Don Pullen ‎– Tomorrow’s Promises

don pullen

Atlantic 1977

A1 Big Alice
A2 Autumn Song
A3 Poodie Pie
B1 Kadji
B2 Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises
B3 Let’s Be Friends

Don Pullen – Pianino
George Adams – Flet, Saksofony (tenorowy i sopranowy), Klarnet basowy
Hannibal Marvin Peterson – Trąbka
Randy Brecker – Trąbka (A1)
Michal Urbaniak – Skrzypce (A1)
Roland Prince – Gitara
Sterling Magee – Gitara
Alex Blake – Bas
John Flippin – Bas elektryczny (A1)
Bobby Battle – Perkusja, Perkusjonalia
Tyronne Walker – Perkusja, Perkusjonalia
Ray Mantilla – Perkusjonalia
Ilhan Mimaroglu – Elektronika
Rita DaCosta – Wokal

don pullen 1

Wzorując się na muzyce Erica Dolphy i Ornette Colemana, Don Pullen grał awangardowy free w latach 60tych. Niestety nie szło mu dobrze, zarabiając niewiele, doszedł do wniosku, że lepiej będzie przestawić się na jazz elektryczny – zaczął grać w klubach i barach w trio na organach Hammonda. Zaczął również zajmować się aranżacją i akompaniamentem m.in. dla Niny Simone. W tym czasie wypracował swój charakterystyczny styl gry, dość perkusyjny, używając łokci i nadgarstków, szybki. Opracował wyjątkowo przystępny sposób wykonywania awangardowego jazzu – zgrabnie łącząc dysonanse i dowolność melodyczną z chwytliwymi rytmami. Połączył tradycyjny blues z awangardą. Częśto mylony przez swój styl gry ze zdecydowanie bardziej popularnym w świecie free jazzu Cecilem Taylorem.

Przełomem w karierze Pullena było poznanie Charles Mingusa. W 1973 perkusista Roy Brooks rekomendował Mingusowi Pullena. Pullen natomiast zarekomendował swojego dobrego kolegę George’a Adamsa. Razem z Dannie Richmondem na perkusji i Jackiem Walrathem na trąbce utworzyli ostatnią wielką grupę Charlesa Mingusa. Wspólnie nagrali m.in ‚Mingus Moves’ (1973), ‚Changes One’ i ‚Changes Two’ (obie 1974). Muzyczne nieporozumienia ze znanym z kłótliwości Mingusem spowodowały zakończenie działalności tej grupy w 1975 roku. Wtedy Pullen nagrał album solo (‚Solo Piano Album’ 1975). Kolejne 2 albumy (‚Five To Go’ i ‚Healing Force’) to również nagrania solo (obie 1976). W międzyczasie nagrywa ‚Capricorn Rising’ z Samem Riversem. W 1977 podpisuje kontrakt z wytwórnią Atlantic co skutkuje nagraniem 2 albumów – nietypowego ‚Tomorrow’s Promises’ (1977) i ‚Montreux Concert’ (1978). Współpraca z Atlantic trwa dość krótko, Pullen szybko przenosi się z kolejnymi nagraniami z powrotem do Europy (rzymski label Black Saint/Soul Note, holenderski Timeless Records). W składzie kwartetu z Georgem Adamsem nagrywa w latach 80tych 13 albumów. W 1986 roku podpisują kontrakt z Blue Note.

W 1988 roku Pullen przestawia się na format trio, nagrywając z Gary Peacockiem i Tony Williamsem świetnie przyjęty album ‚New Beginnings’. Kolejny album ‚Random Thoughts’ równiez nagrywa w formacie trio z Jamesem Genusem (bas) i Lewisem Nashem (perkusja).

W latach 90tych eksperymentuje z muzyką afrykańską, czego efektem są płyty ‚Kele Mou Bana’ (1991) i tribute album dla zmarłego w 1992 roku George’a Adamsa ‚Ode to Life’ (1993). Don Pullen umiera 22 kwietnia 1995 roku.

Album rozpoczyna się wyjątkowo przystępnym, 10 minutowym ‚przebojem’ ‚Big Alice’, w którym gra m.in. nasz Michał Urbaniak na skrzypcach i Randy Brecker na trąbce. Bardzo funky, elegancko, melodyjnie aż do pewnego momentu, kiedy robi się nieco free. Doskonały przykład melanżu free jazzu z rytmicznym funkiem bądź też bopem, jaki charakteryzuje muzykę Dona Pullena.

‚Autumn Song’ zdecydowanie wycisza, nawiązując do atonalnych początków Dona. Utwór autorstwa George’a Adamsa, podkręcony nieco elektroniką (efekty), to raczej klasyczny w gruncie rzeczy bop, tylko że nagrany po dokonaniach Weather Report i podobnych projektów. Ładne sola Adamsa i Pullena uzupełniają strukturę utworu.

‚Poodie Pie’ zaczyna się funkującą gitarą, cały utwór ma taneczny wymiar. Wyróżnia się solo Hannibala Marvina Petersona na trąbce. Ciekawe jest też solo na elektrycznym pianinie Pullena.

Druga strona zaczyna się afrykańskimi kongami w radosnym ‚Kadji’. Znowu Hannibal daje czadu na trąbce (tym razem mocno latynosko). George Adams wprowadza lżejszy klimat, miejscami wpadając trochę w atonalność. Oddech daje bardzo zgrabne solo Pullena.

‚Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises’ to już zdecydowanie awangardowa pozycja z ekstremalnymi dźwiękami saksofonu i atonalnym solem Pullena na wstępie. Utwór płynnie przechodzi w bardzo ładnie zaśpiewany przez panią Ritę DaCosta ‚Let’s Be Friends’.

Ciekawy to album, profesjonalnie ułożony i bardzo dobrze zagrany (szczególnie strona A). Warto sięgnąć po pozostałe nagrania wcześnie zmarłego Pullena, szczególnie z drugiej połowy lat 70tych.

