Wayne Shorter ‎– Night Dreamer

night-dreamer

Blue Note 1964/2015

A1 Night Dreamer
A2 Oriental Folk Song
A3 Virgo
B1 Black Nile
B2 Charcoal Blues
B3 Armageddon

Wayne Shorter – saksofon tenorowy
Lee Morgan – trąbka
McCoy Tyner – pianino
Reginald Workman – bas
Elvin Jones – perkusja

Jeden z najbardziej znanych saksofonistów tenorowych w historii jazzu. Swoje piętno odcisnął przede wszystkim w drugim kwintecie Milesa Davisa (1964-69) razem z Herbie Hancockiem, Ronem Carterem i Tony Williamsem. W latach 1964-74 wydawał regularnie autorskie płyty dla wytwórni Blue Note (m.in Night Dreamer, Adam’s Apple, Speak No Evil). W latach 1970-1986 współtworzył supergrupę Weather Report, wspólnie z m.in. Joe Zawinulem, Jaco Pastoriousem, Miroslavem Vitousem i Alphonse Mouzonem.

Autor wielu standardów jazzowych na czele z utworem ‚Footprints’. Posiadający bardzo silny i czysty ton. Stylistycznie wywodzący się z hard bopu. Jeden z autorów stylu fusion.

‚Night Dreamer’ to jego debiut jako lidera dla Blue Note. Udało się Shorterowi zbudować mistrzowski skład z Lee Morganem na trąbce, McCoyem Tynerem na pianinie, Elvinem Jonesem na perkusji i Reginaldem Workmanem na basie.

Muzycznie ten album plasuje się w rejonie Modern Jazzu, może nawet trochę zahaczając o Cool. Jest elegancko wyważony, ma wiele ciekawych motywów. Stylistycznie opiera się na bluesie, miejscami przenikając new thing spod znaku Andrew Hilla. Nie ma na nim przesadnego free, wyczuwa się tradycyjną szkołę Arta Blakeya i jego Jazz Messengers. Stylistycznie plasuje się ‚poza czasem’- mając z jednej strony mocną podstawę w postaci bluesa, a z drugiej nieznaczny element awangardy new thing. Warto wsłuchać się w indywidualną twórczość Shortera dla Blue Note.

Dexter Gordon ‎– One Flight Up

Najważniejszą kwestią związaną z harmonijną muzyką jest umiejętność słuchania. A ‚Tanya’ jest zdecydowanie utworem pełnym harmonii, a równocześnie energetycznym. W gruncie rzeczy cała płyta ‚One flight Up’ jest świetnie ułożona i doskonale nagrana. Do tego charakteryzuje się spójną wizją i ciekawym rozłożeniem akcentów. Zawiera tylko 3 utwory, pierwszy autorstwa Donalda Byrda, drugi pianisty Kenniego Drew, a tymczasem 3ci to klasyk z 1939 roku autorstwa duetu DeLange i Van Heusen.

Skład jest dość klasyczny, kwintet na 2 dęciaki, pianino i sekcję rytmiczną. Jednakże diabeł tkwi jak zawsze w szczegółach – doprowadzonej do perfekcji technice i w elementarnej rozwadze połączonej z głęboką emocjonalnością. Do tego tworzący ten kwintet muzycy unikają egoistycznych tyrad, grają spójnie i z energią, doskonale się zgrywając.

Prawdziwym majstersztykiem jest ‚Tanya’, blisko 20 minut pięknego grania. 2ga strona może już nie ma tej magii, jednak nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

Płyta ta jest prawdziwym dziełem sztuki, bez niepotrzebnych ozdobników i udziwnień. Warto jej słuchać i uczyć się od starych mistrzów.

Blue Note 1964

A Tanya
B1 Coppin’ The Haven
B2 Darn That Dream

Dexter Gordon – Saksofon Tenorowy
Donald Byrd – Trąbka
Kenny Drew – Pianino
Niels-Henning Orsted Pedersen – Bas
Art Taylor – Perkusja

Elvin Jones/Jimmy Garrison Sextet ‎– Illumination!

illumination

Impulse! 1963

A1 Nuttin’ Out Jones (Prince Lasha)

A2 Oriental Flower (McCoy Tyner)

A3 Half and Half (Charles Davis)

B1 Aborigene Dance in Scotland (Sonny Simmons)

B2 Gettin’ On Way (Jimmy Garrison)

B3 Just Us Blues (Charles Davis)

Skład:

Sonny Simmons – saksofon altowy, rożek angielski

Charles Davis – saksofon barytonowy

Prince Lasha – flet, klarnet

McCoy Tyner – pianino

Jimmy Garrison – bas

Elvin Jones – perkusja

Płyta sygnowana nietypowo – przez perkusistę i basistę. Obaj stanowili sekcję rytmiczną jednego z najlepszych kwartetów jazzowych w historii – kwartetu Johna Coltrane’a (1960-65).

Elvin Jones
elvinjones
prawdopodobnie najlepszy perkusista tamtej ery, ma na swoim koncie ponad 600 (!) albumów jako instrumentalista i kilkadziesiąt jako lider. Szczególnie warte zaznajomienia się są nagrane dla Impulse!, Blue Note i Atlantic w drugiej połowie lat 60tych i na początku 70tych. Z późniejszych wyróżniłbym ‚Is on the Mountain’ (PM 1975 ) i ‚Time Capsule’ (Vanguard 1977). Ostatnim album nagrał wydawałoby się niezniszczalny Elvin Jones z Billem Frisellem i Davem Hollandem w 2001 dla wytwórni Nonesuch (dla której wydawał m.in John Zorn).

Jimmy Garrison
jimmy garrison
(właściwie James Emory Garrison) nagrywał m.in z Ornette Colemanem (na omawianej tutaj wcześniej płycie „The Art of the Improvisers’ jak też na sesji z późnych lat 60tych (‚Love Call’ i ‚New York is now!”), Jackie McLean’em (‚Swing, Swang, Swingin’ Blue Note 1957) i Archie Sheppem (świetna płyta ‚Attica Blues’ Impulse! 1972). Zwerbowany przez Coltrane’a w 1962 roku, pozostał w jego zespole aż do śmierci lidera, inaczej niż Jones, uczestnicząc również w późniejszych, zdecydowanie bardziej free jazzowych nagraniach sygnowanych przez nieodżałowanego Trane’a.

Album ‚Illumination! został nagrany dla kultowej wytwórni Impulse! w 1963 roku, czyli w momencie, w którym obaj bohaterowie tej krótkiej historii grali już z Coltrane’m. Co więcej towarzyszy im McCoy Tyner, który również grał w tym osławionym kwartecie. Zamiast tenorowego saksofonu Trane’a słychać tu dwa różne saksofony – barytonowy  Charlesa Davisa i altowy Sonny Simmonsa. Wspiera ich flecista/klarnecista Prince Lasha.

