Gary Burton ‎– The New Quartet

GB

ECM 1973

A1 Open Your Eyes, You Can Fly
A2 Coral
A3 Tying Up Loose Ends
A4 Brownout
B1 Olhos De Gato
B2 Mallet Man
B3 Four Or Less
B4 Nonsequence

Gary Burton – wibrafon
Michael Goodrick – gitara
Abraham Laboriel – bas
Harry Blazer – perkusja

Gary Burton – urodzony w 1943 w Indianie, wcześnie rozpoczął karierę wibrafonisty. Pierwsze nagrania Burtona datuje się na 1961 rok, czyli w wieku 18 lat był już w stanie przystąpić do profesjonalnych sesji nagraniowych. W pierwszej połowie lat 60tych współpracuje ze Stanem Getzem (Getz / Gilberto #2 1965), Quincy Jonesem (Quincy Jones Explores The Music Of Henry Mancini 1964) i Sonny Rollinsem (3 In Jazz 1963). Nagrywa kilka albumów dla RCA (1963-69), aby płynnie przejść w 1967 roku do wytwórni Atlantic, gdzie nagrywa m.in. z Keithem Jarrettem i Patem Methenym. W 1968 zostaje wybrany Jazzmanem roku przez prestiżowy magazyn Down Beat jako najmłodszy laureat w historii tej nagrody. W końcu trafia do ECM, z którą wiąże się na blisko 2 dekady., nagrywając m.in. z Chickiem Coreą. Nagrywa głównie w kwartetach z pianistami albo gitarzystami (do jego zasług należy wypromowanie Pata Metheny), chociaż nie unika duetów (m.in ‚Crystal Silence’ 1973 ECM) i nagrań solowych (Alone at Last 1971, nagroda Grammy). Jego styl gry należy do dość subtelnych. Nie unika formy rockowej, większość nagrań jest w eleganckim stylu fusion.

The New Quartet był ecmowską odpowiedzią na będący sukcesem pierwszy kwartet z Larry Coryellem na gitarze i Stevem Swallow’em na basie (nagrania dla RCA Victor). Nagranie trwało 2 dni marca 1973 roku.
Autorami zawartych na tym albumie utworów jest cała plejada jazzowych gwiazd tamtego okresu – Keith Jarrett, Chick Corea, Carla Bley i lider we własnej osobie – Gary Burton. Do tego angielski pianista Gordon Beck i kompozytor rodem z Zimbabwe (!) Michael Gibbs (po 2 kompozycje). Co do instrumentalistów – basista Abraham Laboriel to intensywnie grający muzyk sesyjny m.in Nathana Davisa, Jimmy Smitha i Benny Maupina. Mick Goodrick grał jeszcze z Jackiem De Johnette i Woodym Hermanem. Harry Blazer to muzyk przede wszystkim związany z Garym Burtonem.

Muzyka na tej płycie jest zdecydowanie przyjazna słuchaczowi. Funkująca sekcja rytmiczna w połączeniu z miękkim brzmieniem wibrafonu Burtona daje znakomity efekt. Michael Goodrick na gitarze nieźle wywija, nieco w latynoskim stylu (‚Open Your Eyes, You Can Fly’ autorstwa Chicka Corea). Jest trochę muzyki relaksacyjnej (‚Coral’/Keith Jarrett), nieco delikatnie progresywnego grania a la Robert Fripp (‚Tying Up Loose Ends’/Gordon Beck), nawiązań do jazz-funku a la Roy Ayers (‚Brownout’/Burton). Stronę B otwiera piekna ballada ‚Olchos de Gato’ autorstwa Carli Bley.

Carla-Bley

‚Mallet Man’ – autorstwa Gordona Becka – to swoisty chołd dla Burtona, który jako pierwszy wprowadził nowy styl gry na wibrafonie – używał 4 pałeczek zamiast standardowych dwóch, co zdecydowanie zróżnicowało brzmienie. ‚Four Or Less’ autorstwa Mike’a Gibbsa to już rockowe granie, którego nie powstydziliby się Beatlesi, lekko bluesowe z dziwnym metrum. Płytę kończy swingujący jazz funkowy post bop ‚Nonsequence’ autorstwa Mike’a Gibbsa.

Gary Burton chyba sam nie spodziewał się, że można grając na tak mało popularnym instrumencie jak wibrafon zajść tak daleko w świecie jazzu – a jednak mu się to udało. Został 15tokrotnie nominowany do nagrody Grammy, nadal jest aktywnym muzykiem. Jest jednym z innowatorów stylu fusion w jazzie i techniki gry na wibrafonie.