Gary Burton ‎– The New Quartet

GB

ECM 1973

A1 Open Your Eyes, You Can Fly
A2 Coral
A3 Tying Up Loose Ends
A4 Brownout
B1 Olhos De Gato
B2 Mallet Man
B3 Four Or Less
B4 Nonsequence

Gary Burton – wibrafon
Michael Goodrick – gitara
Abraham Laboriel – bas
Harry Blazer – perkusja

Gary Burton – urodzony w 1943 w Indianie, wcześnie rozpoczął karierę wibrafonisty. Pierwsze nagrania Burtona datuje się na 1961 rok, czyli w wieku 18 lat był już w stanie przystąpić do profesjonalnych sesji nagraniowych. W pierwszej połowie lat 60tych współpracuje ze Stanem Getzem (Getz / Gilberto #2 1965), Quincy Jonesem (Quincy Jones Explores The Music Of Henry Mancini 1964) i Sonny Rollinsem (3 In Jazz 1963). Nagrywa kilka albumów dla RCA (1963-69), aby płynnie przejść w 1967 roku do wytwórni Atlantic, gdzie nagrywa m.in. z Keithem Jarrettem i Patem Methenym. W 1968 zostaje wybrany Jazzmanem roku przez prestiżowy magazyn Down Beat jako najmłodszy laureat w historii tej nagrody. W końcu trafia do ECM, z którą wiąże się na blisko 2 dekady., nagrywając m.in. z Chickiem Coreą. Nagrywa głównie w kwartetach z pianistami albo gitarzystami (do jego zasług należy wypromowanie Pata Metheny), chociaż nie unika duetów (m.in ‚Crystal Silence’ 1973 ECM) i nagrań solowych (Alone at Last 1971, nagroda Grammy). Jego styl gry należy do dość subtelnych. Nie unika formy rockowej, większość nagrań jest w eleganckim stylu fusion.

The New Quartet był ecmowską odpowiedzią na będący sukcesem pierwszy kwartet z Larry Coryellem na gitarze i Stevem Swallow’em na basie (nagrania dla RCA Victor). Nagranie trwało 2 dni marca 1973 roku.
Autorami zawartych na tym albumie utworów jest cała plejada jazzowych gwiazd tamtego okresu – Keith Jarrett, Chick Corea, Carla Bley i lider we własnej osobie – Gary Burton. Do tego angielski pianista Gordon Beck i kompozytor rodem z Zimbabwe (!) Michael Gibbs (po 2 kompozycje). Co do instrumentalistów – basista Abraham Laboriel to intensywnie grający muzyk sesyjny m.in Nathana Davisa, Jimmy Smitha i Benny Maupina. Mick Goodrick grał jeszcze z Jackiem De Johnette i Woodym Hermanem. Harry Blazer to muzyk przede wszystkim związany z Garym Burtonem.

Muzyka na tej płycie jest zdecydowanie przyjazna słuchaczowi. Funkująca sekcja rytmiczna w połączeniu z miękkim brzmieniem wibrafonu Burtona daje znakomity efekt. Michael Goodrick na gitarze nieźle wywija, nieco w latynoskim stylu (‚Open Your Eyes, You Can Fly’ autorstwa Chicka Corea). Jest trochę muzyki relaksacyjnej (‚Coral’/Keith Jarrett), nieco delikatnie progresywnego grania a la Robert Fripp (‚Tying Up Loose Ends’/Gordon Beck), nawiązań do jazz-funku a la Roy Ayers (‚Brownout’/Burton). Stronę B otwiera piekna ballada ‚Olchos de Gato’ autorstwa Carli Bley.

Carla-Bley

‚Mallet Man’ – autorstwa Gordona Becka – to swoisty chołd dla Burtona, który jako pierwszy wprowadził nowy styl gry na wibrafonie – używał 4 pałeczek zamiast standardowych dwóch, co zdecydowanie zróżnicowało brzmienie. ‚Four Or Less’ autorstwa Mike’a Gibbsa to już rockowe granie, którego nie powstydziliby się Beatlesi, lekko bluesowe z dziwnym metrum. Płytę kończy swingujący jazz funkowy post bop ‚Nonsequence’ autorstwa Mike’a Gibbsa.

Gary Burton chyba sam nie spodziewał się, że można grając na tak mało popularnym instrumencie jak wibrafon zajść tak daleko w świecie jazzu – a jednak mu się to udało. Został 15tokrotnie nominowany do nagrody Grammy, nadal jest aktywnym muzykiem. Jest jednym z innowatorów stylu fusion w jazzie i techniki gry na wibrafonie.

Miles Davis ‎– Bitches Brew

bitches brew

CBS Sony 1970

A Pharaoh’s Dance
B Bitches Brew
C1 Spanish Key
C2 John Mclaughlin
D1 Miles Runs The Voodoo Down
D2 Sanctuary

Miles Davis – Trąbka
Wayne Shorter – Saksofon sopranowy
Bennie Maupin – Klarnet basowy
John McLaughlin – Gitara
Chick Corea – Pianino elektryczne
Joe Zawinul (A, B, C1, D2) – Pianino elektryczne
Larry Young (A, C1, D1) – Pianino elektryczne
Dave Holland – Bas
Harvey Brooks – Bas
Charles Alias – Perkusja
Jack DeJohnette – Perkusja
Lenny White – Perkusja
Jim Riley – Perkusjonalia

Jubileuszowa 50 odsłona musi mieć zacną oprawę i bogatą treść. Obie te cechy spełnia nieśmiertelny album psychodelicznego jazzu – ‚Bitches Brew’. Najlepiej brzmi słuchany podczas silnego wiatru na żaglówce ma Mamrach. Towarzyszy mi już ze 20 lat. Jest jak latarnia morska wskazująca drogę podczas zwątpień i klęsk przeróżnych. Jest jak estetyczny wzorzec z Sevres do którego można porównać właściwie wszystko, co zostało później wydane. Sprawdzić, czy wytrzymuje tę konfrontację. Czy też jest od początku błędne.

Właściwie jest to album bliski doskonałości. Piękna, tajemnicza okładka, nieśmiertelny skład, jedyna w swoim rodzaju muzyczna pewność siebie i niepodważalna energia zawarta w tych kilku utworach. Ale cóż to są za utwory! Jaka jest ich skala, jaki zasięg oddziaływania, gdzie się kończy ich bogata emocjonalność i żywotność?

Jakże długą drogę muzyczną przeszedł w swoim życiu Davis! Od bebopu, przez cool, różne wersje modalnego grania, później nowoczesny i nadal aktualny elektryczny jazz, zawierający w sobie wszystko co najlepsze z tej przebogatej muzycznie epoki, aż po narkotyczny funk, niezidentyfikowane eksperymenty połowy lat 70, kiedy niewiele już przypuszczalnie pojmował z tego co się dzieje, ale jego intuicja była jak skała i w końcu powrót w latach 80tych po kilku latach odwyku i psychicznej rozterki. Niezwykle intensywne i ciekawe było jego życie. Tak niepozorny człowiek z tak wielką charyzmą i pewnością, że to co robi to jest właśnie to. Prawdziwy niepoprawny geniusz.

