsze charakterystyczne dżwięki perkusji w ‚Catta’ zapowiadają wysoki poziom całości. Rivers odważnie frazuje, ocierając się o free. Porządkują ten utwór rytmiczne akordy pianina Hilla. Freddie Hubbard wprowadza do utworu nową jakość, zahacza o latynoską nutę. Zresztą cały utwór ma taki styl, połamany rytmicznie. Dźwięk wibrafonu nasuwa na myśl słowo ‚perlisty’. Bardzo klarowne solo. Motyw przewodni może nie należy do najoryginalniejszych w historii Jazzu, ale ma swój niewątpliwy urok.

Sam Rivers grający tym razem na flecie wprowadza wyrazisty nastrój w powolnym ‚Idle While’. Freddie Hubbard doskonale czuje się w takich spokojnych, stonowanych utworach. Gra płynnie i czysto. Delikatne dźwięki wibrafonu Hutcha dodają temu numerowi kolorytu i elegancji. Solo basu Richarda Davisa to podróż w lekką arytmię. Zamyka „Idle While’ Rivers.

Marszowy rytm perkusji Chambersa otwiera ‚Les Noirs Marchent’. Awangardowy wstęp przypomina nieco dokonania Dolphiego. Robi się free. Hubbard, Hutch i Rivers grają równocześnie, wywołując nastrój chaosu i niepokoju. Ilustracyjność tego utworu mogłaby być kanwą filmowej muzyki, dajmy na to u Hitchcocka. Napięcie osiąga zenit i powoli numer się wycisza. Wchodzi równy rytm perkusyjny.

Strona B zaczyna się dźwiękami wibrafonu Hutchersona. Najdłuższy utwór na płycie, tytułowy ‚Dialogue’ to kwintesencja nowego jazzu lat 60tych. Arytmiczne konwersacje wszystkich uczestników, karkołomne kaskady dźwięków wibrafonu, stopniowe budowanie napięcia, atmosferyczne falowanie, któremu poddają się wszyscy muzycy – ‚Dialogue’ eksploruje nowe obszary, rozszerzając środki wyrazu. Hutch gra tym razem m.ni. na Marimbie, jej drewniane płytki w przeciwieństwie do metalowych wibrafonu, nadają temu utworowi specyficzne brzmienie. Rivers wzbogaca ten utwór nosowymi dźwiękami klarnetu basowego. Solo Davisa dodaje temu dialogowi melodyjności, porządkuje poprzedzający ją freejazzowy chaos, aby znowu rozlać się oceanem nieskoordynowanych brzmień. Bardzo wiele treści niesie ze sobą ten dialog.

Bluesowy ‚Ghetto Lights’ daje odprężenie po niezwykle intesywnym ‚Dialogue’. Hubbard przejmuje dowodzenie, proponuje solo z pomysłem, spójne melodycznie, pełne uroku. Rivers wtóruje mu refleksyjnymi pasażami saksofonu. Zastanawiające solo. Hutch prezentuje swoje klasyczne oblicze. Gra bardzo obrazowo i przejrzyście. Doskonale ułożona forma tego utworu pozostawia słuchaczy z wrażeniem harmonii.

Niebiesko-czarna okładka płyty dobrze oddaje intrygującą i skomplikowaną zawartość debiutu Hutchersona. Świetnie dobrany skład, równowaga między porządkiem i chaosem, bogactwo wyobraźni muzyków – to wszystko decyduje o ponadczasowym wymiarze i niegasnącym nowatorstwie tej płyty. ‚Dialogue’ to bez wątpienia jeden z najbardziej wyrazistych debiutów w całej historii muzyki Jazzowej. Bobby Hutcherson, mimo 70tki jest wciąż aktywnym muzykiem.

Eric Dolphy ‎– Out To Lunch!

out to lunch

Blue Note 1964

A1 Hat And Beard
A2 Something Sweet, Something Tender
A3 Gazzelloni
B1 Out To Lunch
B2 Straight Up And Down

Eric Dolphy – Klarnet basowy, Saksofon altowy, Flet poprzeczny
Freddie Hubbard – Trąbka
Bobby Hutcherson – Wibrafon
Richard Davis – Bas
Anthony Williams – Perkusja

Eric Dolphy – Prekursor nowoczesnego uzycia klarnetu basowego. Porównywany do Ornette Colemana pod względem rewolucyjności podejścia do muzyki jazzowej. U tegoż właśnie bardzo wyraźnie obecny na przełomowej płycie ‚Free Jazz’, uważanej za pierwszą w pełni awangardową płytę jazzową, od której wzięła się nazwa całego nurtu. Grał również w zespołach Charles Mingusa (uważany za najlepszy zespół koncertowy w karierze Dolphiego) i wielkiego Johna Coltrane’a (pojawia się na płycie Trane’a ‚Impressions’ z 1963 roku). Zmarły przedwcześnie w wieku 36 lat z powodu śpiączki cukrzycowej.