Otwierający ten dosyć krótki, trwający nieco ponad pół godziny album ‚Nuttin’ Out Jones’ to klasyczny jazz modalny z niewielkimi dodatkami free w solach instrumentów dętych. Tak jak reszta płyty, brzmi znakomicie. Sam motyw nie należy do najbardziej oryginalnych. Jednakże słucha się tego z ogromną przyjemnością. ‚Oriental Flower’ urzeka niezwykłą atmosferą tworzoną przez dźwięki klarnetu Prince Lasha i saksofonu barytonowego Charles Davisa. McCoy Tyner gra bardzo eleganckie solo na swoim pianinie. Każdy dźwięk w tym solo jest wart zapamiętania i przyswojenia. Wreszcie docieramy do genialnego walczyka ‚Half and Half’ z interesująco połamanym metrum (3/4 a następnie 7/4).  Główny motyw zapada głęboko w pamięć. Następujące po nim sola (autora utworu Charles Davisa na saksofonie barytonowym i Tynera na pianinie) wspaniale komponują się z linią melodyczną całego utworu.

Strona B zaczyna się żartobliwym motywem ‚Aborigene Dance in Scotland’ autorstwa Sonny Simmonsa. Po czym Elvin Jones gra treściwe, dosyć masywne solo. Jest ono pokazem prawdziwej maestrii i doskonałego opanowania trudnego instrumentu jakim jest perkusja jazzowa. ‚ Gettin’ On Way’ to jedyny utwór na tej płycie skomponowany przez basistę Jimmiego Garrisona. Słychać w nim dosyć długie solo na saksofonie altowym autorstwa Sonny Simmonsa. Słychać tutaj doskonałe zgranie sekcji rytmicznej Garrison/Jones sygnującej w końcu ten projekt. Jones dorzuca jeszcze pod koniec krótkie solo. ‚Just Us Blues’ zaczyna się krótkim solem Garrisona. Wchodzi Charles Davis na saksofonie barytonowym z motywem przewodnim, a następnie Davis gra bopowe solo. Wspiera go Tyner swoim solo. Świetnie się tego słucha.

Niewiele można dodać. Jest to zaawansowany brzmieniowo jazz modalny z epoki Johna Coltrane’a przed przejściem na free. Jest to album bardzo różnorodny (tylko Elvin Jones nie jest autorem żadnego z utworów) aczkolwiek zarazem bardzo spójny muzycznie. Niewątpliwie niedoceniony kamień milowy w historii jazzu.

Grachan Moncur III ‎– Evolution

evolution

Blue Note 1963

A1 Air Raid
A2 Evolution
B1 The Coaster
B2 Monk In Wonderland

Grachan Moncur III – puzon
Jackie McLean – saksofon altowy
Lee Morgan – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Bob Cranshaw – bas
Anthony Williams – perkusja

Pierwszy puzonista w Playtime’owym zestawieniu.

Grachan Moncur III (już samo nazwisko powoduje trudności w pisowni, muzyka wcale nie jest łatwiejsza) urodził się w 1937 roku w NY. Ostatni album wydał w 2007 roku, więc mimo 70 lat ciągle był (i być może jest nadal) aktywnym muzykiem.

Nie sięgając specjalnie w jego prehistorię (ojciec Grachan Moncur II był również muzykiem), można uznać, że początkiem jego jazzowej kariery była współpraca z Jazztetem Arta Farmera, z którym uczestniczył Moncur w nagraniu w 1962 roku płyty ‚Another Git Together’. Podczas studiów poznał m.in. Wayne’a Shortera i Gary Bartz’a. Już na początku kariery grał w takich klubach jak Birdland i Five Spot. W latach 1959-1961 był muzykiem zespołu Raya Charlesa. Szybko wkręcił się w roster Blue Note. Nagrywał z Jackie McLeanem (kilka albumów, m.in. ‚One Step Beyond’ i ‚Hipnosis’), Herbie Hancockiem (‚My point of view’ 1964) i wspominanym już wcześniej Shorterem. Później komponował muzykę do filmów (‚Blues for Mr. Charlie’), po drugim, również bardzo ciekawym albumie ‚Some other stuff’ (z Shorterem, Hancockiem i Anthony Williamsem w składzie) przez 5 lat nie nagrywał, powrócił w 1969 roku bardzo dobrym albumem ‚New Africa’ dla francuskiego labela BYG. Koniec lat 60tych charakteryzuje współpraca ze śmietanką Free Jazzu (m.in. Archie Sheppem i Roswellem Ruddem /również puzon/). Lata 70te to nagranie jazzowej symfonii (‚Echoes of Prayer’ 1974) i tylko w Japonii wydanego, 6tego autorskiego albumu ‚Shadows’ (1977). Ciekawym epizodem była współpraca z projektem 360 Degree Music Experience perkusisty Beavera Harrisa (m.in bardzo interesujący album ‚Beautiful Africa’ 1979). Aż do 2004 roku i albumu ‚Exploration’ z Gary Bartzem nie nagrywał niczego specjalnie godnego uwagi, głównie uczył (m.in w  Newark Community School of the Arts 1982-1991).

‚Evolution’ jest tak na dobrą sprawę debiutem sesyjnym Moncura jako leadera. Nagrany w składzie sextetu (Jackie Mclean i Lee Morgan stanowiący obok Moncura sekcję dętą, Hutcherson na wibrafonie, Bob Cranshaw i Tony Williams w sekcji rytmicznej). Znajdują się na nim 4 rozbudowane kompozycje – post bopowy ‚Air Raid’, totalnie odjechany utwór tytułowy, ‚The Coaster’ i dowodzący inspiracji twórczością Theleniousa Monka ‚Monk in Wonderland’.

W ‚Air Raid’ solem na pograniczu free popisuje się McLean. Lee Morgan odpowiada energetycznym solem na trąbce. Obu dogrywa nieco psychodelicznie Hutcherson. Williams buduje interesujące bopowe solo (grane w pół tonu).

‚Evolution’ zaczyna się napiętą atmosferą niczym z Hitchocka albo niektórych filmów francuskiej nowej fali (Malle,Chabrol). McLean wymiata soczystym solem na swoim altowym saksofonie, później swoje sola grają Lee Morgan, sam Moncur i na koniec Bobby Hutcherson (ten dziwny, metaliczny dźwięk wibrafonu!). Utwór mający być odwzorowaniem ‚początku rozwoju ludzkości’ jest niewątpliwie pozycją wyjątkową. Kwintesencją ówczesnych awangardowych poszukiwań jazzmanów nagrywających dla wytwórni Blue Note w tamtym czasie (1962-1965).

‚The Coaster’ wprowadza bardziej przyjazny, swingujący, nieco latynoski klimat. Zaczyna solem Moncur. Kontynuuje McLean. Potem Morgan. Wszyscy brzmią doskonale. Utwór trzyma w ryzach jak zawsze niezawodny Williams, dogrywając czasem swoje karkołomne wstawki. Rytmicznym, przestrzennym solem popisuje się Hutcherson. Moncur zamyka utwór swoim krótkim solem jak klamrą. Jest to dobry obraz możliwości technicznych wszystkich grających muzyków.