Miles Davis ‎– Bitches Brew

bitches brew

CBS Sony 1970

A Pharaoh’s Dance
B Bitches Brew
C1 Spanish Key
C2 John Mclaughlin
D1 Miles Runs The Voodoo Down
D2 Sanctuary

Miles Davis – Trąbka
Wayne Shorter – Saksofon sopranowy
Bennie Maupin – Klarnet basowy
John McLaughlin – Gitara
Chick Corea – Pianino elektryczne
Joe Zawinul (A, B, C1, D2) – Pianino elektryczne
Larry Young (A, C1, D1) – Pianino elektryczne
Dave Holland – Bas
Harvey Brooks – Bas
Charles Alias – Perkusja
Jack DeJohnette – Perkusja
Lenny White – Perkusja
Jim Riley – Perkusjonalia

Jubileuszowa 50 odsłona musi mieć zacną oprawę i bogatą treść. Obie te cechy spełnia nieśmiertelny album psychodelicznego jazzu – ‚Bitches Brew’. Najlepiej brzmi słuchany podczas silnego wiatru na żaglówce ma Mamrach. Towarzyszy mi już ze 20 lat. Jest jak latarnia morska wskazująca drogę podczas zwątpień i klęsk przeróżnych. Jest jak estetyczny wzorzec z Sevres do którego można porównać właściwie wszystko, co zostało później wydane. Sprawdzić, czy wytrzymuje tę konfrontację. Czy też jest od początku błędne.

Właściwie jest to album bliski doskonałości. Piękna, tajemnicza okładka, nieśmiertelny skład, jedyna w swoim rodzaju muzyczna pewność siebie i niepodważalna energia zawarta w tych kilku utworach. Ale cóż to są za utwory! Jaka jest ich skala, jaki zasięg oddziaływania, gdzie się kończy ich bogata emocjonalność i żywotność?

Jakże długą drogę muzyczną przeszedł w swoim życiu Davis! Od bebopu, przez cool, różne wersje modalnego grania, później nowoczesny i nadal aktualny elektryczny jazz, zawierający w sobie wszystko co najlepsze z tej przebogatej muzycznie epoki, aż po narkotyczny funk, niezidentyfikowane eksperymenty połowy lat 70, kiedy niewiele już przypuszczalnie pojmował z tego co się dzieje, ale jego intuicja była jak skała i w końcu powrót w latach 80tych po kilku latach odwyku i psychicznej rozterki. Niezwykle intensywne i ciekawe było jego życie. Tak niepozorny człowiek z tak wielką charyzmą i pewnością, że to co robi to jest właśnie to. Prawdziwy niepoprawny geniusz.

Niewielu jest w historii takiego formatu muzyków. Być może nawet właśnie Davis aspiruje swoją postawą do miana najlepszego muzyka w historii. Nie był najwybitniejszym technikiem. Pojawiali się lepsi od niego, lepiej wyszkoleni, stworzeni do ekwilibrystyki. Niektórzy świecili tak jasno, że aż się spalali od własnego światła i działali krótko, często ponosząc największą ofiarę – własne życie. Wielu zatraciło się w ozdobnikach gwiazdorskiego życia i odpłynęli w estetyczną otchłań popkultury. Davis był jak cyborg, wyszedł obronną ręką właściwie ze wszystkich mielizn jakie generuje taki poziom popularności. Do tego wykazał się niezwykłą żywotnością, niczym wampir czerpał energię z kolejnych muzycznych nurtów, które go otaczały. Jego geniusz w dużym stopniu polegał na umiejętnym zagospodarowaniu rodzących się dookoła talentów. Prawdopodobnie najlepszym przykładem działania tego mechanizmu jest właśnie podwójny album ‚Bitches Brew’.

Zazdroszczę temu, który nigdy nie słyszał tego albumu. Całe życie słuchał powiedzmy Justina Biebera i nagle odpalił Davisa. Bieber jest ok, produkują mu zapewne najlepsi w branży, daje radę. Tylko jak porównać jego pieszczotliwe pomruki do zabójczej maszynerii jaką stworzył Davis na Bitches? Brakuje skali.

Trudno jest analizować tę muzykę. Jest na style spójna i płynna, skonstruowana z najlepszych elementów, że właściwie odbiera się ją bezkrytycznie, jako skończone arcydzieło. Zresztą słuchałem już tej płyty tyle razy, że trudno mi o krytycyzm, więc nie ma sensu się wysilać. Po prostu posłuchajcie!

Michal Urbaniak ‎– Fusion

Columbia 1974

A1 Good Times, Bad Times
A2 Bahamian Harvest
A3 Impromptu
A4 Seresta
B1 Fusion
B2 Deep Mountain
B3 Bengal

Michał Urbaniak – Skrzypce elektryczne, Saksofon sopranowy
Urszula Dudziak – Wokal
Adam Makowicz – Pianino elektryczne
Wojciech Karolak – Organy Hammonda
Czesław Bartkowski – Perkusja

