Gabor Szabo ‎– Belsta River


Tonpress 1988

A1 24 Carat
A2 Django
B1 First Tune In The Morning
B2 Stormy

Gabor Szabo – gitara
Janne Schaffer – gitara
Wlodek Gulgowski – pianino elektryczne
Pekka Pohjola – bas
Malando Gassama – perkusjonalia
Peter Sundell – perkusja

Jeden z niedocenionych europejskich gitarzystów, który zrobił karierę na zachodzie (w latach 60tych wydawał dla wytwórni Impulse!, a w latach 70tych dla CTI), natomiast nie zdobył w pełni zasłużonej popularności. Węgier. Grał z Chico Hamiltonem i Charlesem Lloydem. Zadebiutował jako leader albumem ‚Gypsy’66’. Do najciekawszych pozycji z jego dyskografii należą ‚Spellbinder’ (Impulse! 1966), ‚The Sorcerer’ (Impulse! 1967), ‚Bacchanal’ (Skye 1968) ,’Mizrab (CTI 1973), ‚Macho’ (Salvation 1975). Pod koniec życia (zmarł w Budapeszcie w 1982 roku) należał do kościoła Scjentologicznego, któremu wytoczył proces, bez rozstrzygnięcia na korzyść żadnej ze stron.

Na płycie gra również utytułowany polski pianista jazzowy Włodzimierz Gulgowski. Grał m.in z Michałem Urbaniakiem, Zbigniewem Namysłowskim i Tonnym Williamsem.

Muzyka nawiązuje do najlepszych czasów psychodelicznego jazzu z końca lat 60tych. Szabo gra rewelacyjnie, z dużym feelingiem. Pojawiają się elementy latynoskiego bujania plus funkowy bas. Bardzo zgrabnie to jest wszystko podane.

Otwierający płytę ’24 Carat’ jest najbardziej przebojowym utworem mimo blisko 15 minut. Grają 2 gitary, jest ciekawie, nieszablonowo i dynamicznie. Ciekawie wypada Włodek Gulgowski na pianinie. Bardzo solidnie gra Peter Sundell na perkusji. ‚Django’ jest zdecydowanie spokojniejsze, to prawie solowy popis Szabo na gitarze, z towarzyszeniem basu Pekka Pohjoli. Napisane przez Johna Lewisa z Modern Jazz Quartet.

Strona B zaczyna się spokojnie, pierwszym motywem poranka. Rozwija się w funkujący, powolny temat. Pianino elektryczne Gulgowskiego robi atmosferę. Muzycy dżemują nie forsując tempa. I znowu wyróżnia sie Gulgowski fantastycznym brzmieniem. Muzyka płynie spokojnie, bardzo przyjemne dźwięki generuje ten sextet. Album kończy się klasykiem ‚Stormy’ napisanym przez Buddiego Buie i Jamesa B. Cobb Jr., zagranym bardzo rockowo i psychodelicznie (dźwięki fletu).

To jedno z ostatnich wielkich dokonań Szabo, zdecydowanie warte uwagi. Repress w 1988 roku wydał nasz polski Tonpress co dobrze świadczy o guście decydentów tego labela.

Adam Makowicz ‎– Unit

Polish Jazz 1973

A1 The Song From The Valleys / Pieśń Z Dolin
A2 War Song / Pieśń Wojenna
A3 The Song From The Hills / Pieśń Ze Wzgórz
A4 Drinking Song / Pieśń Pijacka
A5 Sacred Song / Pieśń Religijna
B1 Seven For Five
B2 Suggestion / Propozycja
B3 Blues
B4 It’s Not Bad / Nie Jest Zle
B5 Cherokee

Adam Makowicz – pianino Fender
Czesław Bartkowski – perkusja, perkusjonalia

ur. 18 sierpnia 1940 w Gnojniku na tzw. Zaolziu,

Herbie Hancock, Freddie Hubbard, Jack De Johnette, Charlie Haden. Andrzej Kurylewicz, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Tomasz Stańko. Cała plejada gwiazd jazzu grała z Adamem Makowiczem, pianistą. Skromny człowiek, o niezwykłym talencie pianistycznym, aczkolwiek również kompozytorskim.

Grał przede wszystkim na ważnych albumach Michała Urbaniaka (Constellation, Michał Urbaniak Group Live Recording) i razem z Novi Singers (Torpedo). Uczestniczył również w nagraniu ‚Sprzedawców Glonów’ Ptaszyna Wróblewskiego i ‚Drums Dream’ Czesława Bartkowskiego. Można powiedzieć, że lata 70te należały do Makowicza i jego Fendera.

Stylistycznie plasuje się w rejonach jazzu klasycznego, jazzu modalnego, czasem nieco free. Gra na klawiszach elektrycznych, co samo w sobie jest przejawem tendencji do grania z elementami rocka. Natomiast umiejętność umiarkowanego tonowania zbliża go raczej do muzyki Dave’a Brubecka i innych tuzów lat 50tych. Klasyczne umiejętności Makowicza są warunkiem jego występów pozajazzowych.

Płyta ‚Unit’ jest efektem współpracy Makowicza i perkusisty Czesława Bartkowskiego. Słychać, że są świetnie zgrani, muzyka jest elegancka i przemyślana, bez nadmiernej wirtuozerii. Wypełnia ten album 10 krótkich utworów, odpowiednio dźwiękowo zagęszczonych. Całość zdobi charakterystyczna okładka autorstwa Marka Karewicza. Piękna rzecz.

Karolak/Szukalski/Bartkowski ‎– Time Killers

Helicon 1985

A1 Anniversary Blue
A2 Double – B
A3 Gem
B1 State Train
B2 Trata-Tata
B3 Time Killer

Wojciech Karolak – organy, syntezator
Tomasz Szukalski – saksofon tenorowy
Czesław Bartkowski – perkusja

Znany bardziej jako mąż zmarłej niedawno Marii Czubaszek, Wojciech Karolak, pianista, to jeden z filarów polskiego Jazzu. Karierę zaczął wraz z początkiem jazzu w rodzimym wydaniu – w 1958 roku. Od początku grał z najlepszymi – z Komedą, Ptaszynem Wróblewskim, Kurylewiczem. Najbardziej znane są jego nagrania z lat 70 jako Mainstream z Ptaszynem, a następnie ‚Time Killers’ z Bartkowskim i Szukalskim.