‚Monk in Wonderland’ zadziwia. Rzeczywiście motyw początkowy ma jakiś monkowski klimat, jednak pozostawia słuchacza w rozterce – Monk czy nie-monk? Jednak nie, bardziej nowoczesny i uporządkowany, mimo przeważającej abstrakcji. Hit czy doskonale technicznie zagrana klisza z Monka? Sprawę pozostawiam nierozstrzygnięta…

Kariera Moncura potoczyła się odmiennie od wielu pozostałych utalentowanych muzyków Blue Note’a tworzących nurt zwany niekiedy ‚new thing’, takich jak Bobby Hutcherson czy jego dobry kumpel Jackie McLean. Natomiast jego obecność zazwyczaj oznaczała odpowiedni, wysoki poziom muzyczny i dużo awangardowych, niestandardowych rozwiązań muzycznych. Warto sięgnąć szczególnie po pierwsze dwa albumy Grachana Moncura III!

Joe Henderson ‎– Inner Urge

inner urge

Blue Note 1965

A1 Inner Urge
A2 Isotope
B1 El Barrio
B2 You Know I Care
B3 Night And Day

Joe Henderson – saksofon tenorowy
McCoy Tyner – pianino
Bob Cranshaw – bas
Elvin Jones – perkusja

Ta wytwórnia. Ten rok. Ci wykonawcy. Apogeum rozwoju jazzu akustycznego. Henderson, Tyner, Jones. Mistrzowski skład. Bob Cranshaw jedynie odstaje pod względem rozpoznawalności, ale tak to już jest z basistami, wieść gminna niesie, że grający na tym instrumencie jazzmani nie znają słowa trzeźwość. Z basistów tylko Ron Carter i Dave Holland uzyskali światową rozpoznawalność, może jeszcze kilku innych. Na pewno nie Bob Cranshaw.

Joe Henderson (1937 – 2001) to może nie format Coltrane’a, ale bardzo solidny gracz. Pochodzi z Ohio. Brał udział w bardzo wielu interesujących sesjach, głównie dla Blue Note (‚Sidewinder’ Lee Morgana, ‚Song for my Father’ Horace’a Silvera, ‚Idle Moments’ Granta Greena, ‚Point of Departure” Andrew Hilla, ‚Unity’ Larry Younga). Sporo nagrywał tez dla Hancocka (‚The Prisoner’, ‚Fat Albert Rotunda’) i dla Freddie Hubbarda (‚Red Clay’, Straight Life’). Ma mocny, soczysty ton. Nie schodzi nigdy poniżej pewnego poziomu.

Tytułowy utwór ucieka tak szybko, że trudno za nim nadążyć. Henderson gra melodyjnie, dość kombinacyjnie. Miejscami free. Cały utwór brzmi nowocześnie, dosyć dramatycznie. Tyner prezentuje swoje możliwości bez wpadania w przesadę, dość mocno akcentując, w swoim stylu. Jones dużo gra na talerzach, wykorzystując dosyć wysokie tony. Jego solo to dynamit. Blisko 12to minutowy utwór trzyma doskonale w napięciu przez cały czas. Kwartet brzmi jak kwintet a może nawet sekstet. Dużo dźwięków generuje ta garstka muzyków. Ledwo słyszalny bas Cranshawa wzmacnia się dogrywając Hendersonowi do motywu przewodniego. Dobry, dosyć neurotyczny numer.

‚Isotope’ zaczyna się frywolną, monkowską melodyjką. Jest to również kompozycja Hendersona. Dominuje w niej weselszy, relaksacyjny tembr saksofonu. Henderson gra bardzo rytmicznie, tanecznie. O maestrii Elvina Jonesa nie muszę nawet tutsaj wspominać (wspomnę w kontekście sygnowanej przez niego płyty w niedługim czasie). Tyner zaczyna bluesowymi, wysokimi akordami. Zgrabnie i szybko przemyka po swoim pianinie. Inspirująca w kwartecie jest przestrzeń, jaką poszczególni muzycy mają dla siebie w każdym utworze. Sola są długie i treściwe, mogą sobie pograć do woli. Henderson gra nawet drugie solo dogrywając Jonesowi. Wielki, bezpretensjonalny luz niesie się się przez cały ‚Isotope’.

2ga strona zaczyna się od zawodzących głucho dźwięków saksofonu tenorowego Hendersona w ‚El Barrio’. Jest trochę spokojniej, raczej piano niż forte. Bujające rytmy wyrywane przez Jonesa niosą ten utwór do przodu. Powiedzieć ‚latynosko’ to nic nie powiedzieć. Raczej mieści się w poetyce post bopu, poczynając na ‚Ole’ Coltrane’a, a kończąc na ‚Nefertiti’ Davisa. Słucha się tego wybornie. Henderson przekazuje całą masę emocji. Tyner akcentuje swoje solo troszkę arytmicznie, może nawet kubistycznie. Henderson kontynuuje rozpaczliwymi dźwiękami.

‚You Know I Care’ to kompozycja Duke’a Pearsona, bardzo wyciszająca i odprężająca od samego początku. Klasyczna formalnie, urzeka spokojem i rozwagą. Henderson gra tak, że właściwie nie zwraca się uwagi na dźwięki generowane przez jego saksofon, tak doskonale wpasował się w utwór Pearsona. Nawet Jones gra bardzo oszczędnie i z wyjątkowym dla siebie spokojem. Może ‚You Know I Care’ nie porywa i nie wbija w podłogę, ale zagrany jest aż do szpiku kości poprawnie i z wyczuciem.

Klasyk Cole Portera ‚Night And Day’ z 1956 roku, śpiewany w oryginale przez Ellę Fitzgerald, zagrany jest z dodatkiem latynoskiej werwy. Jones prowadzi bardzo energicznie, przez moment nie odpuszcza. Henderson dorzuca całą serię miłych dla ucha, pełnych dźwięków. Tyner pogania trochę sekcję rytmiczną, ‚wyrywa do przodu’. Muzycy nie pozwalają się nudzić. W klasyku dzieje się cała masa nowoczesnych rzeczy, chociaż obie wersje dzieli dekada. Na koniec jeszcze Henderson dogrywa szybkie solo.

Ten album to bardzo solidna porcja dobrego jazzu. Może nie zawsze awangardowego, czasem nieco klasycyzującego, ale w sumie buduje to przyjemną dla ucha równowagę. Warto jest zwrócić uwagę na twórczość Hendersona. Również na niedawno przypomnianą przez Blue Note kolejną po ‚Inner Urge’ jego autorską płytę ‚Mode for Joe’ (1966).

‚Inner Urge’ zostało wydane w doskonałym 1965 roku.

Andrzej Kurylewicz Quintet ‎– Go Right

go right

Polskie Nagrania Muza 1963

A1 Go Right
A2 Obsession
A3 Green Eyed Girl
A4 Yenom On
B1 So-So
B2 Nyamaland
B3 One Step Nearer You
B4 Minor Bop
B5 Microphonophobia

Andrzej Kurylewicz – trąbka
Jan Ptaszyn Wróblewski – saksofon tenorowy, flet
Wojciech Karolak – pianino
Tadeusz Wójcik – bas
Andrzej Dąbrowski – perkusja

kurylewicz andrzej forum portret_7111126

Tradycyjnie (w przypadku Kurylewicza nawet bardzo) na początku parę słów biograficznych, tym razem w całości za Dionizym Piątkowskim i jego Encyklopedią Jazzu (z braku innych źródeł o jazzowej karierze A.Kurylewicza) .