Niewielu jest w historii takiego formatu muzyków. Być może nawet właśnie Davis aspiruje swoją postawą do miana najlepszego muzyka w historii. Nie był najwybitniejszym technikiem. Pojawiali się lepsi od niego, lepiej wyszkoleni, stworzeni do ekwilibrystyki. Niektórzy świecili tak jasno, że aż się spalali od własnego światła i działali krótko, często ponosząc największą ofiarę – własne życie. Wielu zatraciło się w ozdobnikach gwiazdorskiego życia i odpłynęli w estetyczną otchłań popkultury. Davis był jak cyborg, wyszedł obronną ręką właściwie ze wszystkich mielizn jakie generuje taki poziom popularności. Do tego wykazał się niezwykłą żywotnością, niczym wampir czerpał energię z kolejnych muzycznych nurtów, które go otaczały. Jego geniusz w dużym stopniu polegał na umiejętnym zagospodarowaniu rodzących się dookoła talentów. Prawdopodobnie najlepszym przykładem działania tego mechanizmu jest właśnie podwójny album ‚Bitches Brew’.

Zazdroszczę temu, który nigdy nie słyszał tego albumu. Całe życie słuchał powiedzmy Justina Biebera i nagle odpalił Davisa. Bieber jest ok, produkują mu zapewne najlepsi w branży, daje radę. Tylko jak porównać jego pieszczotliwe pomruki do zabójczej maszynerii jaką stworzył Davis na Bitches? Brakuje skali.

Trudno jest analizować tę muzykę. Jest na style spójna i płynna, skonstruowana z najlepszych elementów, że właściwie odbiera się ją bezkrytycznie, jako skończone arcydzieło. Zresztą słuchałem już tej płyty tyle razy, że trudno mi o krytycyzm, więc nie ma sensu się wysilać. Po prostu posłuchajcie!

Jack de Johnette – New Directions

ECM 1978

A1 Bayou Fever
A2 Where Or Wayne
B1 Dream Stalker
B2 One Handed Woman
B3 Silver Hollow

Jack DeJohnette – Perkusja, Pianino

John Abercrombie – Gitara

Lester Bowie – Trąbka

Eddie Gomez – Bas

Nadal aktywny, prawdopodobnie najlepszy żyjący perkusista jazzowy. W połowie lat 60tych uczestniczył w społecznym projekcie chicagowskiego AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians) – podobnie jak późniejsi członkowie Art Ensemble of Chicago, Lester Bowie zagrał zresztą na omawianej tutaj płycie. Następnie wspólnie z Rashiedem Ali stanowił perkusyjny fundament kwintetu Johna Coltrane’a, ażeby odnieść medialny sukces w epoce dzieci kwiatów z kwartetem Charlesa Lloyda (nadal aktywnego saksofonisty, ostatnio wydał pod egidą Blue Note album „Wild Man Dance” – zapis koncertu na festiwalu Jazztopad odbywającego się we Wrocławskiej Filharmoni). A następnie De Johnette zaliczył szczyt swojej artystycznej drogi uczestnicząc w epokowym wydarzeniu, jakim było nagranie albumu „Bitches Brew” Milesa Davisa. Co wcale nie oznacza, że później jakoś znacząco obniżył loty. Bynajmniej, w latach 70tych nagrywał regularnie jako leader, wiele tych wydawnictw wyszło w kultowej wytwórni ECM. Tworzył wiele ciekawych projektów muzycznych – The Gateway Trio (Dave Holland, John Abercrombie), Directions (Abercrombie i saksofonista Alex Foster), New Directions (Abercrombie, Eddie Gomez na basie) i Special Edition (David Murray, Arthur Blythe, Chico Freeman, John Purcell i Rufus Reid). Jako The Standards Trio razem z Keithem Jarrettem i Gary Peacockiem w latach 1986-1995 nagrał blisko 10 albumów z  klasycznym, odświeżonym materiałem (standardy takie jak m.in Stella By Starlight, My Funny Valentine, Someday My Prince Will Come). Jest najczęściej uczestniczącym muzykiem sesyjnym wytwórni Manfreda Eichera. Za żródło inspiracji uważa muzyków takich jak Max Roach, Art Blakey, Roy Haynes, Elvin Jones, Philly Joe Jones, Art Taylor, Rashied Ali, Paul Motian, Tony Williams, i Andrew Cyrelle.

jack de johnette

Za omawiany tutaj album De Johnette otrzymał francuską nagrodę Grand Prix du Disque/Charles Cros w 1979.

Zaczyna się spokojnie i z wyczuciem, ‚Bayou Fever’. Gitara Abercrombie brzmi dyskretnie, trąbka Bowiego tradycyjnie, bardzo czysto. Całość jest utrzymana w mglistym klimacie dojrzałego fusion. Dziwne dźwięki generowane przez Abercrombiego wzmacnia energetycznie grający De Johnette. Z czasem robi się rytmicznie i z groovem. Naprawdę ciekawa improwizacja.

Najdłuższy na płycie Where or Wayne płynie sobie niespiesznie. Momentami nabiera tempa. Solo gitarowe ma cechy akustyczne, bardzo wyciszone, bez elektrycznych przesterów. Abercrombie popisuje się swoją techniczną maestrią. De Johnette również. Eddie Gomez wrzuca miejscami dobry funkowy motyw na basie. W końcu decyduje się na interesujące solo. De Johnette potrafi nagle zaskoczyć arytmicznym akcentem. Bowie gra sentymentalnie, ciepło. Pod koniec robi się bardziej energetycznie, nerwowo, dość rockowo.

2gą stronę otwiera będący początkowo dźwiękową plamą, tak charakterystyczną dla nowoczesnego jazzu, pejzażem muzycznym, ‚Dream Stalker’. Utwór niewątpliwie wymagający głębokiej wrażliwości , wyciszający, mimo momentami głośniejszego frazowania Bowiego. Nadałby się jako kołysanka dla dziecka. ‚One Handed Woman’ jest najbardziej freejazzowym utworem na płycie. Muzycy improwizują jakby ‚obok’ siebie, mimo to odnosi się wrażenie spójnej całości dźwiękowej. Abercrombie? Gomez? gra smyczkiem. Muzyka płynie. Jest moc, a następnie swing. I bluesowy wokal na koniec. Super klimat. W ‚Silver Hollow’ De Johnette gra na pianinie, całkiem nieźle. Dogrywa mu Bowie. Abercrombie ociera się o ‚ładność’, ale bez popadania w przesłodzenie a la Pat Metheny. De Johnette też zresztą gra ‚ładnie’. Najlepiej brzmi w tej konwencji uniwersalna trąbka Lestera Bowiego. Do refleksji.