Tomasz Szukalski, wcześnie zmarły, wybitny saksofonista, pochodził z młodszego pokolenia jazzmanów (rocznik 1947). Był uważany za prawdopodobnie najwybitniejszego saksofonistę tenorowego w Polsce, który właściwie nigdy nie był leaderem. Największe sukcesy odnosił współpracując w pierwszej połowie lat 70tych ze Zbigniewem Namysłowskim (‚Kujaviak goes funky’, ‚Winobranie’) i z Tomaszem Stańko (‚Twet’ ‚Balladyna’). Duże wrażenie na słuchaczach zrobił również występując w kwartecie The Quartet m.in ze Sławomirem Kulpowiczem.

Trio Time Killers nagrało tylko jeden album pod tym samym tytułem. Został uznany przez Jazz Press za najlepszy polski album jazzowy lat 80tych. Charakteryzuje się wyrazistym brzmieniem pianina elektrycznego Karolaka, bolesnymi czasem dla uszu dźwiękami syntezatora, jakże charakterystycznego dla muzyki lat 80tych, mocnym, funkującym brzmieniem saksofonu Szukalskiego i jak zawsze perfekcyjnym rytmem perkusji ‚Małego’ Bartkowskiego. Muzyka w sumie dość przystępna i chwytliwa, cieszy ucho do dzisiaj. Nadal dostępny, album Time Killers zadowoli wymagającego słuchacza fusion jak i odbiorców popowych.

Don Pullen ‎– Tomorrow’s Promises

don pullen

Atlantic 1977

A1 Big Alice
A2 Autumn Song
A3 Poodie Pie
B1 Kadji
B2 Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises
B3 Let’s Be Friends

Don Pullen – Pianino
George Adams – Flet, Saksofony (tenorowy i sopranowy), Klarnet basowy
Hannibal Marvin Peterson – Trąbka
Randy Brecker – Trąbka (A1)
Michal Urbaniak – Skrzypce (A1)
Roland Prince – Gitara
Sterling Magee – Gitara
Alex Blake – Bas
John Flippin – Bas elektryczny (A1)
Bobby Battle – Perkusja, Perkusjonalia
Tyronne Walker – Perkusja, Perkusjonalia
Ray Mantilla – Perkusjonalia
Ilhan Mimaroglu – Elektronika
Rita DaCosta – Wokal

don pullen 1

Wzorując się na muzyce Erica Dolphy i Ornette Colemana, Don Pullen grał awangardowy free w latach 60tych. Niestety nie szło mu dobrze, zarabiając niewiele, doszedł do wniosku, że lepiej będzie przestawić się na jazz elektryczny – zaczął grać w klubach i barach w trio na organach Hammonda. Zaczął również zajmować się aranżacją i akompaniamentem m.in. dla Niny Simone. W tym czasie wypracował swój charakterystyczny styl gry, dość perkusyjny, używając łokci i nadgarstków, szybki. Opracował wyjątkowo przystępny sposób wykonywania awangardowego jazzu – zgrabnie łącząc dysonanse i dowolność melodyczną z chwytliwymi rytmami. Połączył tradycyjny blues z awangardą. Częśto mylony przez swój styl gry ze zdecydowanie bardziej popularnym w świecie free jazzu Cecilem Taylorem.

Przełomem w karierze Pullena było poznanie Charles Mingusa. W 1973 perkusista Roy Brooks rekomendował Mingusowi Pullena. Pullen natomiast zarekomendował swojego dobrego kolegę George’a Adamsa. Razem z Dannie Richmondem na perkusji i Jackiem Walrathem na trąbce utworzyli ostatnią wielką grupę Charlesa Mingusa. Wspólnie nagrali m.in ‚Mingus Moves’ (1973), ‚Changes One’ i ‚Changes Two’ (obie 1974). Muzyczne nieporozumienia ze znanym z kłótliwości Mingusem spowodowały zakończenie działalności tej grupy w 1975 roku. Wtedy Pullen nagrał album solo (‚Solo Piano Album’ 1975). Kolejne 2 albumy (‚Five To Go’ i ‚Healing Force’) to również nagrania solo (obie 1976). W międzyczasie nagrywa ‚Capricorn Rising’ z Samem Riversem. W 1977 podpisuje kontrakt z wytwórnią Atlantic co skutkuje nagraniem 2 albumów – nietypowego ‚Tomorrow’s Promises’ (1977) i ‚Montreux Concert’ (1978). Współpraca z Atlantic trwa dość krótko, Pullen szybko przenosi się z kolejnymi nagraniami z powrotem do Europy (rzymski label Black Saint/Soul Note, holenderski Timeless Records). W składzie kwartetu z Georgem Adamsem nagrywa w latach 80tych 13 albumów. W 1986 roku podpisują kontrakt z Blue Note.

W 1988 roku Pullen przestawia się na format trio, nagrywając z Gary Peacockiem i Tony Williamsem świetnie przyjęty album ‚New Beginnings’. Kolejny album ‚Random Thoughts’ równiez nagrywa w formacie trio z Jamesem Genusem (bas) i Lewisem Nashem (perkusja).

W latach 90tych eksperymentuje z muzyką afrykańską, czego efektem są płyty ‚Kele Mou Bana’ (1991) i tribute album dla zmarłego w 1992 roku George’a Adamsa ‚Ode to Life’ (1993). Don Pullen umiera 22 kwietnia 1995 roku.

Album rozpoczyna się wyjątkowo przystępnym, 10 minutowym ‚przebojem’ ‚Big Alice’, w którym gra m.in. nasz Michał Urbaniak na skrzypcach i Randy Brecker na trąbce. Bardzo funky, elegancko, melodyjnie aż do pewnego momentu, kiedy robi się nieco free. Doskonały przykład melanżu free jazzu z rytmicznym funkiem bądź też bopem, jaki charakteryzuje muzykę Dona Pullena.

‚Autumn Song’ zdecydowanie wycisza, nawiązując do atonalnych początków Dona. Utwór autorstwa George’a Adamsa, podkręcony nieco elektroniką (efekty), to raczej klasyczny w gruncie rzeczy bop, tylko że nagrany po dokonaniach Weather Report i podobnych projektów. Ładne sola Adamsa i Pullena uzupełniają strukturę utworu.

‚Poodie Pie’ zaczyna się funkującą gitarą, cały utwór ma taneczny wymiar. Wyróżnia się solo Hannibala Marvina Petersona na trąbce. Ciekawe jest też solo na elektrycznym pianinie Pullena.