‚Na scenie jazzowej debiutował jeszcze w okresie studiów grając w klubie studenckim Rotunda. W 1954 związał się z zespołem MM 176 (gdzie grali m.in. wibrafonista Feliks Kotarba oraz akordeonista Andrzej Trzaskowski). Spotkanie z Trzaskowskim oraz innymi muzykami krakowskimi (Dudusiem Matuszkiewiczem), a także Komedą wywarło znaczny wpływ na muzyczną percepcję Kurylewicza.

Awangardowa muzyka, jaką proponował Trzaskowski była zaprzeczeniem ulubionego przez Kurylewicza swingu. W 1955 założył więc własny kwintet, który później przekształcił się w Sekstet Organowy Polskiego Radia. Do grupy pozyskał znamienitych ówczesnych muzyków: Z. Gadomskiego, R. Garbienia, St. Drążka Kalwińskiego, L. Lica, J. Mysińskiego.

Początkowo zespół nagrywał dla potrzeb radia swingującą muzykę rozrywkową, by powoli ewoluować w kierunku jazzu. Na festiwalu młodzieży i studentów w Warszawie (1955) wystąpili już jako grupa dixielandowa, a rok później, na I Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 1956, jako nowoczesny zespół, grający w składzie J. Bednarczyk – trąbka, Z. Gadomski – trąbka, R. Garbień – kontrabas, A. Kurylewicz – fortepian, L. Lic – klarnet, R. Szumlicz – perkusja, J. Tatarak – saksofon tenorowy oraz śpiewająca Wanda Warska. Zespół K. konkurując z ultranowoczesnym, jak na owe czasy, Sextetem Komedy, wzbudził zainteresowanie. Podkreślano przede wszystkim doskonałą technikę pianisty, uderzenie oraz inwencję harmoniczną.

W 1957 na II Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Sopocie A. Kurylewicz grał jednak ponownie w zespole dixielandowym (Hot Club Melomani). W tym samym roku – wzbudzając sensację jako pierwszy muzyk zza „żelaznej kurtyny” – uczestniczył z Orkiestrą SDF w koncercie jazzowym w Stuttgarcie (RFN).

W 1959 napisał pierwszą muzykę filmową („Powrót”), której pozostał wierny przez długie lata. Przez trzynaście lat Kurylewicz proponował każdej edycji Jazz Jamboree swój nowy program: w latach 1958-71 występował z różnymi formacjami m.in.: Jazz Believers, Moderniści, własnym trio, kwartetem i kwintetem oraz z Orkiestrą Jazzową Polskiego Radia. Równocześnie (1969-78) prowadził awangardową formację muzyki współczesnej, łączącą wszystkie współczesne trendy muzyczne. W 1971 roku Formacja Muzyki Współczesnej wystąpiła na nobliwym Jazz Jamboree. Była to grupa o często zmieniajacym się składzie, łączaca jazz nowoczesny z europejska muzyka awangardową.

W 1975 poświęcił się całkowicie pracy kompozytorskiej zajmując się pisaniem muzyki symfonicznej, kameralnej, sakralnej, filmowej, teatralnej, baletowej.’

Warto jeszcze dodać, że Kurylewiczowi często towarzyszyła Wanda Warska (wokal). Z ciekawostek – Skalpel zsamplował motyw pianina z Romancy Cherubina z płyty Kurylewicza z Warską i Niemenem ‚Muzyka Teatralna i Telewizyjna’ z 1971 roku w utworze ‚Newly Arrived in Poland’ z epki ‚Polish Jazz z 2000 roku.

To tyle faktów. Natomiast na samym albumie zwanym popularnie numerem zerowym z serii Polish Jazz znajduje się 9 utworów (3 autorstwa samego Kurylewicza, 3 ‚Ptaszyna’ Wróblewskiego i 3 Wojciecha Karolaka, po równo). Album został nagrany w kwintecie, oprócz wyżej wymienionych sekcję rytmiczną stanowią Tadeusz Wójcik (bas) i Andrzej Dąbrowski (perkusja). I rzeczywiście słychać, że takie nazwiska jak Trzaskowski i Komeda są blisko, materiał zawarty na tym albumie jest naprawdę na światowym poziomie, awangardowy, mocno osadzony w modalnych poszukiwaniach ówczesnego światowego jazzu. Jest rok 1963.

Kurylewicz gra na tej płycie tylko na trąbce. Wtóruje mu Ptaszyn na saksofonie tenorowym i flecie i Karolak oczywiście na pianinie. Cała płyta jest prawie bezbłędnie zagrana, gdybym nie znał wykonawców, mógłbym wziąć ich za murzynów z głębokiego Harlemu. Stylowe granie w każdym z 9ciu utworów. Tytułowy utwór to przyjemnie kołyszący blues z jedynym na płycie solem na flecie Ptaszyna Wróblewskiego. Smokey! ‚Obsession’ ma coś z Monka, powolne, usypiające motywy na pograniczu szaleństwa. Saksofon Wróblewskiego niesie, jego ciepłe tony otulają słuchacza. Kurylewicz gra tradycyjne solo, słuchać, że grał w zespołach dixielandowych. Pianino Karolaka elegancko komponuje się z bluesowym walkingiem basu i perkusji. Nawet Wójcik na basie ma swoje kilkadziesiąt sekund i wykorzystuje je bardzo poprawnie. ‚Zielono oka dziewczyna ‚ brzmi bardzo lekko i zwiewnie, trąbka Kurylowicza znowu cofa słuchaczy w czasie nawet do lat 50tych. Zespół gra zupełnie bez nadęcia, Ptaszyn dodaje pełnego brzmienia na swoim tenorze. Sentymentalnie aczkolwiek z charakterem. Bardzo rytmicznie. Konstrukcja całego, dość krótkiego utworu jest bardzo przejrzysta i dopieszczona, słucha się go bez najmniejszego wysiłku. ‚Yenom on’ czyli ‚No Money’ od tyłu, to już bopowy utwór do tańczenia, w zadymionej salce bądź też w krakowskiej piwnicy sprawdziłby się doskonale na parkiecie. Ptaszyn gra pierwsze skrzypce, Kurylewicz dorzuca swoje trzy grosze, trochę bez energii, ale poprawnie. Zgrabne solo gra również Karolak. Krótkie solo Dąbrowskiego mógłby spokojnie zagrać Art Blakey. Tłucze w bębny aż miło.