W sumie mieści się tutaj blisko 50 minut świetnie brzmiącej muzyki na bardzo wysokim poziomie. Może nie jest to przełomowy album, już wcześniej w Gateway Trio Abercrombie i De Johnette generowali równie progresywne dźwięki. Nowością jest tutaj wyciszenie ich obu, dzięki któremu płyta ma nieco senny klimat i rozmarzenie połączone z klarownością tonu wprowadzane przez trąbkę Bowiego.

Billy Cobham ‎– Crosswinds

billy_cobham-crosswinds_a

Atlantic 1974

A Spanish Moss – A Sound Portrait
A1a Spanish Moss
A1b Savannah The Serene
A1c Storm
A1d Flash Flood
B1 The Pleasant Pheasant
B2 Heather
B3 Crosswind

Bas – John Williams
Gitara – John Abercrombie
Klawisze – George Duke
Perkusja – Billy Cobham
Perkusjonalia – Lee Pastora
Puzon – Garnett Brown
Trąbka – Randy Brecker
Woodwind – Michael Brecker

Kolejny po Tonym Williamsie wyjątkowy perkusista, pionier ekstatycznego stylu gry łączącego latynoski charakter (Cobham urodził się w 1944 roku w Panamie) z rockową energią. Najbardziej znany drummer dość radykalnego stylu fusion, którego pełen wyraz dał na 3 albumach Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina – ‚Inner Mounting Flame’ (1971), ‚Birds of Fire (1973) i ‚Between Nothingness & Eternity’ (1973).

Jego ówczesny styl, wielokrotnie kopiowany przez pozostałych perkusistów jazzowych i prog rockowych łączył zaawansowaną technikę jazzowego grania z siłą i pierwotną energią rocka. U Cobhama techniczna maestria czasem przyjmowała dość rozbuchane formy, aż do pewnej formy parodii. Mimo tego nie można odmówić mu indywidualności i artyzmu w grze na bębnach. Jest nadal aktywnym muzykiem. Jego styl gry określany jest jako hybryda jazzowej złożoności i rokowej agresji. Jest innowatorem gry na perkusji, jako jeden z pierwszych grał na perkusji elektrycznej. Sam zaprojektował własne zestawy perkusyjne.

Profesjonalną karierę zaczął w 1968 roku w zespole pianisty Horace’a Silvera. W tym samym roku grał jeszcze dla saksofonisty Stanleya Turrentine’a i nagrywał z Georgem Bensonem (gitara; ponownie spotkał się z nim w 1972 grając w ‚domowym’ zespole CTI Creeda Taylora). W 1969 roku zaliczył krótki epizod w jazz-rockowej grupie Dreams braci Breckerów, razem z Johnem Abercrombie na gitarze. Szybko zauważony przez czujnego na nowe trendy w jazzie Milesa’a Davisa, został przez niego wciągnięty na krótko do zespołu. Miał niewielki aczkolwiek istotny udział w sesji nagraniowej ‚Bitches Brew’, wystąpił w poważniejszej roli na albumach ‚Live-Evil’ i ‚Tribute to Jack Johnson’. Po okresie współpracy z McLaughlinem, z którym wspólnie opuścili zespół Davisa, aby założyć Mahavishnu Orch. ze względu na potrzebę mocniejszego rockowego efektu niż styl preferowany przez Milesa (1971-1973), zakłada Cobham zespół Spectrum i debiutuje w 1973 roku z albumem o tym samym tytule co nowy projekt muzyczny. Album ‚Spektrum’ nagrany z Johnem Scofieldem na gitarze zostaje obwołany kamieniem milowym stylu fusion. Jeszcze 40 lat później oddziałuje na słuchaczy, co skrzętnie wykorzystuje Cobham organizując w 2013 rocznicową trasę koncertową. 2gi album jako leader ‚Crosswinds’ zostaje nagrany w 1974 roku. Kolejne lata kariery to bardziej komercyjne albumy z drugiej połowy lat 70tych, współpraca z zespołem Grateful Dead w latach 80tych, nagrywanie płyt pod róznymi szyldami (Glass Menagerie, Nordic, Paradox, Jazz is Dead).

Z ciakowostek – znany fiński reżyser Mika Kaurismäki nakręcił biograficzny film dokumentalny o Cobhamie – ‚Sonic Mirror’ (2008).

‚A Spanish Moss – A Sound Portrait’ zaczyna się odgłosami wiatru i dzwonów, dość mistycznie i filmowo. Wkracza połamany, funkowo latynoski rytm i instrumenty dęte w skomplikowanych, progresywnych, aczkolwiek lekkich dźwiękowo pasażach. ‚Spanish Moss’ brzmi w sposób czarujący i miły dla ucha. Wyróżniają się klawisze George’a Duke’a. Lee Pastora świetnie dogrywa na kongach. ‚Savannah The Serene’ zaczyna się miękkimi dźwiękami puzonu Garnetta Browna i gitary Johna Abercrombie. Spokojne i stonowane brzmienia opanowują przez kilka chwil tę blisko 20 minutową suitę. Wyciszające i plastyczne. W tle słychać perliste dźwięki klawiszy. W końcu otrzymujemy impresjonistyczne solo Duke’a. Pełne wyciszenie i relaks. Kolejna część – ‚Storm’ – jest już znacznie bardziej niepokojąca. Sam lider atakuje słuchaczy przetworzonym przez efektor energetycznym solem bębnów. Ostatnia część – ‚Flash Flood’ – z bardzo dobrym solem trąbki Randy Breckera, jest najbardziej taneczna i pełna rytmicznego wigoru. Dołącza John Abercrombie z przetworzonym, prog jazzowym solem gitary. Fusion w pełnym rozkwicie.

Strona B nie zwalnia tempa. ‚The Pleasant Pheasant’ to zdecydowanie najbardziej przebojowy numer na płycie. Funkowy, chwytliwy, bardzo rytmiczne i klarowne solo Michael’a Breckera niesie go do przodu. George Duke dodaje całą garść ekspresyjnych dźwięków klawiszy. Billy Cobham tłucze aż miło, słychać, że jest w swoim sosie. Bogactwo dźwięków, połamane rytmy, szybkie przejścia – grupa gra jak w zegarku. Jeszcze niezgorsze solo Abercrombie pełne hendrixowskich dźwięków wah-wah. Jeden z najlepszych jazzfunkowych numerów w historii.