Druga strona zaczyna się afrykańskimi kongami w radosnym ‚Kadji’. Znowu Hannibal daje czadu na trąbce (tym razem mocno latynosko). George Adams wprowadza lżejszy klimat, miejscami wpadając trochę w atonalność. Oddech daje bardzo zgrabne solo Pullena.

‚Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises’ to już zdecydowanie awangardowa pozycja z ekstremalnymi dźwiękami saksofonu i atonalnym solem Pullena na wstępie. Utwór płynnie przechodzi w bardzo ładnie zaśpiewany przez panią Ritę DaCosta ‚Let’s Be Friends’.

Ciekawy to album, profesjonalnie ułożony i bardzo dobrze zagrany (szczególnie strona A). Warto sięgnąć po pozostałe nagrania wcześnie zmarłego Pullena, szczególnie z drugiej połowy lat 70tych.

Gary Burton ‎– The New Quartet

GB

ECM 1973

A1 Open Your Eyes, You Can Fly
A2 Coral
A3 Tying Up Loose Ends
A4 Brownout
B1 Olhos De Gato
B2 Mallet Man
B3 Four Or Less
B4 Nonsequence

Gary Burton – wibrafon
Michael Goodrick – gitara
Abraham Laboriel – bas
Harry Blazer – perkusja

Gary Burton – urodzony w 1943 w Indianie, wcześnie rozpoczął karierę wibrafonisty. Pierwsze nagrania Burtona datuje się na 1961 rok, czyli w wieku 18 lat był już w stanie przystąpić do profesjonalnych sesji nagraniowych. W pierwszej połowie lat 60tych współpracuje ze Stanem Getzem (Getz / Gilberto #2 1965), Quincy Jonesem (Quincy Jones Explores The Music Of Henry Mancini 1964) i Sonny Rollinsem (3 In Jazz 1963). Nagrywa kilka albumów dla RCA (1963-69), aby płynnie przejść w 1967 roku do wytwórni Atlantic, gdzie nagrywa m.in. z Keithem Jarrettem i Patem Methenym. W 1968 zostaje wybrany Jazzmanem roku przez prestiżowy magazyn Down Beat jako najmłodszy laureat w historii tej nagrody. W końcu trafia do ECM, z którą wiąże się na blisko 2 dekady., nagrywając m.in. z Chickiem Coreą. Nagrywa głównie w kwartetach z pianistami albo gitarzystami (do jego zasług należy wypromowanie Pata Metheny), chociaż nie unika duetów (m.in ‚Crystal Silence’ 1973 ECM) i nagrań solowych (Alone at Last 1971, nagroda Grammy). Jego styl gry należy do dość subtelnych. Nie unika formy rockowej, większość nagrań jest w eleganckim stylu fusion.

The New Quartet był ecmowską odpowiedzią na będący sukcesem pierwszy kwartet z Larry Coryellem na gitarze i Stevem Swallow’em na basie (nagrania dla RCA Victor). Nagranie trwało 2 dni marca 1973 roku.
Autorami zawartych na tym albumie utworów jest cała plejada jazzowych gwiazd tamtego okresu – Keith Jarrett, Chick Corea, Carla Bley i lider we własnej osobie – Gary Burton. Do tego angielski pianista Gordon Beck i kompozytor rodem z Zimbabwe (!) Michael Gibbs (po 2 kompozycje). Co do instrumentalistów – basista Abraham Laboriel to intensywnie grający muzyk sesyjny m.in Nathana Davisa, Jimmy Smitha i Benny Maupina. Mick Goodrick grał jeszcze z Jackiem De Johnette i Woodym Hermanem. Harry Blazer to muzyk przede wszystkim związany z Garym Burtonem.

Muzyka na tej płycie jest zdecydowanie przyjazna słuchaczowi. Funkująca sekcja rytmiczna w połączeniu z miękkim brzmieniem wibrafonu Burtona daje znakomity efekt. Michael Goodrick na gitarze nieźle wywija, nieco w latynoskim stylu (‚Open Your Eyes, You Can Fly’ autorstwa Chicka Corea). Jest trochę muzyki relaksacyjnej (‚Coral’/Keith Jarrett), nieco delikatnie progresywnego grania a la Robert Fripp (‚Tying Up Loose Ends’/Gordon Beck), nawiązań do jazz-funku a la Roy Ayers (‚Brownout’/Burton). Stronę B otwiera piekna ballada ‚Olchos de Gato’ autorstwa Carli Bley.

Carla-Bley

‚Mallet Man’ – autorstwa Gordona Becka – to swoisty chołd dla Burtona, który jako pierwszy wprowadził nowy styl gry na wibrafonie – używał 4 pałeczek zamiast standardowych dwóch, co zdecydowanie zróżnicowało brzmienie. ‚Four Or Less’ autorstwa Mike’a Gibbsa to już rockowe granie, którego nie powstydziliby się Beatlesi, lekko bluesowe z dziwnym metrum. Płytę kończy swingujący jazz funkowy post bop ‚Nonsequence’ autorstwa Mike’a Gibbsa.

Gary Burton chyba sam nie spodziewał się, że można grając na tak mało popularnym instrumencie jak wibrafon zajść tak daleko w świecie jazzu – a jednak mu się to udało. Został 15tokrotnie nominowany do nagrody Grammy, nadal jest aktywnym muzykiem. Jest jednym z innowatorów stylu fusion w jazzie i techniki gry na wibrafonie.