Strona B albumu zaczyna się miękkimi dźwiękami pianina Karolaka, dopiero po 2 minutach pojawia się Kurylewicz z równie miękkim i plastycznym solem. Luksusowy jazz. Saksofon Ptaszyna wnosi ten utwór na wyższy poziom wirtuozerii, zresztą na całej płycie wyróżnia się czystością dźwięku. Dąbrowski w swoich solowych popisach wnosi do ‚Go Right’ mocniejsze brzmienie hard bopu. Najlepszy na płycie ‚Nyamaland’ wprowadza nutkę niepokoju. Zagrany w nietypowym metrum (5/4) ma w sobie południową energię. Sam lider dobrze się czuje w takim entourage’u, jego trąbka brzmi pełniej i bardziej soczyście. Ptaszyn gra dość free, awangardowo. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się w katalogu ówczesnego Blue Note’a. Świetne, energetyczne solo. ‚One Step Nearer You’ skomponowany został oryginalnie przez Ptaszyna Wróblewskiego do jakiegoś telewizyjnego programu. Gdyby wszystkie programy w telewizji miały taka muzyczną otoczkę, może byłaby ona nieco bardziej znośna niż obecnie. ‚Minor Bop’ rzeczywiście dyskretnie swinguje, nóżka chodzi, gardło domaga się napojów chłodzących. Hi-haty Dąbrowskiego masują ucho wewnętrzne. Niby nic specjalnie oryginalnego, ale wszystko gra. Krótka wstawka o dziwnym tytule ‚Microphonophobia’ zamyka delikatnie ten ponadczasowy album.

Płytę wyróżnia również bardzo nowoczesny projekt okładki Pani Baczewskiej. Optymizm grających na niej muzyków zaraża do dziś!

Jackie McLean ‎– Action

action

Blue Note 1964

A1 Action
A2 Plight
B1 Wrong Handle
B2 I Hear A Rhapsody
B3 Hootnan

Jackie McLean – saksofon altowy
Charles Tolliver – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Cecil McBee – bas
Billy Higgins – perkusja

Niezły rozrabiaka musiał być z tego Pana. Jeszcze w latach 50tych przeżył, jak zresztą wielu innych jazzmanów w tym okresie, uzależnienie od heroiny. Grając z Mingusem, został w końcu przez niego wywalony (dosłownie) ze składu, na co zareagował próbą zaatakowania olbrzymiego Charliego nożem. Podobno cieszył się w późniejszym okresie, że jednak nie dziabnął Mingusa, może ze względu na jego późniejsze dokonania. Kawał jazzowego chuligana!

Jackie Mclean urodził się w muzycznej rodzinie na Harlemie (ojciec był gitarzystą, ojczym prowadził sklep płytowy). Zrobił błyskawiczną karierę. Jego idolem był oczywiście Bird. Jeszcze w latach 50tych mocno namieszał na bebopowej scenie, razem z Davisem nagrał album ‚Dig’ (1956 Prestige). Z wybuchowym Charlie Mingusem stworzyli w tym samym roku niezwykły team na świetnym albumie ‚Pithecanthropus Erectus’ (1956 Atlantic), prekursorskim dziele na pograniczu free jazzu jeszcze przez rewolucją Ornette Colemana.

Był McLean niezwykle płodnym artystą, nagrał jako leader ponad 20 albumów dla kultowej wytwórni Blue Note (przede wszystkim w latach 1959-1967). Na początku kariery nagrywał dla wytwórni Prestige, natomiast w latach 70tych dla mało znanej duńskiej wytwórni SteepleChase. Szczególnie na przełomie lat 50tych i 60tyh nagrywał bardzo intensywnie, ponieważ ze względu na uzależnienie od narkotyków zabrano mu licencję na występy w klubach. Współpraca z duńczykami wynikała natomiast ze spadku zainteresowania bopem w Stanach, a McLean jako prawdziwy bopowiec nie pomyślał nawet o przestawieniu się na elektryczne czy też funkowe granie. Jego muzyka to kontynuacja stylu Charliego Parkera z dodatkiem abstrakcyjnego frazowania Ornette Colemana.

Posiadał dynamiczny styl na pograniczu hard bopu i free jazzu, określany przez krytyków jako ‚słodko-gorzki’, ‚przenikliwy’ i ‚wrzaskliwy’, bardzo mocno osadzony w tradycji bluesowego grania. Pierwsza połowa lat 60tych datując od albumu ‚Capuchin Swing’ (Blue Note 1960) to najbardziej zaawansowany artystycznie okres w jego karierze. Klimat wytwórni Blue Note musiał wtedy sprzyjać eksperymentom muzycznym, obok takich artystów jak Bobby Hutcherson czy też Anthony Williams czy Grachan Moncur III stanowił awangardę ówczesnego jazzu, tak zwany nurt ‚New Thing’. Efektem tego twórczego fermentu było bardzo dużo świetnych płyt, wydanych oczywiście przez Blue Note, takich jak ‚Dialogue’ Hutchersona (1965), ‚Spring’ Williamsa (1965) czy też ‚Evolution’ (1963) Moncur’a III, na której zresztą zagrał sam McLean.

Od 1968 roku po wygaśnięciu kontraktu z BN, wykładał w muzycznym konserwatorium Hartt na Uniwersytecie Hartforda.

Płyta ‚Action’ została nagrana w 1964 roku w składzie kwintetu z Hutchersonem na wibrafonie, Charlesem Tolliverem na trąbce i z sekcją rytmiczną Cecil McBee (bas) i Billy Higgins (perkusja). Już okładka pozwala nasycić się energią McLean’a – dynamiczne zdjęcie obrazujące autora, a właściwie ekspresyjny negatyw i do tego jakby krzyczący, wielokrotnie powtórzony tytuł – Akcja Akcja Akcja!!!

Tytułowy utwór ma rzeczywiście klimat bopowego pościgu. Zaczyna McLean szybkim i melodyjnym solem na swoim alcie. Nerwowa perkusja Billy Higginsa nie daje chwili odpoczynku. Do tego Hutcherson w swoim modalnym stylu dogrywa arytmiczne, tajemnicze dźwięki na wibrafonie. Mieszanka wybuchowa! Ma się wrażenie, że McLean może tak grać godzinami, że raczej nakręca go polskie białko a nie makowa panienka. Charles Tolliver mocuje się ze swoim instrumentem, próbując utrzymać tempo McLean’a. Ledwo nadąża, ale trzyma rytm. Hutcherson to pewniak. Gra z lekkością, elegancko. Abstrakcyjne dźwięki jego wibrafonu wspaniale tonują szorstkie, hardbopowe tempo sekcji rytmicznej. W tym ponad 10cio minutowym pościgu znajduje się jeszcze miejsce dla krótkiego perkusyjnego sola Billy Higginsa. Zamyka go radośnie połamany motyw przewodni. Action!

Walczykowato-bujający ‚Plight’ zaczyna się miękkimi, wodnistymi dźwiękami wibrafonu i granym na 2 dęciaki motywem, który spokojnie mógłby znaleźć się w ‚Bullicie’. Bluesowe sola zaczyna McLean. Czysto, rytmicznie. Pózniej Tolliver. Krótko i zwięźle, na 5tkę. Hutcherson dodaje coś arty, dosładza, dodaje głębi. Tytułowy Ciężki Los jest w sumie dość lekki i przyjemny.