Wszystkie utworu na płycie są autorstwa Dolphiego. Otwierający płytę ‚Hat and Beard’ urzeka abstrakcyjnym brzmieniem wibrafonu Hutchersona. Połamaną rytmikę wstępu rozrywa diaboliczne solo Dolphiego. Odjazd to jest mało powiedziane, raczej jest to zakwas. Oczyszcza atmosferę przestrzenna trąbka Hubbarda. Wrażenie nadmiaru dźwięków buduje niepokojący klimat tej muzyki. Hutcherson kontynuuje myśl dźwiękową Hubbarda. Całość sprawia wrażenie kontrolowanego chaosu. Działa na wyobraźnię. Bas Davis’a umiejętnie podkreśla wagę tej „piosenki”. Jest w niej jakieś echo wyczynów cyrkowców.

‚Something Sweet, Something Tender’ zaczyna się tłem basu granego smyczkiem. Swoista to ballada. Ostatnio miałem okazję przypomnieć sobie ‚Nagi Lunch’ Burroughs’a nakręcony przez Cronenberga. Numer pasowałby jak ulał do tego filmu. Ma w sobie coś z narkotycznych wizji Billa Lee. Dolphy gra krótkie solo na wstępie. Dołącza Hubbard. Kolejne solo Dolphiego na klarnecie basowym daje dużo do myslenia. Przypomina nieco pasaże Coltrane’a, ale jednak Dolphy posiada swój mocny, indywidualny styl. Ponownie dołącza Hubbard, wchodząc w wysokie tonacje. Epilogiem jest wspólne, wyciszające granie Dolphiego i Davisa. Przedziwny utwór.

‚Gazzelloni’ przywodzi natomiast na myśl (jeśli już pozostać przy filmowych porównaniach) motywy Nino Roty w filmach Felliniego. Dolphy gra tym razem na flecie. Tempo nakręca bopowy pochód Davisa. Dopełniają się sola Dolphiego i Hutchersona. Wchodzi Hubbard mocnym akcentem. Świetne, soczyste solo. W pewnym momencie spada nieco tempo, staje się bardziej zrelaksowane. Hutcherson przejmuje pałeczkę. Improwizuje, szukając zaskakujących melodii, słychać, że ma coś do powiedzenia, natomiast trudno mu to przekazać przez specyfikę wibrafonu.

Najdłuższy na płycie utwór tytułowy zaczyna się marszową perkusją i radosną grą wszystkich muzyków. W końcu wychodzą na przerwę (‚Out to Lunch’)! Nie pozostaje nic innego jak życzyć im i nam smacznego. Zaczyna Dolphy atonalnym, jak to ma w swym zwyczaju, solem saksofonu. Melodia miesza się w nim z rozrywającymi dźwiękami spoza skali. Hubbard elegancko sekunduje Dolphiemu, gra gęsto i niespokojnie. Swoje 3 grosze dorzuca wszędobylski Hutcherson. Hubbard niewzruszony kontynuuje solo. W końcu Hutcherson przejmuje dowodzenie, podkręcany basem Davisa. Wykorzystuje pełną skalę mozliwości wibrafonu. W tle wciąż improwizuje Davis. Perkusja Williamsa nagle przestaje być słyszalna. To ona buduje cały fundament tej płyty, dopiero jak na chwilę znika, pojawia się silne odczucie jej braku. Solo Davisa ciekawie podtrzymuje krztałt utworu. Nawiązuje w jakiś sobie tylko znany sposób do „skokowych” pasaży Hutchersona. Nagle pojawiają się instrumenty dęte, Dolphy i Hubbard na zmianę. Williams wystukuje swoje solo niecodziennie, w pewnym momencie wchodząc z powrotem w marszowy rytm. Dochodzimy do zamykającej cody. Moc.

‚Straight Up And Down’ jest jak wisienka na torcie, po trudach i znojach całej tej płyty, daje chwilę oddechu. Pojawia się nawet wrażenie „normalności”, czegoś co znamy i lubimy, popowej melodii. Dolphy gra rytmicznie. Hutcherson dorzuca nieco monkowskie przełamania. No i cóż, cała ta melodyjna struktura zaczyna się powoli sypać. Hubbard gra swoje, tonuje nieco odjechane podróże muzyczne Dolphiego i Hutchersona. Utwór na pograniczu free jazzu, jednak jedną nogą oparty w hard bopowych strukturach. Po Hubbardzie wchodzi Hutcherson. Bardzo elegancko i z wyczuciem. Williams wychodzi z rytmu, numer zmienia się w coś zupełnie innego aż do totalnego rozpadu. Wraca przewodnia melodia, pozytywna i fikuśna. Koniec.

Nie jest to łatwa płyta. Wymaga od słuchacza bezustannej uwagi. Natomiast nie ulega wątpliwości, że jest to kawał świetnej muzyki. Wszyscy instrumentalisci wspinają się na wyżyny swoich umiejętności improwizacyjnych. Melodie Dolphiego są dziwne, abstrakcyjne, niesztampowe. Nie są to raczej „numery” wpadające w ucho. Ale pozostaje w głowie niepokojacy klimat, nowojorski artyzm A.D. 1964. Mimo blisko 50 lat, ta płyta wciąż inspiruje i nie utraciła nic ze swej świeżości. Tym większa szkoda, że Dolphy nie pozostawił po sobie wielu płyt…