Jan Ptaszyn Wróblewski ‎– Sprzedawcy Glonów

Polskie Nagrania Muza/Polish Jazz 1973

A1 Sprzedaż Glonów – Seaweed Sale
A2 Bez Wyciszenia – No Fade Out
A3 Cytat Z Samego Siebie – Quotation From Myself
B1 Wyznacznik Pierwszy – Determinant One
B2 Jan Szpargatoł Mahawiśnia
B3 Magma

Włodzimierz Nahorny (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Namysłowski (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Seifert (A2, A3, B3) – saksofon altowy, skrzypce
Waldemar Kurpiński (A1, A3 to B3) – saksofon barytonowy, klarnet
bas – Bronisław Suchanek (A3, B2, B3), Paweł Jarzębski (A1, A2, B1, B2)
perkusja – Czesław Bartkowski (A1, B1), Janusz Stefański (A2, A3, B2, B3)
pianino elektryczne [Fender] – Adam Makowicz (B1)
French Horn – Dariusz Filiochowski (A1, A3, B2, B3), Dariusz Szewczyk (B1)
gitara – Marek Bliziński (A1, B1, B2)
Wojciech Karolak – organy hammonda (A1, B2)
perkusjonalia – Czesław Bartkowski (B2), Kazimierz Jonkisz (A1, A3 to B3)
pianino – Andrzej Trzaskowski (B3)
saksofon sopranowy, skrzypce – Michał Urbaniak (A1, A2)
saksofon tenorowy – Jan Ptaszyn Wróblewski (A1, A2, B1, B3)
saksofon tenorowy, klarnet sopranowy, klarnet basowy – Tomasz Szukalski (A1, A3 to B3)
saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet – Janusz Muniak (A2, A3, B2, B3)
puzon – Andrzej Brzeski (A1 to B1, B3), Andrzej Piela (A2, A3, B2, B3), Jan Jarczyk (tracks: A1, B1, B2), Stanisław Cieślak (A1 to B3)
trąbka – Bogdan Dembek (A1, A3 to B3), Bogusław Skawina (A2), Józef Grabarski (A1), Laco Deczi (tracks: B2), Stanisław Mizeracki (A1 to B1, B3), Tomasz Stańko (A2 to B1, B3)
tuba – Zdzisław Piernik (A2, A3, B2, B3)

Imponujący skład, post-komedowski jazz w najlepszym wydaniu, zaaranżowany na orkiestrę. 6 trębaczy, w tym Tomasz Stańko. 6 saksofonistów – Urbaniak, Szukalski, Muniak, Namysłowski, Nahorny, Seifert i maestro Wróblewski we własnej osobie. Andrzej Trzaskowski na pianinie. Wojciech Karolak i Adam Makowicz przy pianinach elektrycznych (Fender i Hammond). Urbaniak i Seifert również na skrzypcach. Na perkusji/perkusjonaliach m.in Bartkowski i Jonkisz. W sumie w nagraniu uczestniczyło ponad 30tu muzyków.

‚Ptaszyn’ Wróblewski ma niebywały talent aranżacyjny. Słychać to od pierwszego taktu ‚Sprzedawców Glonów’. Orkiestra gra jak z nut. Urzeka czystość brzmienia i klarowność dźwięku poszczególnych instrumentów. Bardzo zgrabną solówkę wycina Urbaniak. Gdzieś w oddali pobrzmiewają echa CTI’owskich kooperacji. Solo Szukalskiego również jest niezgorsze. Perkusja Bartkowskiego chodzi jak w zegarku. Jest moc!

‚Bez Wyciszenia’ brzmi donośnie i poważnie, w stylu aranżacji Gila Evansa ze ‚Sketches’. Unosi się nad tym utworem róznież duch awangardy lat 60tych, Colemana, Dolphiego czy też Alberta Ayera. Free jazzowe sola Namysłowskiego na alcie i Urbaniaka na sopranie dodają nutkę szaleństwa do wielce uporządkowanej struktury utworu. To wcale nie jest łatwa muzyka! Połamane przejścia, zmiany tempa, awangardowy chaos.

‚Cytat Z Samego Siebie’ uspokaja trochę atmosferę, pobrzmiewają echa kwintetu Davisa z Tony Williamsem na perkusji. Solo Namysłowskiego – nic tylko słuchać. Zmiany tempa, urokliwe przeszkadzajki, przegłosy, atmosferyczne dodatki – prawdziwy majstersztyk. Jest to długi i w sumie dość rozwlekły utwór, ale chwyta za serce pięknymi dźwiękami trąbki Tomasza Stańko. I znów gdzieś w tle słychać ‚Sketches of Spain’…

‚Wyznacznik Pierwszy’ wciąga niezwykle wyrazistym motywem przewodnim. To już jest elektryczny jazz – Makowicz na fenderze buduje niezwykły klimat, Paweł Jarzębski na basie wykonuje kawał dobrej roboty. Wróblewski na tenorze gra spójnie i spokojnie, słychać doświadczenie lat muzyka sesyjnego, wprawionego przez 2 dekady koncertowania. Plus zawinulowskie motywy rodem z Weather Report i ‚In a Silent Way’. Blisko 10 minut pięknego elektrycznego grania.

‚Jan Szpargatoł Mahawiśnia’ również zapada momentalnie w pamięć (świetny, wręcz filmowy motyw). Córka właśnie robi wycinanki, więc muszę pisać na kolanie.

‚Magmę’ moja partnerka skwitowała krótko – ‚co to za straszna muzyka’. Sygnowana przez pianistę Andrzeja Trzaskowskiego.

Tak czy owak jest to jeden z najważniejszych albumów polskiego jazzu i nie tylko. Nie znam drugiego tak złożonego formalnie albumu znad Wisły.

Michal Urbaniak ‎– Fusion

Columbia 1974

A1 Good Times, Bad Times
A2 Bahamian Harvest
A3 Impromptu
A4 Seresta
B1 Fusion
B2 Deep Mountain
B3 Bengal

Michał Urbaniak – Skrzypce elektryczne, Saksofon sopranowy
Urszula Dudziak – Wokal
Adam Makowicz – Pianino elektryczne
Wojciech Karolak – Organy Hammonda
Czesław Bartkowski – Perkusja