Doskonale wyciszający ‚Wrong Handle’ otwiera stronę B albumu. Dęciaki tworzą atmosferę odpoczynku na włoskiej Rivierze. Tolliver umila słuchaczom czas klarownymi dźwiękami swojej trąbki. Wszystko jest ok, panuje atmosfera jak na Titanic’u – lekki wiaterek, bryza muskająca opalone czoła, zimne drinki i leżaki na pokładzie. Tylko w oddali majaczy jakaś góra lodowa. McLean gra super czysto, wręcz aksamitnie jak na siebie. Hutcherson odnajduje się świetnie w tym numerze, jak zresztą na całej płycie. Sekcja rytmiczna trzyma to całe rozleniwienie w kupie, dźwięki perkusji płyną wolno i majestatycznie.

Klasycznie ‚bigbandowy’ ‚I Hear a Rhapsody’ dodaje nieco lukru. Swingująca perkusja, dyskretny walkin’ basu Cecila McBee, najwyraźniej trzeźwy lider zespołu – mógłby to być przebój każdego dancingu. Ręce składają się do oklasków.

A na zakończenie basowy klang McBee, wibrafon Hutchersona, saksofon altowy McLean’a, trąbka Tollivera i perka Higginsa – ‚Hootnan’, czyli slangowe określenie przyjemności. Szybki bopowy blues, zagrany jak w zegarku, bez fałszywego tonu, ze świetnym, wczutym solem Tollivera i jedynym na płycie solem basowym McBee. Let’s swing!

Chuligan – osoba łamiąca zasady współżycia społecznego: biorąca udział w bójkach, dokonująca dewastacji mienia publicznego, popełniająca drobne przestępstwa.

Curtis Amy & Dupree Bolton ‎– Katanga!

katanga!

Pacific Jazz Records 1963

A1 Katanga
A2 Lonely Woman
A3 Native Land
B1 Amyable
B2 You Don’t Know What Love Is
B3 A Shade Of Brown

Curtis Amy – Saksofon
Dupree Bolton – Trąbka
Ray Crawford – Gitara
Jack Wilson – Pianino
Vic Gaskin – Bas
Doug Sides – Perkusja

W sumie dziwne, że nie udało się Curtisowi Amy odnieść jakiegoś mniej lub bardziej spektakularnego sukcesu. Ton miał czysty i elegancki, potrafił zagrać mocno i lirycznie. Pisał świetne utwory (‚Lonely Woman’, ‚Native Land’) Znają go wszyscy fani The Doors – zagrał w ‚Touch Me’z 4tego albumu tej kultowej grupy ‚The Soft Parade’. Nagrywał z Rayem Charlesem, Bobby Hutchersonem, Royem Ayersem i Marvinem Gaye. Jego żoną była znana z ‚Gimme Shelter’ Stonesów wokalistka soulowa Merry Clayton. W latach 1961-63 trafił mu się prawdziwy wysyp albumów nagranych dla Pacific Jazz (m.in ‚Way Down’ z Marcusem Belgrave, ‚Groovin’ Blue’ z Hutchersonem i ‚Tippin’ On Through’ z Ayersem). Najlepszym z tych 6ciu albumów jest zdecydowanie ‚Katanga!’. Później nagrywa funkowo-bopowy album ‚Mustang’ (1966) z Kenny Barronem i właściwie znika ze sceny. Tym większe brawa dla paryskiej ekipy Heavenly Sweetness za ponowne wydanie ‚Katangi!’ na 180 gramowym winylu!

Zaczyna się od radosnych, bopowych dźwięków ‚Katanga’ i przeszywającego sola trąbki Dupree Boltona. Curtis Amy podkręca jeszcze taneczny klimat tego utworu mocnymi akcentami saksofonu. Jack Wilson proponuje słuchaczom super szybkie solo na pianinie. Doug Sides na perkusji dorzuca swoje kilka dźwięków w bardzo krótkim solo. Wszystko zamyka się w 3 minutach. ‚Lonely Woman’ zwalnia zdecydowanie. Curtis Amy gra intensywne solo. Utwór ocieka bluesowym sexy vibe’em. Urozmaica go gitara Raya Crawforda. Brzmi bardzo dosadnie i bezpretensjonalnie. Te 2 pierwsze kawałki wprowadzają do właściwego rozwinięcia, ponad 10 minutowego ‚Native Land’, najlepszego na płycie, rozbudowanego hardbopu z elementami afrykańskiego folku. Afrykańska maska na okładce doskonale odzwierciedla muzykę akurat w tym utworze. Zapowiada w dużym stopniu klimat rok późniejszej płyty Coltrane’a ‚A Love Supreme’, przypomina też trochę coltrane’owskie „My Favourite Things”. Do tego nieco psychodelii, atmosfera wyciszenia. Rozmarzone solo saksofonu altowego. Trąbka Dupree Boltona świetnie wpasowuje się w ten utwór. Kolejnym jest akustyczne gitarowe solo Raya Crawforda. Uczta dla uszu, słychać, że sekcja rytmiczna złapała wiatr w żagle, bardzo wciągające i relaksujące brzmienie. Solo pianina i domknięcie. Można tego utworu słuchać w kółko bez znużenia.

Drugą stronę płyty otwiera bardzo rytmiczne ‚Amyable’. Pierwsze solo Raya Crawforda na gitarze podkreśla ten zrelaksowany rytm. Jest w tym utworze dużo lekkości, płynności. Trąbka Dupree Boltona dodaje ‚Amyable’ nieco ostrości, utrzymując równocześnie niezobowiązujący klimat całości. Sekcja rytmiczna gra bez zarzutu, klasycznie swingując. Bardzo zgrabne solo pianina Jacka Wilsona jest wisienką na torcie bardzo smakowitego ‚Amyable’. Dużo dobrej energii przekazują nam muzycy w tej części ‚Katanga!’. Kolejnym utworem na płycie jest klasyk ‚You don’t know what Love is’. Curtis Amy gra bardzo czysto. Melancholijne dźwięki saksofonu, w tle miękkie uderzenia szczoteczek o talerze. Nieco przesłodzone, ale z wyczuciem. Rozbudowane solo Dupree Boltona na trąbce pięknie wzbogaca ten utwór. Sekcja dęta ma okazję zaprezentować tutaj wszystko co najlepsze. Perełka. Zamykający winyl ‚A Shade of Brown’ kryje w sobie bardzo energetyczne solo gitary Raya Crawforda. Solidnie zbudowany utwór, nie można niczego zarzucić autorowi i wykonawcom, natomiast nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dęciaki prezentują swoje umiejętności, najpierw Bolton, następnie Amy. Egzamin zdają na piątkę. Solo pianina również jest bezbłędne. Jedyny zarzut jaki mogę mieć wobec tego utworu, to, że takich jazzowych post bopowych numerów wydanych przeważnie dla Blue Note w jazzie lat 60tych są setki. Wszystkie brzmią świetnie, są doskonale zrealizowane, ale nieco bez wyrazu. Ocierają się o bardzo porządną rzemieślniczą robotę.