Michał Urbaniak jest niewątpliwie jednym z filarów polskiego jazzu i świetnym jego ambasadorem w Europie i U.S.A. Już w latach 60tych grał w U.S.A. (z Andrzejem Trzaskowskim i Zbigniewem Namysłowskim) i Skandynawii. W 1971 roku dostał Grand Prix na festiwalu Montreaux, gdzie wystąpił z własnym zespołem Michał Urbaniak Group w skład którego – w różnych okresach – wchodzili: Adam Makowicz (pianista), Paweł Jarzębski, Michał Komar i Janusz Kozłowski (basiści), Czesław Bartkowski i Andrzej Dąbrowski (perkusiści) oraz Urszula Dudziak (wokalistka). Dzięki tej nagrodzie zaistniał na stałe w krajobrazie europejskiego jazzu, często występował ze świetnym przyjęciem swojego free jazzowego fusion. W latach 60tych też nie próżnował – grał z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego Jazz Rockers (1961), z kwintetem The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego (1962) i z zespołem Krzysztofa Komedy (1962-1964). W 1973 wyjechał na stałe do USA, gdzie zrobił wyjątkową jak na polskiego muzyka jazzowego karierę, grywał z najlepszymi, oto długa lista jazzowych sław, z którymi grał Urbaniak – George Benson, Lenny White, Wayne Shorter, Marcus Miller, Billy Cobham, Joe Zawinul, Ron Carter, Stéphane Grappelli oraz Miles Davis (zaprosił go do projektu „Tutu”). W latach 70tych nagrał całą serię wartych uwagi albumów w klimacie fusion – ‚Atma’, ‚Fusion III’, ‚Body English’. W latach 80tych nadal bardzo aktywny. Po trzynastu latach nieobecności w 1986 przyjechał do Polski i wystąpił na „Jazz Jamboree”. W latach 90tych grał pod szyldem Urbanator jazz z elementami hiphopu. Komponował również muzykę do spektakli teatralnych, filmów i programów telewizyjnych (‚Dług’ Krzysztofa Krauze, ‚Eden’ Andrzeja Czeczota). Wielokrotnie nagradzany – w latach 1962-63 zajął II miejsce w ankiecie czytelników pisma „Jazz” w kategorii saksofon tenorowy, w ankiecie pisma „Down Beat” w 1975 został zwycięzcą w wyborze krytyków w kategorii talent zasługujący na szersze uznanie, w 1976 zajął II miejsce jako skrzypek jazzowy, w 1992 jego nazwisko znalazło się wśród największych sław jazzu w pięciu kategoriach: album roku (II miejsce), muzyk roku (V miejsce), jazz electronic combo (V miejsce), kompozytor (IX miejsce) i skrzypek (IV miejsce). Również wielokrotnie wybierany był skrzypkiem roku w ankiecie Jazz Top magazynu „Jazz Forum”. Jego córka Mika Urbaniak również zajmuje się muzyką. Jego żoną była wokalistka jazzowa Urszula Dudziak.

Pierwotnie album ‚Fusion’ został wydany w Niemczech Zachodnich w 1973 roku jako ‚Super Constellation”. A tak wyglądał jego okładka:
super constelation

Wydaje się, że okładka ‚Fusion’ jest jednak bardziej dopracowana formalnie. Natomiast muzycznie jest przekrojowo i bardzo na czasie. Z jednej strony słychać jeszcze wpływy jazz-rockowego grania free w stylu elektrycznego Davisa, zgrabnie połączone ze słowiańską nastrojowością i instrumentalnym kunsztem. Z drugiej strony pojawiają się elementy funku, których z czasem będzie coraz więcej w muzyce Urbaniaka, aż do ekstremum jakim jest quasi hip hopowy projekt Urbanator z lat 90tych. Zaczyna się bardzo energetycznie i rockowo – ‚Good Times, Bad Times’ nie ustępuje dokonaniom Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina. Frapujący i dość niepokojący motyw pianina wzbogacają elektryczne skrzypce Urbaniaka i delikatny wokal Dudziak. Przebój epoki fusion. Najlepszy na płycie, dosyć psychodeliczny ‚Bahamian Harvest’ zaczyna się podkręconym efektami wokalem Dudziak i funkowym bitem perkusji Bartkowskiego. Utwór staje się przyjemnie taneczny i folklorystycznie swojski. Dużo w tym kawałku wolności, chyba dobrze im zrobiły przenosiny do Stanów, jest groove i jest przestrzeń. ‚Impromptu’ to raczej przerywnik acz wdzięczny. Charakterystyczna ‚Seresta’ znana już z płyty ‚Constellation In Concert’ wydanej rok wcześniej w serii Polish Jazz robi wrażenie solówką Urbaniaka i hipisowską atmosferą. Strona A tego albumu jest jedną z najlepszych w historii polskiego (amerykańskiego?) jazzu!

B-Side otwiera wyluzowana tytułówka. Przewodni motyw przypomina nieco brzmienie gitary Roberta Frippa z King Crimson. Ciekawie połamany numer. Funky. ‚Deep Mountain’ pobrzmiewa za to Led Zeppelin. W eleganckiej aranżacji tej piosenki łatwo się zasłuchać. Wisienką na torcie jest świetna solówka Makowicza. Zamykający ten rewelacyjny album ‚Bengal’ również z ‚Constellation In Concert’ to ponad 13 minut progresywnego jazzu. Dobry przelot, chaos kontrolowany. Sporo funku. Miodzio.

Świetny album. 45 minut soczystego grania bez zamulania, w amerykańskim stylu z polską wrażliwością!

Płytkę udało mi się znaleźć w sklepie ‚Płyty Gramofonowe” przy placu Zbawiciela.