‚Heather’ daje odrobinę wytchnienia po bardzo gęstym brzmieniowo poprzedniku. Abstrakcyjne dźwięki klawiszy, powolny rytm, przyjemne, przytłumione dźwięki basu Johna Williamsa – to wszystko sprawia wrażenie lekkiej melancholii i rezygnacji, jednak pełnej harmonii i zrozumienia. Słyszymy lżejszą stronę sztuki pianistycznej George’a Duke’a, rzadko grającego w tak wyciszony i magiczny sposób. Ciepłe brzmienie drewnianego saksofonu Michaela Breckera dopełnia romantyczny, rozmarzony obraz utworu. Zagrane to jest na granicy popowego lukrowania, ale z wyczuciem.

Krótki ‚Crosswind’ ma w sobie iście rockową ekspresję. Perkusja Cobhama chodzi równiutko, pulsacyjny bas brzmi donośnie, solo gitary to najwyższy światowy poziom. Szkoda, że ten utwór nie trwa dwa razy dłużej. Z drugiej strony dzięki małemu formatowi jest bardzo spójny i zwarty, sformatowany na radio. Zapowiada stylistykę elegancji i minimalizmu jaka będzie dominować w jazzie przez całe lata 80te.

Podsumowując – dobra płyta, może nie przełomowa, będąca kontynuacją i twórczym przetworzeniem koncepcji rodem z Mahavishnu Orchestra i pierwszego indywidualnego albumu Cobhama ‚Spectrum’. Nagrana w doborowym towarzystwie, pozostaje jednym z najlepszych dokumentów dość krótkiej a oddziałującej do dzisiaj ery fusion.

George Benson ‎– In Concert – Carnegie Hall

benson

CTI Records 1976

A1 Gone
A2 Take Five
B1 Octane
B2 Summertime

George Benson – gitara
Hubert Laws – flet
Ronnie Foster – pianino elektryczne
Wayne Dockery, Will Lee – bas
Andy Newmark, Marvin Chappell, Steve Gadd – perkusja
Johnny Griggs, Ray Armando – perkusjonalia

Wielki stylista, genialny interpretator o soulowym brzmieniu, George Benson zrobił niewątpliwie karierę. Rozbrat ze światem jazzu i wkroczenie do świata popu nastąpiło płynnie. Jako bezbłędny technik mógł właściwie zagrać wszystko – od klasycznego jazzu, przez jazz modalny, fusion, aż do disco. Muzyka to nie zawody o złote kalesony, ale gdyby zrobić ranking najlepszych gitarzystów w historii muzyki popularnej to pewnie mógłby spokojnie znaleźć się w pierwszej 20tce. Posiadający ogromną paletę dźwięków, od smooth jazzu aż po awangardowe dysonanse (z dużą przewagą tego pierwszego brzmienia), Benson na każdej swojej płycie udowadniał, że jest świetnym technikiem i bardzo wszechstronnym gitarzystą. Był z jednej strony uwielbiany, z drugiej – oskarżany o sprzeniewierzenie się jazzowemu graniu. Jazzowi puryści mówili stanowcze nie jego poczynaniom, natomiast był uwielbiany w środowisku „Wszystko za disco”. George Benson – wyjątkowy artysta.

Płyta In Concert nagrana dla Creeda Taylora to zapis koncertu z Carnegie Hall w Nowym Jorku. W przepięknym anturażu dźwięki jego gitary brzmią wyśmienicie i dyskretnie. Wspiera go niezwykły flecista jazzowy Hubert Laws, również gwiazda CTI, oczywiście nie tej wielkości co Benson, ale równie interesująca postać. Do tego pianista soul jazzowy Ronnie Foster, autor znakomitych albumów dla Blue Note takich jak Two-Headed Freap i Cheshire Cat. W sesji koncertowej uczestniczyło również 2 basistów, 3 perkusistów i 2 muzyków grających na instrumentach perkusyjnych. Bogata forma nie przysłania w tym przypadku treści, a są nią 4ry utwory – standard ‚Summertime’ George Gershwina, ‚Take Five’ Paula Desmonda. Dwie kompozycje Bensona – ‚Octane’ i szczególnie ‚Gone’ nie odstają znacząco od wyżej wymienionych standardów jazzowych – cała ekipa gra bardzo dobrze, a Benson miejscami elektryzująco. Do tego akustyka Carnagie Hall. Perełka.

John Abercrombie ‎– Timeless

timeless

ECM 1975

A1 Lungs
A2 Love Song
A3 Ralph’s Piano Waltz
B1 Red And Orange
B2 Remembering
B3 Timeless

John Abercrombie – gitara

Jan Hammer – pianino, syntezator, organy

Jack DeJohnette – perkusja

Wzorcowy gitarzysta fusion ery ECM.

Automatycznie nasuwa się porównanie z najlepszymi gitarzystami ery fusion Johnem Mclaughlinem i Goerge’m Bensonem. John Abercrombie dobrze wkomponowuje się w tę grupkę, nie odstając zbytnio od poziomu gry tych tuzów jazz-rocka. Przy czym bliżej mu do klarownej gry Bensona niż do rockowego zacięcia rodem z Wysp Brytyjskich Mclaughlina.

Urodzony pod koniec II Wojny Swiatowej w Port Chester w stanie New York Abercrombie dość szybko załapał się do Iwszej ligi jazzowego grania. Już w wieku 23 lat dostał pierwsze gigi od Johnny Hammond Smitha i braci Brecker (zespół jazz-rockowy Dreams). Szybko został cenionym muzykiem studyjnym Gato Barbieriego i Gila Evansa. Z Billem Cobhamem nagrał kluczowe dla rozwoju trendu fusion albumy ‚Total Eclipse’ ‚Crosswinds’ i Shabazz’ (1974-75). Równolegle uśmiechnęło się do Abercrombiego szczęście w postaci samego Manfred Eichera, szefa ECM.

Debiutancki album w roli playmakera ‚Timeless’ ukazał się w 1974 roku i został doskonale przyjęty przez krytyków. Nagrany w towarzystwie czeskiego pianisty Jana Hammera i perkusjonisty Jacka de Johnette w trio o dość niestandardowym składzie (bez basisty), ‚Timeless’ do dziś zachwyca progresywnym brzmieniem, jakże modnym wówczas w rocku (Yes, Genesis). Równolegle do rozbuchanej formy pojawia się na tym albumie element wyciszenia jakże charakterystyczny dla wytwórni ECM.