Mimo wszystko ‚Katanga!’ wyróżnia się na plus. Stosunkowo krótki, 35 minutowy album jest bardzo dobrze złożony, spójny, słucha się go bez znudzenia. Ukazuje prawdziwy talent kompozytorski zapomnianego już ponadprzeciętnego artysty jakim był zmarły w 2002 roku saksofonista Curtis Amy. Muzyka Jazzowa kryje w sobie jeszcze wielu takich niedocenianych Curtisów Amy!

Bobby Hutcherson ‎– Dialogue

dialogue

Blue Note 1965

A1 Catta
A2 Idle While
A3 Les Noirs Marchent
B1 Dialogue
B2 Ghetto Lights

Bobby Hutcherson – Wibrafon, Marimba
Sam Rivers – Saksofon Tenorowy/Sopranowy, Klarnet basowy, Flet
Freddie Hubbard – Trąbka
Andrew Hill – Pianino
Richard Davis – Bas
Joe Chambers – Perkusja

Wibrafon zdecydowanie nie jest najpopularniejszym instrumentem jazzu. Plasuje się zapewnie gdzieś pod koniec pierwszej dziesiątki. Najbardziej znani wibrafoniści to Milt Jackson, bopowiec odnoszący majwiększe sukcesy na przełomie lat 50tych i 60tych i Roy Ayers, soulowo funkowy kompozytor/instrumentalista, w latach siedemdziesiątych lider zespołu Ubiquity, autor doskonałej muzyki do filmu blaxploitation ‚Coffy”. No i Bobby Hutcherson.

Hutch był życiowo skazany na zostanie muzykiem jazzowym. Jego brat był szkolnym przyjacielem Dextera Gordona, a jego siostra chodziła z Ericiem Dolphym. Zaczynał od pianina, żeby szybko przestawić się na wibrafon. Największe sukcesy zaczął odnosić młodo, w wieku zaledwie 22 lat nagrał wspólnie z hardbopowym saksofonistą Jackiem McLeanem ponadprzeciętną płytę ‚One step beyond’ (1963), na której wystąpił razem z Grahamem Moncurem III (puzon) i Tonny Williamsem (perkusja). Rok później przyczynił się do powstania arcydzieła – ‚Out to Lunch’ Erica Dolphiego. W 1965 roku debiutuje płytą ‚Dialogue’.

Współpraca z McLeanem, a przede wszystkim z Moncurem i Dolphym sytuuje ówczesne zainteresowania Hutchersona w obszarze ‚nowego jazzu’. Otwartość na orientalną melodykę, wychodzenie poza klasyczną skalę, rozszerzanie granic dźwiękowych – to wszystko słychać w spektakularnym debiucie Hutcha.

Płytę wypełniają kompozycje autorstwa pianisty Andrew Hilla i perkusisty Joe Chambersa.

Już pierwsze charakterystyczne dżwięki perkusji w ‚Catta’ zapowiadają wysoki poziom całości. Rivers odważnie frazuje, ocierając się o free. Porządkują ten utwór rytmiczne akordy pianina Hilla. Freddie Hubbard wprowadza do utworu nową jakość, zahacza o latynoską nutę. Zresztą cały utwór ma taki styl, połamany rytmicznie. Dźwięk wibrafonu nasuwa na myśl słowo ‚perlisty’. Bardzo klarowne solo. Motyw przewodni może nie należy do najoryginalniejszych w historii Jazzu, ale ma swój niewątpliwy urok.

Sam Rivers grający tym razem na flecie wprowadza wyrazisty nastrój w powolnym ‚Idle While’. Freddie Hubbard doskonale czuje się w takich spokojnych, stonowanych utworach. Gra płynnie i czysto. Delikatne dźwięki wibrafonu Hutcha dodają temu numerowi kolorytu i elegancji. Solo basu Richarda Davisa to podróż w lekką arytmię. Zamyka „Idle While’ Rivers.

Marszowy rytm perkusji Chambersa otwiera ‚Les Noirs Marchent’. Awangardowy wstęp przypomina nieco dokonania Dolphiego. Robi się free. Hubbard, Hutch i Rivers grają równocześnie, wywołując nastrój chaosu i niepokoju. Ilustracyjność tego utworu mogłaby być kanwą filmowej muzyki, dajmy na to u Hitchcocka. Napięcie osiąga zenit i powoli numer się wycisza. Wchodzi równy rytm perkusyjny.

Strona B zaczyna się dźwiękami wibrafonu Hutchersona. Najdłuższy utwór na płycie, tytułowy ‚Dialogue’ to kwintesencja nowego jazzu lat 60tych. Arytmiczne konwersacje wszystkich uczestników, karkołomne kaskady dźwięków wibrafonu, stopniowe budowanie napięcia, atmosferyczne falowanie, któremu poddają się wszyscy muzycy – ‚Dialogue’ eksploruje nowe obszary, rozszerzając środki wyrazu. Hutch gra tym razem m.ni. na Marimbie, jej drewniane płytki w przeciwieństwie do metalowych wibrafonu, nadają temu utworowi specyficzne brzmienie. Rivers wzbogaca ten utwór nosowymi dźwiękami klarnetu basowego. Solo Davisa dodaje temu dialogowi melodyjności, porządkuje poprzedzający ją freejazzowy chaos, aby znowu rozlać się oceanem nieskoordynowanych brzmień. Bardzo wiele treści niesie ze sobą ten dialog.

Bluesowy ‚Ghetto Lights’ daje odprężenie po niezwykle intesywnym ‚Dialogue’. Hubbard przejmuje dowodzenie, proponuje solo z pomysłem, spójne melodycznie, pełne uroku. Rivers wtóruje mu refleksyjnymi pasażami saksofonu. Zastanawiające solo. Hutch prezentuje swoje klasyczne oblicze. Gra bardzo obrazowo i przejrzyście. Doskonale ułożona forma tego utworu pozostawia słuchaczy z wrażeniem harmonii.

Niebiesko-czarna okładka płyty dobrze oddaje intrygującą i skomplikowaną zawartość debiutu Hutchersona. Świetnie dobrany skład, równowaga między porządkiem i chaosem, bogactwo wyobraźni muzyków – to wszystko decyduje o ponadczasowym wymiarze i niegasnącym nowatorstwie tej płyty. ‚Dialogue’ to bez wątpienia jeden z najbardziej wyrazistych debiutów w całej historii muzyki Jazzowej. Bobby Hutcherson, mimo 70tki jest wciąż aktywnym muzykiem.

John Coltrane – Crescent

crescent

Impulse! 1964

A1 Crescent
A2 Wise One
A3 Bessie’s Blues
B1 Lonnie’s Lament
B2 The Drum Thing

John Coltrane – Saksofon Tenorowy, Saksofon Sopranowy
McCoy Tyner – Pianino
Jimmy Garrison – Bas
Elvin Jones – Perkusja

Crescent oznacza księżyc w nowiu. Album nagrany został w 2ch podejściach, w kwietniu i czerwcu 1964 roku. O pół roku wyprzedza przełomowy ‚A Love Supreme’, uważany za największe osiągnięcie ‚medytacyjnego’ Coltrane’a. Na ‚Crescent’ jet to raczej Coltrane ‚liryczny’. Nagranie w składzie Coltrane/Tyner/Garrison/Jones to przykład najbardziej organicznego kwartetu w historii jazzu. W tym składzie nagrywali od 3 lat, począwszy od ‚Africa Brass’ z 1961 roku. Na ‚Crescent’ osiągnęli pełne emocjonalne i muzyczne porozumienie.