Michał Urbaniak jest niewątpliwie jednym z filarów polskiego jazzu i świetnym jego ambasadorem w Europie i U.S.A. Już w latach 60tych grał w U.S.A. (z Andrzejem Trzaskowskim i Zbigniewem Namysłowskim) i Skandynawii. W 1971 roku dostał Grand Prix na festiwalu Montreaux, gdzie wystąpił z własnym zespołem Michał Urbaniak Group w skład którego – w różnych okresach – wchodzili: Adam Makowicz (pianista), Paweł Jarzębski, Michał Komar i Janusz Kozłowski (basiści), Czesław Bartkowski i Andrzej Dąbrowski (perkusiści) oraz Urszula Dudziak (wokalistka). Dzięki tej nagrodzie zaistniał na stałe w krajobrazie europejskiego jazzu, często występował ze świetnym przyjęciem swojego free jazzowego fusion. W latach 60tych też nie próżnował – grał z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego Jazz Rockers (1961), z kwintetem The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego (1962) i z zespołem Krzysztofa Komedy (1962-1964). W 1973 wyjechał na stałe do USA, gdzie zrobił wyjątkową jak na polskiego muzyka jazzowego karierę, grywał z najlepszymi, oto długa lista jazzowych sław, z którymi grał Urbaniak – George Benson, Lenny White, Wayne Shorter, Marcus Miller, Billy Cobham, Joe Zawinul, Ron Carter, Stéphane Grappelli oraz Miles Davis (zaprosił go do projektu „Tutu”). W latach 70tych nagrał całą serię wartych uwagi albumów w klimacie fusion – ‚Atma’, ‚Fusion III’, ‚Body English’. W latach 80tych nadal bardzo aktywny. Po trzynastu latach nieobecności w 1986 przyjechał do Polski i wystąpił na „Jazz Jamboree”. W latach 90tych grał pod szyldem Urbanator jazz z elementami hiphopu. Komponował również muzykę do spektakli teatralnych, filmów i programów telewizyjnych (‚Dług’ Krzysztofa Krauze, ‚Eden’ Andrzeja Czeczota). Wielokrotnie nagradzany – w latach 1962-63 zajął II miejsce w ankiecie czytelników pisma „Jazz” w kategorii saksofon tenorowy, w ankiecie pisma „Down Beat” w 1975 został zwycięzcą w wyborze krytyków w kategorii talent zasługujący na szersze uznanie, w 1976 zajął II miejsce jako skrzypek jazzowy, w 1992 jego nazwisko znalazło się wśród największych sław jazzu w pięciu kategoriach: album roku (II miejsce), muzyk roku (V miejsce), jazz electronic combo (V miejsce), kompozytor (IX miejsce) i skrzypek (IV miejsce). Również wielokrotnie wybierany był skrzypkiem roku w ankiecie Jazz Top magazynu „Jazz Forum”. Jego córka Mika Urbaniak również zajmuje się muzyką. Jego żoną była wokalistka jazzowa Urszula Dudziak.

Pierwotnie album ‚Fusion’ został wydany w Niemczech Zachodnich w 1973 roku jako ‚Super Constellation”. A tak wyglądał jego okładka:
super constelation

Wydaje się, że okładka ‚Fusion’ jest jednak bardziej dopracowana formalnie. Natomiast muzycznie jest przekrojowo i bardzo na czasie. Z jednej strony słychać jeszcze wpływy jazz-rockowego grania free w stylu elektrycznego Davisa, zgrabnie połączone ze słowiańską nastrojowością i instrumentalnym kunsztem. Z drugiej strony pojawiają się elementy funku, których z czasem będzie coraz więcej w muzyce Urbaniaka, aż do ekstremum jakim jest quasi hip hopowy projekt Urbanator z lat 90tych. Zaczyna się bardzo energetycznie i rockowo – ‚Good Times, Bad Times’ nie ustępuje dokonaniom Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina. Frapujący i dość niepokojący motyw pianina wzbogacają elektryczne skrzypce Urbaniaka i delikatny wokal Dudziak. Przebój epoki fusion. Najlepszy na płycie, dosyć psychodeliczny ‚Bahamian Harvest’ zaczyna się podkręconym efektami wokalem Dudziak i funkowym bitem perkusji Bartkowskiego. Utwór staje się przyjemnie taneczny i folklorystycznie swojski. Dużo w tym kawałku wolności, chyba dobrze im zrobiły przenosiny do Stanów, jest groove i jest przestrzeń. ‚Impromptu’ to raczej przerywnik acz wdzięczny. Charakterystyczna ‚Seresta’ znana już z płyty ‚Constellation In Concert’ wydanej rok wcześniej w serii Polish Jazz robi wrażenie solówką Urbaniaka i hipisowską atmosferą. Strona A tego albumu jest jedną z najlepszych w historii polskiego (amerykańskiego?) jazzu!

B-Side otwiera wyluzowana tytułówka. Przewodni motyw przypomina nieco brzmienie gitary Roberta Frippa z King Crimson. Ciekawie połamany numer. Funky. ‚Deep Mountain’ pobrzmiewa za to Led Zeppelin. W eleganckiej aranżacji tej piosenki łatwo się zasłuchać. Wisienką na torcie jest świetna solówka Makowicza. Zamykający ten rewelacyjny album ‚Bengal’ również z ‚Constellation In Concert’ to ponad 13 minut progresywnego jazzu. Dobry przelot, chaos kontrolowany. Sporo funku. Miodzio.

Świetny album. 45 minut soczystego grania bez zamulania, w amerykańskim stylu z polską wrażliwością!

Płytkę udało mi się znaleźć w sklepie ‚Płyty Gramofonowe” przy placu Zbawiciela.

Billy Cobham ‎– Crosswinds

billy_cobham-crosswinds_a

Atlantic 1974

A Spanish Moss – A Sound Portrait
A1a Spanish Moss
A1b Savannah The Serene
A1c Storm
A1d Flash Flood
B1 The Pleasant Pheasant
B2 Heather
B3 Crosswind

Bas – John Williams
Gitara – John Abercrombie
Klawisze – George Duke
Perkusja – Billy Cobham
Perkusjonalia – Lee Pastora
Puzon – Garnett Brown
Trąbka – Randy Brecker
Woodwind – Michael Brecker

Kolejny po Tonym Williamsie wyjątkowy perkusista, pionier ekstatycznego stylu gry łączącego latynoski charakter (Cobham urodził się w 1944 roku w Panamie) z rockową energią. Najbardziej znany drummer dość radykalnego stylu fusion, którego pełen wyraz dał na 3 albumach Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina – ‚Inner Mounting Flame’ (1971), ‚Birds of Fire (1973) i ‚Between Nothingness & Eternity’ (1973).

Jego ówczesny styl, wielokrotnie kopiowany przez pozostałych perkusistów jazzowych i prog rockowych łączył zaawansowaną technikę jazzowego grania z siłą i pierwotną energią rocka. U Cobhama techniczna maestria czasem przyjmowała dość rozbuchane formy, aż do pewnej formy parodii. Mimo tego nie można odmówić mu indywidualności i artyzmu w grze na bębnach. Jest nadal aktywnym muzykiem. Jego styl gry określany jest jako hybryda jazzowej złożoności i rokowej agresji. Jest innowatorem gry na perkusji, jako jeden z pierwszych grał na perkusji elektrycznej. Sam zaprojektował własne zestawy perkusyjne.