Zaczyna się progresywną pogonią. To w muzyce jazzowej czasy wirtuozów. Kto zagra szybciej, ten zagra lepiej. Bezpowrotnie minęły czasy kwasowego luzu, do głosu ewidentnie dochodzą przyspieszacze wszelkiego sortu. Jan Hammer i Jack De Johnette ścigają się z Georgem Duke i Billy Conhamem. Jedynie Abercrombie nie ściga się z nikim.

‚Lungs’ (Płuca) oddychają w bardzo szybkim tempie aż do zadyszki w 4tej minucie. Brzmienie jak to u Manfreda Eichera jest bliskie ideału (niemiecka czystość i precyzja dają tu o sobie znać). Robi się dosyć funky, przestrzeń wykreowana przez szanowne trio przypomina nieco kilka lat wcześniejsze ‚Echoes’ Floydów. Solo Abercrombiego jest miejscami mocno rockowe.

‚Love Song’ doskonale zabrzmiałby na plenerowym koncercie. Urzeka ale nie przesładza. Pianino Jana Hammera wybrzmiewa w podobnych rejestrach co instrument również związanego z wytwórnią ECM Keitha Jarretta.

Swingujący ‚Ralph’s Piano Waltz’ pozwala Abercrombiemu na rozwinięcie skrzydeł. Motyw przewodni jest zdecydowanie frapujący. Słychać, że lider świetnie się czuje w takim miękkim swingu. Jan Hammer zgrabnie kontrapunktuje solo gitary. Momentami robi się latynosko, melancholijnie. W końcu i sam Hammer rozkręca dynamiczne solo.

‚Red And Orange’ to już 100% progressive latino, połamane rytmy, oszalałe dźwięki. Charakterystyczne niskie, zgaszone basy pianina Hammera ciekawie korespondują z elektrykiem Abercrombiego. Tak jak w otwierającym płytę ‚Lungs’ trio rzuca jazzową rękawicę Mahavishnu Orchestra (w którym zresztą Hammer grał) i Spectrum Cobhama (też tam grał, jak i sam lider). Piekło fusion otwiera się w pełnej krasie w tym dość krótkim utworze. Ci muzycy nie biorą jeńców.

Przeciwwagą dla demoniczności ‚Czerwonego i Pomarańczowego’ (Kolory Hiszpanii?) jest zdecydowanie wyciszony ‚Remembering’. Abercrombie łapie tym razem gitarę akustyczną. Całość ma pewne cechy XX wiecznej muzyki awangardowej. Jest w nim coś z klimatu Erica Satie (pianino).

Tytułowy ‚Bezczas’ rzeczywiście wprowadza słuchacza w rodzaj zawieszenia w czasoprzestrzeni. Dopiero tutaj słychać echa Davisowskich poszukiwań z czasów ‚In the silent way’. Motyw przewodni, którego nie powstydziłaby się Metallica wchodzi po 4rech minutach relaksu. Muszę przychylić się do opinii Dionizego Piątkowskiego z jego Encyklopedii Jazzu – muzyka tria w tym szczególnie utworze jest ‚delikatna i wysmakowana’. Muzyka poza czasem, wyjątkowa.

Phil Ranelin ‎– The Time Is Now!

the time is now!

Tribe 1974

A1 The Time Is Now For Change
A2 Time Is Running Out
B1 Of Times Gone By
B2 Black Destiny
B3 13th and Senate
B4 He The One We All Knew (Part One)
C The Time is Now For Change (outtake)
D1 Time Is Running Out (extended)
D2 He The One We All Knew (extended)

Phil Ranelin – puzon
Wendell Harrison – saksofon tenorowy
Marcus Belgrave – skrzydłówka
Keith Vreeland – pianino
John Dana – bas
Bili Turner – perkusja [lewy kanał]
George Davidson – perkusja [prawy kanał]
Reggie Shoo Be Doo Fields – bas (A2)
Charles Moore – trąbka (A2)
Haroun El Nil – saksofon altowy (A2)

Wszyscy muzycy dodatkowo grali na przeróżnych perkusjonaliach.

Tribe Detroit. Niezależna muzyczna organizacja, zahaczająca o politykę i problemy społeczne, skupiająca m.in. takich artystów jak Wendell Harrison (saksofon/klarnet), Marcus Belgrave (trąbka/skrzydłówka) i właśnie Phil Ranelin (puzon). Wydawali nawet kwartalnik (!). W 2009 przywrócił ją do życia Carl Craig na swoim labelu Planet E (album ‚Rebirth’).

Płyta ‚The Time is Now!’ została nagrana na przestrzeni lat 1973/1974 w Pioneer Studio. W 2000 roku perkusista Tortoise John McEntire ją zremiksował i zremasterował, dodając do klasycznej wersji albumu niepublikowaną wcześniej wersję ‚The Time Is Now For Change’ i rozszerzone wersje ‚Time Is Running Out’ i ‚He The One We All Knew’. Wydało ją chicagowskie Hefty Rec.

Ciekawostką jest obecność 2 perkusistów, nagranych na poszczególnych kanałach cudu techniki nazwanego Stereo (oprócz A2, w którym gra tylko Bili Turner).

Zaczyna się mrocznie i chaotycznie. W 1974 roku nadszedł czas na zmianę i to słychać. Unosi się nad tym nagraniem duch wolności. Bas Johna Dana utrzymuje wszystko w jako-takim porządku. Blisko 14 minutowa ekspresja ‚The Time Is Now For Change’ pozostawia pozytywne wrażenie. Ekipa z niszczejącego aktualnie miasta Detroit daje popis swoich instrumentalnych możliwości. I wymaga niewątpliwie cierpliwości i silnych nerwów od ewentualnych słuchaczy jej muzycznego dzieła.

Stosunkowo krótkie ‚Time Is Running Out’ przynosi ze sobą chwilę refleksji. Skład rozszerzony do 5 (!) instrumentów dętych robi duże wrażenie. Haroun El Nil na saksofonie altowym dorzuca coś ciekawego od siebie. Elektryczne pianino Keitha Vreelanda buduje niezwykłą atmosferę. Perełka.

B side zaczyna się bardziej klasycznie, bopowo. ‚Of Times Gone By’ słucha sie miło i przyjemnie. Marcus Belgrave gra solidne solo. Ranelin kontynuuje tę dobrą passę. Harrison gra czysto i elegancko, aby przeskoczyć nagle w atonalne rejestry. Vreeland wypada nieco poza rytm. Brzmi to odświeżająco.

W ‚Black Destiny’ natomiast paradoksalnie robi się nieco latynosko. Dęciaki nadają temu utworowi charakteru. Taneczny free jazz.