O Coltranie napisano już wszystko. W latach 50tych grał z Dizzim Gillespie, z Milesem Davisem nagrał m.in. ‚Kind of Blue’, należał do grupy Theloniousa Monka. Został zaakceptowany w środowisku jazzowym właściwie od razu. Jego saksofon tenorowy zabrzmiał na wielu płytach. Charakterystyczne frazowanie Coltrane’a – „Sheet of sound” (improwizacje przepełnione dźwiękami, karkołomne przejazdy po skali, wyjścia poza klasyczne 8mki i 16tki) zmieniło Jazz bezpowrotnie. Było zapowiedzią freejazzowych koncepcji lat 60tych. Sam Coltrane dochodził do free (płyta „Ascension” z 1965 roku) długo i powoli. W przeciwieństwie do Ornette Colemana, któremu zajęło to kilka lat, właściwie przez większość z 12 lat swojej profesjonalnej kariery muzycznej rozszerzał spektrum swojej gry. Razem z Erickiem Dolphym eksperymentował na początku lat 60tych z jazzem modalnym, prekursorem free, aby wrócić później do bardziej klasycznego grania ze swoim kwartetem, czego owocem jest m.in. ‚Crescent’. Przekonany o sukcesie koncepcji free pod koniec życia (zmarł na raka wątroby w 1967 roku) sam zaczął grać atonalnie.

Bez Coltrane’a nie byłoby Jazzu? To może nieco na wyrost postawiona teza, ale bez wątpienia muzyka ta byłaby dużo uboższa. Coltrane to postać wyjątkowa, człowiek, który poświęcił swoje życie dla muzyki. Jego 30/40 minutowe solówki na koncertach wymagały ogromnego zaangażowania i zdrowia. Przez całe życie doskonalił swoją technikę i koncepcję muzyczną. Zmarł młodo, aczkolwiek zdążył wyrazić siebie w pełni. Był osobą głęboko religijną, czego wyrazem jest jego arcydzieło ‚A love Supreme’. Nie dożył elektronicznego fusion. Ciekawe jakby się odnalazł w świecie elektrycznych instrumentów.

Crescent jest wyrazem klasycznego, poukładanego melodycznie stylu gry. Jest również bardzo liryczną płytą. Zawiera 5 utworów, wszystkie autorstwa Coltrane’a. Za doskonałe brzmienie płyty odpowiada Rudy Van Gelder, inżynier dźwięku, uważany za najważniejszą postać wśród producentów klasycznego jazzu. Dźwięk jest wzorcowy. Organiczna czystość instrumentów uzyskuje swoją pełnię dzięki winylowemu nośnikowi. Kwartet muzyków wspina się na wyżyny swoich umiejętności technicznych. Jednak kluczowa jest emocjonalna łączność między muzykami.

Utwór tytułowy otwiera miękka, atłasowa solówka Coltrane’a. Numer ma bluesowy feeling. Delikatne swingowanie Jonesa uzupełnia plumkający pochód basu Garrisona. Coltrane gra delikatnie, aczkolwiek z werwą. Jest w jego tonie smutek i melancholia, tak charakterystyczna dla Trane’a. Ale jest też energia człowieka dojrzałego, świadomego swoich możliwości. Artysty bliskiego spełnienia. Gdzieniegdzie ociera się o free, ale zawsze wraca do skali. Słychać wcześniejsze awangardowe wypady w stronę jazzu modalnego. Koniec utworu jest pełen liryzmu. Tak brzmi człowiek szczęśliwy.

Pianino Tynera wprowadza nas w balladę ‚Wise One’. Wpadający w ucho motyw nieco filmowej melodii serwuje nam sam Coltrane. Pianino i saksofon prowadzą ze sobą senny nieco dialog, wspierany przez talerze Jonesa. Perkusja buduje atmosferę utworu. Zaczynają pogodnie swingować, dołącza Garrision. Prowadzi Tyner, mądrze akcentując. Jones buduje latynoski rytm, ocierający się o bossa novę. Wchodzi Coltrane. Opowiada swoją historię. Przepiękna to muzyka, nic nie straciła ze swej klarowności. Muzycy zwalniają, wchodzi główny motyw. To 9cio minutowa uczta muzyczna, która nigdy się nie przejada. Można tego utworu słuchać w nieskończoność.

‚Bessie’s Blues’ zaczyna się bopowym solem Trane’a. Kontynuuje Tyner, podkreślając taneczny wymiar utworu. Ma wyczucie rytmu!. Trane przejmuje dowodzenie. Numer mógłby spokojnie trafić na albumy hard bopowe Coltrane’a z lat 50tych, na ‚Blue Trane’ albo ‚Giant Steps’. Odróżnia go od tamtych jendak wyraźnie miękka tonacja saksofonu mistrza i delikatność perkusji Jonesa. To już jednak post bop. Perełka.

Najdłuższy na płycie ‚Lonnie’s Lament’ to ballada doskonała. Zaczyna się lirycznie, bardzo plastycznie. Garrison wprowadza rytm do utworu. Jego bas pulsuje, punktuje. Nadaje charakter. Tyner gra chyba najlepsze solo pianina na płycie, posługując się akordami jako ramą, wzbogacając je szybko serwowaną gamą dźwięków. Solo pełne ornamentów i niespodzianek. Słychać jak bardzo rozwinął się grając razem z mistrzem. Garrison ma wreszcie trochę przestrzeni dla siebie, gra rytmicznie, trzyma melodię w ryzach. Bezbłędnie. Przerywa jego solo Coltrane silnym wibrato. Wracamy do początku historii. Kwartet w najwyższej formie.

Na zakończenie albumu na pierwszy plan wychodzi perkusja Jonesa. ‚The Drum Thing’, rzecz o bębnie. Gra Trio, bez pianina Tynera. Jones wybija afrykański, dosyć nieregularny rytm. Coltrane frazuje. Niezwykle współcześnie brzmią, spokojnie mogłaby grać w ten sposób Masada Johna Zorna. Bas Garrisona utrzymuje porządek rytmiczny. Solówka Jonesa przejmuje utwór. Nie oszczędza się, gra co ma w rękach. Zwalnia, ścisza moc uderzeń. Wchodzi Trane i puls basu Garrisona. Saksofon ma coś wschodniego w tonie, zapowiada przyszłe awangardowe podróże mistrza. Koniec.

‚Crescent’ ociera się o doskonałość. Nie ma na tej płycie niepotrzebnych momentów, wszystko jest perfekcyjnie wyważone. Liryzm przeplata się z z witalną energią, delikatność z siłą. Nie ma przebojowych numerów, jest raczej wyciszona i kontemplacyjna atmosfera. Bardzo piękna płyta.