Profesjonalną karierę zaczął w 1968 roku w zespole pianisty Horace’a Silvera. W tym samym roku grał jeszcze dla saksofonisty Stanleya Turrentine’a i nagrywał z Georgem Bensonem (gitara; ponownie spotkał się z nim w 1972 grając w ‚domowym’ zespole CTI Creeda Taylora). W 1969 roku zaliczył krótki epizod w jazz-rockowej grupie Dreams braci Breckerów, razem z Johnem Abercrombie na gitarze. Szybko zauważony przez czujnego na nowe trendy w jazzie Milesa’a Davisa, został przez niego wciągnięty na krótko do zespołu. Miał niewielki aczkolwiek istotny udział w sesji nagraniowej ‚Bitches Brew’, wystąpił w poważniejszej roli na albumach ‚Live-Evil’ i ‚Tribute to Jack Johnson’. Po okresie współpracy z McLaughlinem, z którym wspólnie opuścili zespół Davisa, aby założyć Mahavishnu Orch. ze względu na potrzebę mocniejszego rockowego efektu niż styl preferowany przez Milesa (1971-1973), zakłada Cobham zespół Spectrum i debiutuje w 1973 roku z albumem o tym samym tytule co nowy projekt muzyczny. Album ‚Spektrum’ nagrany z Johnem Scofieldem na gitarze zostaje obwołany kamieniem milowym stylu fusion. Jeszcze 40 lat później oddziałuje na słuchaczy, co skrzętnie wykorzystuje Cobham organizując w 2013 rocznicową trasę koncertową. 2gi album jako leader ‚Crosswinds’ zostaje nagrany w 1974 roku. Kolejne lata kariery to bardziej komercyjne albumy z drugiej połowy lat 70tych, współpraca z zespołem Grateful Dead w latach 80tych, nagrywanie płyt pod róznymi szyldami (Glass Menagerie, Nordic, Paradox, Jazz is Dead).

Z ciakowostek – znany fiński reżyser Mika Kaurismäki nakręcił biograficzny film dokumentalny o Cobhamie – ‚Sonic Mirror’ (2008).

‚A Spanish Moss – A Sound Portrait’ zaczyna się odgłosami wiatru i dzwonów, dość mistycznie i filmowo. Wkracza połamany, funkowo latynoski rytm i instrumenty dęte w skomplikowanych, progresywnych, aczkolwiek lekkich dźwiękowo pasażach. ‚Spanish Moss’ brzmi w sposób czarujący i miły dla ucha. Wyróżniają się klawisze George’a Duke’a. Lee Pastora świetnie dogrywa na kongach. ‚Savannah The Serene’ zaczyna się miękkimi dźwiękami puzonu Garnetta Browna i gitary Johna Abercrombie. Spokojne i stonowane brzmienia opanowują przez kilka chwil tę blisko 20 minutową suitę. Wyciszające i plastyczne. W tle słychać perliste dźwięki klawiszy. W końcu otrzymujemy impresjonistyczne solo Duke’a. Pełne wyciszenie i relaks. Kolejna część – ‚Storm’ – jest już znacznie bardziej niepokojąca. Sam lider atakuje słuchaczy przetworzonym przez efektor energetycznym solem bębnów. Ostatnia część – ‚Flash Flood’ – z bardzo dobrym solem trąbki Randy Breckera, jest najbardziej taneczna i pełna rytmicznego wigoru. Dołącza John Abercrombie z przetworzonym, prog jazzowym solem gitary. Fusion w pełnym rozkwicie.

Strona B nie zwalnia tempa. ‚The Pleasant Pheasant’ to zdecydowanie najbardziej przebojowy numer na płycie. Funkowy, chwytliwy, bardzo rytmiczne i klarowne solo Michael’a Breckera niesie go do przodu. George Duke dodaje całą garść ekspresyjnych dźwięków klawiszy. Billy Cobham tłucze aż miło, słychać, że jest w swoim sosie. Bogactwo dźwięków, połamane rytmy, szybkie przejścia – grupa gra jak w zegarku. Jeszcze niezgorsze solo Abercrombie pełne hendrixowskich dźwięków wah-wah. Jeden z najlepszych jazzfunkowych numerów w historii.

‚Heather’ daje odrobinę wytchnienia po bardzo gęstym brzmieniowo poprzedniku. Abstrakcyjne dźwięki klawiszy, powolny rytm, przyjemne, przytłumione dźwięki basu Johna Williamsa – to wszystko sprawia wrażenie lekkiej melancholii i rezygnacji, jednak pełnej harmonii i zrozumienia. Słyszymy lżejszą stronę sztuki pianistycznej George’a Duke’a, rzadko grającego w tak wyciszony i magiczny sposób. Ciepłe brzmienie drewnianego saksofonu Michaela Breckera dopełnia romantyczny, rozmarzony obraz utworu. Zagrane to jest na granicy popowego lukrowania, ale z wyczuciem.

Krótki ‚Crosswind’ ma w sobie iście rockową ekspresję. Perkusja Cobhama chodzi równiutko, pulsacyjny bas brzmi donośnie, solo gitary to najwyższy światowy poziom. Szkoda, że ten utwór nie trwa dwa razy dłużej. Z drugiej strony dzięki małemu formatowi jest bardzo spójny i zwarty, sformatowany na radio. Zapowiada stylistykę elegancji i minimalizmu jaka będzie dominować w jazzie przez całe lata 80te.

Podsumowując – dobra płyta, może nie przełomowa, będąca kontynuacją i twórczym przetworzeniem koncepcji rodem z Mahavishnu Orchestra i pierwszego indywidualnego albumu Cobhama ‚Spectrum’. Nagrana w doborowym towarzystwie, pozostaje jednym z najlepszych dokumentów dość krótkiej a oddziałującej do dzisiaj ery fusion.

The Headhunters – Survival Of The Fittest

headhunters

Arista 1975

A1 God Make Me Funky
A2 Mugic
A3 Here And Now
B1 Daffy’s Dance
B2 Rima
B3 If You’ve Got It, You’ll Get It

Bennie Maupin – klarnet, saksofon tenorowy

Joyce Jackson – flet (A3,B2)

Blackbird McKnight – gitara

Paul Jackson – bas

Mike Clark – perkusja

Bill Summers, Harvey Mason, Zak Diouf, Baba Duru – perkusjonalia (konga, tamburyn, marakasy, bongosy, berimbau etc.)