’13th and Senate’ wycisza. To super wolny, pijacki blues. Marcus Belgrave gra czysto, rytmicznie. Ranelin meandruje, ale z klasą. Taka postawa spotyka się z entuzjazmem pozostałych muzyków. Utwór pozostawia jednak pewien niedosyt.

Zamykający klasyczną wersję albumu fragment suity napisanej z myślą o Johnie Coltranie ‚He The One We All Knew (Part One)’ to niecałe 3 minuty muzyki. Intryguje. Całość pojawiła się 2 lata później na albumie Ranelina ‚Vibes From The Tribe’.

Dodatkowa płyta zawiera 20 minut muzyki. ‚The Time Is Now For Change (outtake)’ jest spokojniejsze, bardziej zadymione od opublikowanej w 1974 roku wersji. Pierwsze podejście może kosztować słuchacza lekką nerwicę, a ten bonus raczej pozwala się zrelaksować. Świetna muzyka. Rozszerzone wersje ‚Time Is Running Out’ i ‚He The One We All Knew’ sprawiają również hipnotyczne wrażenie. Pierwszy utwór, najlepszy na płycie, w rozszerzonej wersji czaruje odjechaną solówką na saksofonie altowym Harouna El Nila. Numer ten ma bardzo plastyczne, filmowe brzmienie. ‚He The One We All Knew’ zaczyna się pulsującym basem Johna Dany. Ranelin gra bardzo energetyczne solo. Vreeland chrzęści nieco na elektrycznym pianinie, ale gra z groovem.

‚The Time is Now! arcydziełem może nie jest, ale ma w sobie wiele ciekawych zmian rytmu, klimatu, estetyki. Od free do jazz-funku, zahaczając o post bop i jazz elektryczny – udowadnia szerokie horyzonty raczej mało znanych muzyków z kręgu detroitowego Tribe’u. Sukcesywnie łączy w sobie wiele elementów w jedną dość koherentną całość.

Laboratorium ‎– Modern Pentathlon

laboratorium

Polskie Nagrania 1976

A Pięciobój Nowoczesny/Modern Pentathlon
a Przebieg Niekontrolowany
b Mur 1234
c Kravhana
d Coyola
e Taniec „Białego Karła”

B1 Funky Dla Franki
B2 Szalony Baca
B3 ABZ
B4 Grzymaszka

Janusz Grzywacz – Pianino Elektryczne (Fender), Syntezator
Marek Stryszowski – Saksofon altowy, Klarnet basowy, wokal
Paweł Ścierański – Gitara
Krzysztof Ścierański – Bas
Mieczysław Górka – Perkusja, Perkusjonalia

Projekt okładki – M. Karewicz

W 1976 roku 5ciu zawodników wagi ciężkiej nagrało swój debiutancki album. Nazywali się „Laboratorium”. Wcześniej współpracowali m.in. z Czesławem Niemenem i Tomaszem Stańko. Janusz Grzywacz (Pianino), Marek Stryszkowski (Saksofon) i Mieczysław Górka (Perkusja) tworzyli trzon zespołu już od końca lat 60tych. W 1975 roku doszli do składu bracia Ścierańscy – Krzysztof na basie i Paweł na gitarze.

Polski Weather Report? Porównanie to nasuwa się po pierwszych, eksperymentalnych taktach „Przebiegu Niekontrolowanego”, jednej z 5ciu części Opus Magnum tej krakowskiej grupy – tytułowego „Pięcioboju Nowoczesnego”. Osłuchani w elektrycznych podróżach dźwiękowych Davisa z „Bitches Brew” i „In the Silent Way”, zapewne zaznajomieni z pierwszymi płytami WR, sami podjęli się w trudnych rodzimych warunkach nagrać progresywny album jazzowy. W stronę jazzu elektrycznego tak stanowczo przed nimi skierował się tylko Michał Urbaniak w Constellation (1973) i Jan Ptaszyn Wróblewski w „Sprzedawcach Glonów” (1973). Ale na dobrą sprawę dopiero Laboratorium nagrało w pełni „nowoczesną” na tamte czasy płytę. Urbaniak grał rockowe niemal, ekstatyczne fusion (zresztą „Constallation” to płyta koncertowa). Ptaszyn swoją grę opierał w dużym stopniu na modelach bopowych. Laboratorium wykorzystywało wszystkie możliwości techniki A.D. 76. Fender Rhodes Grzywacza dawał ich muzyce bardzo świeżą barwę. Gitara Pawła Ścierańskiego sytuowała ich brzmienie gdzieś na pograniczu funku i rocka. W „Pięcioboju Nowoczesnym” słychać echa melodyki Yes, eksperymentów Pink Floyd, melancholii King Crimson. Blisko 20 minutowy utwór tytułowy, zajmujący na płycie winylowej całą A stronę, to interesująca opowieść muzyczna, może nieco archaiczna z powodu przebrzmienia efektów, wówczas niewątpliwie awangardowych, ale nadal frapująca pełnym jazz rockowym brzmieniem. Gdzieniegdzie słychać w niej również nawiązania do Mahavishnu Orchestra McLaughlina i projektów solowych Billy Cobhama. Brawa za odwagę!

Strona druga zdecydowanie zmienia klimat. Przebojowe „Funky dla Franki” ukazuje „komercyjną stronę” muzyki Laboratorium, soczysty, świetnie zagrany Funk. Gdyby jeszcze jakość nagrania była nieco lepsza, możnaby było spokojnie puszczać ten numer nadal na imprezach. Drugi utwór „Szalony baca” jest udaną kontynuacją hitowego trendu strony B. Chwytliwy motyw w połączeniu z umiejętnie rozbudowaną strukturą utworu, sprawia świetne wrażenie. Nieco spokojniejsze od „Franki” tempo, melodyjne sola Strzyszowkiego i Ścierańskiego, folklorystyczne wstawki wokalne – polski WR w pełnej krasie. Nieco afrykańska rytmika tego numeru dodaje mu niewątpliwie egzotyczny posmak. „ABZ” zaczyna się delikatnym pejzażem muzycznym, tonowanym przez saksofon Strzyszowskiego. Fender Grzywacza rozpoczyna rytmiczną część utworu, ciekawie złożony motyw przewodni, funkowy drive. Doskonale słychać w nim duże umiejętności wszystkich muzyków Laboratorium, szybkie przejścia rytmiczne, perfekcyjne zgranie. Kończąca płytę „Grzymaszka” zaczyna się miękkimi, klasycznymi dźwiękami pianina Grzywacza. To bardzo urokliwa Coda.