Tak na dobrą sprawę pierwszą płytą jazzową jaką usłyszałem w życiu było Head Hunters Herbie Hancocka z 1973 roku. To brzmienie padło na podatny grunt. To była połowa lat 90tych, królowały brzmienia z gatunku funk metal, RATM, Biohazard, Body Count. A tu taki flow, w sumie trochę podobny a jednak… W sumie to i to było funkujące. Dopiero po latach skojarzyłem, ile Rage Against The Machine czy Beastie Boys zawdzięczali Herbiemu.

Sporo mu zawdzięczali również muzycy Headhunters, Bennie Maupin i reszta ekipy. Płyta Head Hunters rozeszła się w rekordowym nakładzie, prawdopodobnie najwyższym w historii jazzu. Absolutny hit, mimo psychodelicznych naleciałości. ‚Chameleon’ nadal trzyma groove. Z jednej strony odpowiedzialny za brzmienie tamtej płyty był geniusz muzyka o wielu twarzach – Hancocka, ale z drugiej nie byłoby tamtego bangera bez sekcji rytmicznej (Paul Jackson, Bill Summers) i magicznego brzmienia basowego klarnetu Bennie Maupina.

Pokłosiem tamtego klasyka był debiut zespołu Headhunters, wydany 2 lata później, już bez Hancocka, który jak zawsze poszedł swoją drogą. Nie było już takiego przeboju. Zespół nagrał jeszcze jedną płytę (‚Straight from the Gate’ Arista 1977) i zawiesił nagraniową działalność. Nowe/stare nagrania zaczęły się dopiero pojawiać 20 lat później, na fali popularności smooth jazzu (Us3) i funky (‚Return of the Headhunters’ Hancock Records 1998). W obecnym tysiącleciu ukazały się jeszcze 2 albumy (Evolution Revolution 2003 i Platinum 2011), ale żaden z nich nie miał juz tej energii co ‚Survival of the Fittest’.

Zaczyna się wysokim C, blisko 10 minutowym quasi przebojem ‚God Make me Funky’, w którym niesztampowego wokalu użyczył basista Paul Jackson, a za chórki odpowiedzialny był kobiecy zespół wokalny The Pointer Sisters. Mike Clark na perkusji gra jak automat, do tego Bennie Maupin wyczynia cuda na swoim klarnecie, ocierając się miejscami o free. Plus nieco pretensjonalny tekst, bardzo amerykański w swojej religijności. Utwór jedyny w swoim rodzaju, wydany również na singlu. w blisko 3 minutowej wersji.

‚Mugic’ nawiązuje fletowym motywem granym przez Joyce’a Jacksona do ‚Sly’ z ‚Head Hunters’ Hancocka. Do tego dodana została cała masa przeszkadzajek. Bas Paula Jacksona robi robotę. Gitara przypomina nieco Roberta Frippa z wiele lat późniejszego ‚Discipline’. Afrykańskie motywy w pigułce.

‚Here And Now’ zaczyna się nieco hendrixowskim motywem gitary, super odprężający numer. Po chwili przechodzi w dosadne funky. Maupin wchodzi z charakterystycznym motywem klarnetu. Znowu dużo się dzieje w warstwie perkusjonaliów. Słychać, że to już 75 rok, w Polsce w tym czasie podobny kierunek muzyczny inspirowany częściowo dokonaniami Weather Report obrał krakowski zespół Laboratorium. Brzmienie staje się z czasem coraz chłodniejsze i bardziej cyfrowe, jazz obiera kierunek na syntezatory, co kończy się kryzysem lat 80tych, w których świeże pomysły przysłania presja na cyzelowanie techniczne utworów. Zaczyna się ta tendencja już od Billy Cobhama i Mahavishnu Orchestra McLaughlina, to co robił George Duke i Chick Corea z Return to Forever jest też tego dobrym przykładem, Jazz powoli niestety traci duszę.

Na szczęście muzycy Headhunters nie wpadają w skrajności. Kolejny utwór ‚Daffy’s Dance’ to już bujający, zadymiony funk, czyli to co mają najlepszego w swojej muzyce. Ciekawy motyw klarnetu Maupina urozmaica równe granie sekcji rytmicznej. Perkusja chodzi jak w zegarku, do tego ciągle wpadając w break. Gitara Blackbirda McKnighta brzmi bardzo rockowo, z zębem. Bardzo dużo sie tutaj dzieje i co najważniejsze – świetnych rzeczy. Utwór ma świetną dynamikę i charakter. Przyspiesza, zwalnia, gitarzysta hendrixowsko wymiata. Jazz funk w najlepszym wydaniu.

Bas Paula Jacksona otwiera utwór ‚Rima’. Wchodzą bonga, świetny motyw basu. Dominuje w tym fragmencie płyty dość psychodeliczny klimat rodem z bardzo dobrej (tak na marginesie) płyty Donalda Byrda ‚Electric Byrd’ z 1970 roku. Zespół tworzy pejzaże niczym Davis z Zawinulem z ‚In the Silent Way’. Fusion w pełnym rozkwicie. Intrygująca atmosfera i pełne odprężenie. Piękna kompozycja.

Zamyka tę wyjątkową płytę kolejny niestandardowy przebój – ‚If You’ve Got It, You’ll Get It’. Otwiera go Bill Summers motywem na berimbau. Bez tego numeru nie byłoby Urbanatora (na marginesie dobrze wspominam koncert Michała Urbaniaka z tym zespołem z połowy lat 90tych jeśli mnie pamięć nie myli w Rivierze Remont, w rzędzie przede mną zapamiętałem świetnego, muzykującego zresztą aktora Krzysztofa Majchrzaka, piękne czasy). 100% Jazz Funk. Hit.

Oprócz wartości sentymentalnej muzyka Headhunters niesie ze sobą całą masę groove’u i całą masę bardzo dobrych, funkowych brzmień. Warto spędzić wieczór z tą płytą w głośnikach. God Make Me Funky!