„Pięciobój Nowoczesny”, okraszony wizyjną okładką autorstwa Marka Karewicza, to bardzo dobra, wciąż inspirująca płyta.

Laboratorium działa po dziś dzień.

Donald Byrd ‎– Street Lady

Donald Byrd - Street Lady (1973)

Donald Byrd ‎– Street Lady (Blue Note 1973)

A1 Lansana’s Priestress
A2 Miss Kane
A3 Sister Love
B1 Street Lady
B2 Witch Hunt
B3 Woman Of The World

Donald Byrd – Trąbka, Skrzydłówka, Wokal (Solo)
Jerry Peters – Pianino elektryczne (Fender Rhodes)
David T. Walker – Gitara
Fonce Mizell – Klawinet, Trąbka, Wokale
Fred Perren – Syntezator, Wokale
Chuck Rainey – Bas (Fender)
Harvey Mason – Perkusja
Roger Glenn – Flet
King Errisson – Konga
Stephanie Spruill – Perkusjonalia
Larry Mizell – Producent, Dyrygent, Wokale

Wiele ostatnio napisano o zmarłym niedawno (04.02.2013) Donaldzie Byrdzie. Był on bez wątpienia ponadprzeciętnym trębaczem jazzowym, natomiast nie był tym najlepszym. Na przełomie lat 50tych i 60tych, czyli w czasach największej świetności jazzu, grał m.in. z Johnem Coltranem, Theloniousem Monkiem, Sonny Rollinsem i Artem Blakey’em, czyli z najlepszymi hardbopowcami. Pod koniec lat 60tych zainteresował sie mozliwościami jazzu elektrycznego ery „Bitches Brew” Davisa, czego efektem są płyty „Ethiopian Nights” i „Electric Bird”. W latach siedemdziesiątych nawiązał wpółpracę producencką z braćmi Mizell, czego efektem był „Black Byrd” – najlepiej sprzedający się album w historii wytwórni Blue Note, jak również recenzowana dzisiaj płyta „Street Lady”. Bardzo aktywny w karierze akademickiej (miał nawet doktorat).

W składzie „Street Lady” widnieje 10ciu muzyków. Za produkcję odpowiedzialny jest Larry Mizzel. Jest on również autorem większości piosenek.

„Lansana’s Priestress” zaczyna się miękkim gitarowym intro. Uwodzi delikatnym, wysublimowanym brzmieniem. Połamany rytm prowadzi ten rozpływający się w oparach słonecznego popołudnia numer. Bogactwo aranżacji robi wielkie wrażenie. Po 2 minutach na moment pojawia się prowodyr całego zamieszania – Byrd – tylko po to, żeby zagrać dosłownie kilka akordów i zniknąć w tłumie grających jak z nut muzyków. Później dogrywa jeszcze krótkie solówki, aby dopiero w 5 minucie wejść na oczekiwane wysokie C. Póżniej dowodzenie przejmuje bardzo charakterystyczny dla tej płyty flet Rogera Glenna. Uzależniający numer.

„Miss Kane” zaczyna się świetnym solo fletu Glenna. Utwór ma na początku bardzo zrelaksowany, prawie jamajski klimat. A równocześnie tyle się dzieje na raz w temacie aranżacji, że trudno to ogarnąć. Gra Byrd – rytmicznie, w tempo, zwięźle. Po raz pierwszy pojawia sie solówka Jerry Peters’a na pianinie Fender Rhodes. I nagle wszystko rusza do przodu. Nagła zmiana tempa na galopujące robi duże wrażenie. Byrd z Glennem dogrywają sobie wzajemnie, Byrd w nieco oszczędnym stylu Davisa. Zaskakujący i nieprzewidywalny numer.

„Sister Love” ma fajnie przesterowany elektryczny, funkowy bas i nieco latynoski rytm. Wreszcie Byrd gra czyściutką, pełną solówkę. Jest ona jak głęboki oddech po tym całym, świetnym zresztą, aranżacyjnym zamieszaniu, jakie serwuje Larry Mizzel w pierwszych dwóch utworach. Fajne wokale uzupełniają obraz tego lekkiego numeru. Pod koniec zaczyna się robić wręcz nieco Disco. Jazzowi puryści zapewne w tym momencie wyłączyliby „Street Lady”.

Tytułówka. „Street Lady” Byrd gra bardzo acid jazzowo, tanecznie. Chwytliwy motyw wokalny niesie ten numer w jasno określonym, popowym kierunku. Jak na pierwszej stronie flet Rogera Glenna dzielnie sekunduje trąbce Byrda. Pojawiają się pianino i gitara. W końcowej fazie jeszcze ciekawa kombincja rytmiczna. Można tańczyć.

„Witch Hunt” od pierwszych sekund opowiada ciekawą historię, buduje napięcie. Solówka Fonce’a Mizella na klawinecie robi atmosferę. Wchodzi trąbka. Z wyczuciem. Utwór ładnie się rozwija. Solo fletu. I wreszcie Byrd wchodzi konkretnymi dźwiękami. Dopiero po 4ech blisko minutach atmosfera trochę się rozluźnia, bujający rytm kontrapunktuje pełne emocji, kolejne solo fletu. Następnie pianino, syntezator i znowu flet. Boogie! Polowanie na Czarownice trwa w najlepsze. Można zagubić się w tym bogactwie dźwięków. Krótkie solo trąbki budzi z psychodelicznego letargu. Motyw wokalny wczodzący blisko w 8mej minucie utworu – to ryzykowny zabieg, ale robi wrażenie. I tak już do końca. Blisko 10 minutowa uczta muzyczna.

„Woman Of The World”, jedyny utwór na płycie napisany przez Larry Mizella we współpracy z niejakim Edwardem Gordonem, to mięciutka rumba. Przesłodzone nieco wokale, miękka trąbka Byrda. Nie zatrzymywałbym się przy tym nijakim utworze ani chwili dłużej, gdyby nie zacne przesłanie do Wszystkich Kobiet tego Świata – „Dni szowinizmu mają się ku końcowi”. I tego sie trzymajmy.

Podsumowując – świetny jest to album, szczególnie na letnie dni. Lekki, przyjemny, doskonale zaaranżowany, zagrany bez fałszywej nuty. Jedyne czego mi w nim brakuje to jazzowych solówek z prawdziwego zdarzenia. Wpółpraca Donalda Byrda z braćmi Mizell w latach 70tych, mimo, że ortodoksyjnych fanów jazzu może nieco odstręczać, była jednak bardzo owocna z piosenkowego punktu widzenia.