Archie Shepp ‎– Mama Too Tight

mam too tight

Impulse! 1966

A Portrait Of Robert Thompson (As A Young Man)
A1a Prelude To A Kiss
A1b The Break Strain – King Cotton
A1c Dem Basses
B1 Mama Too Tight
B2 Theme For Ernie
B3 Basheer

Archie Shepp – saksofon tenorowy
Perry Robinson – klarnet
Tommy Turrentine – trąbka
Howard Johnson – tuba
Grachan Moncur III, Roswell Rudd – puzon
Charles Haden – bas
William Godvin (Beaver) Harris – perkusja

W tym momencie kończą się żarty i zaczyna soczyste free jazzowe łomotanie. Archie Vernon Shepp (rocznik 1937) to w jazzie zdecydowanie zawodnik wagi ciężkiej. Zafascynowany możliwościami saksofonu tenorowego, szczególnie w wykonaniu Johna Coltrane’a, od początku lat 60tych współpracował z tuzami freejazzowego grania – Cecilem Taylorem (pianino) i Donem Cherry’m (trąbka). Z samym mistrzem nagrał 2 płyty – Ascension (1965), ekstremalny przykład coltrane’owskiego pojmowania free i ‚New Thing at Newport’ (relacja z koncertu z 1965 roku, na którym wystąpił obok kwartetu Coltrane’a z Billy Hutchersonem na wibrafonie również w składzie kwartetowym. Hołdem złożonym mistrzowi była doskonała płyta ‚Four for Trane’ z 1964 roku, wyprodukowana zresztą przez Coltrane’a, na której znalazły się 4 jego kompozycje (m.in. ‚Naima’) i jedna kompozycja Shepp’a /Rufus (Swung, His Face At Last To The Wind, Then His Neck Snapped)/. Łatwo zauważyc, jak duży wpływ na muzykę Shepp’a miała twórczość Coltrane’a. Jednakowoż Shepp wykształcił dość szybko swój własny styl grania na saksofonie tenorowym, równie mocny w tonie jak Coltrane’a.

W 1965 roku, już na własną rękę wydaje 2 albumy – ‚On this Night”, nagraną w trio ze wspomnianym wcześniej Bobby Hutchersonem i ‚Fire Music’ (sekstet, 4ry instrumenty dęte) , obie dla Impulse!, wyprodukowane przez Boba Thiele. W ten sposób dochodzimy do roku 1966 i do kolejnych 2ch albumów wydanych przez wytwórnię Impulse! – zapisu koncertu z San Fran (‚Live in San Francisco’ w składzie kwartetu z Roswellem Ruddem na puzonie) i ‚Mama Too Tight’ w rozbudowanym składzie octetowym.

Od początku płyty jest dość ekstremalnie. Wyczuwalne jest w pierwszym najdłuższym utworze na płycie, suicie ‚A Portrait Of Robert Thompson (As A Young Man)’ potężne kreatywne napięcie wśród muzyków oktetu. Chaos panuje w najlepsze. Abstrakcyjna forma tego utworu przemawia do wyobraźni, może kojarzyć się z obrazami np. Jacksona Pollocka. Ekscytacja, elan vital, przekraczanie granic. Przed Sheppem tak ostro grali właściwie tylko Coleman z podwójnym kwartetem na ‚Free Jazz’, Albert Ayler z Donem Cherry na ‚New York Eye And Ear Control’ i Coltrane na ‚Ascension’ (już nieco lżej). Całkowita muzyczna degrengolada, która może wywoływać ciarki na zwojach mózgowych słuchacza. Perkusista tłucze ile wlezie w swój zestaw. Dęciaki zawodzą jak koty podczas ruji. Pierwsze 8 minut płyty robi duże wrażenie, mogę sobie tylko wyobrazić jak ta płyta była odbierana w momencie premiery. Fani jazzu tańczyli wówczas do przyjaznych i dość łatwo absorbowanych dźwięków ‚Cantaloupe Island’ Hancocka i ‚Sidewindera’ Lee Morgana, a tu nagle taka jazda bez trzymanki. Kilka minut spokojnego bluesa i znowu zaczyna się jazzowe szaleństwo. Saksofon tenorowy, trąbka, klarnet i 2 puzony – nie brali jeńców. Do tego William Godvin (Beaver) Harris z niewiadomego powodu zwany familiarnie bobrem walący w bębny nie gorzej niż młody bohatera świetnego zresztą filmu ‚Whiplash’. Nie da się tego słuchać zbyt często, bo delikwent może szybko trafić na leczenie neuroz do najbliższego psychoterapeuty. Big bandowe, bluesowe zakończenie utworu to czysta przyjemność słuchania, wręcz na pograniczu muzycznego żartu. Mieli chłopaki luz.

Otwierająca stronę B tytułówka to za to prawdziwy funkujący dynamit! Jest rytm, jest groove, perkusja chodzi jak maszyna, dęciaki wygrywają motyw przewodni, solówka goni solówkę. W Nowym Orleanie był karnawałowy szał przy tym numerze na bank. ‚Mama too tight’ to hit wcale nie mniejszy od ‚Cornbread’a’ Lee Morgana czy też ‚Watermelon Man’ Hancocka. A do tego jeszcze free jazzowe smaczki. Funkowa delicja.

‚Theme for Ernie’ to sympatyczny przerywnik po 2 pierwszych potworach. Nowoorleański snój bluesowo pogrzebowy. Smutek, nostalgia i pół litra burbon & whiskey. Chwila na refleksję. Shepp nie byłby sobą, gdy na koniec nie zaserwował treściwego free sola.

Płytę kończy ponad 10 minutowy ‚Basheer’. Trochę bluesa, trochę wschodnio-brzmiących asonansów. Skomplikowane motywy, swingująca perkusja, dziwadło wyjątkowe. Człowiek się zastanawia, czym zaskoczą w kolejnej minucie trwania tego zagadkowego utworu. Robi się free, dęciaki grają równolegle sola, perkusja zwalnia, przyspiesza, może nie jest to już poziom degrengolady i dysharmonii z pierwszego utworu, ale się dzieje. Tempo zwalnia prawie do zera absolutnego, pierwsze skojarzenie – Charles ‚Zabijaka’ Mingus i jego ‚Black Saint and the Sinner Lady’ wydane również dla Impulse! zresztą. Wchodzi synkopowany rytm podawany przez puzony. Shepp grzeje swoją rurę do oporu. To nie jest muzyka dla normalnych ludzi.

Nieco pomijany w klasyfikacjach najlepszych jazzowych saksofonistów Archie Shepp udowadnia na tej płycie jak trzeba grać żarliwy free jazz. Ma styl, ma klasę, ma power. Ta płyta naprawdę robi wrażenie!