Wayne Shorter ‎– Night Dreamer

night-dreamer

Blue Note 1964/2015

A1 Night Dreamer
A2 Oriental Folk Song
A3 Virgo
B1 Black Nile
B2 Charcoal Blues
B3 Armageddon

Wayne Shorter – saksofon tenorowy
Lee Morgan – trąbka
McCoy Tyner – pianino
Reginald Workman – bas
Elvin Jones – perkusja

Jeden z najbardziej znanych saksofonistów tenorowych w historii jazzu. Swoje piętno odcisnął przede wszystkim w drugim kwintecie Milesa Davisa (1964-69) razem z Herbie Hancockiem, Ronem Carterem i Tony Williamsem. W latach 1964-74 wydawał regularnie autorskie płyty dla wytwórni Blue Note (m.in Night Dreamer, Adam’s Apple, Speak No Evil). W latach 1970-1986 współtworzył supergrupę Weather Report, wspólnie z m.in. Joe Zawinulem, Jaco Pastoriousem, Miroslavem Vitousem i Alphonse Mouzonem.

Autor wielu standardów jazzowych na czele z utworem ‚Footprints’. Posiadający bardzo silny i czysty ton. Stylistycznie wywodzący się z hard bopu. Jeden z autorów stylu fusion.

‚Night Dreamer’ to jego debiut jako lidera dla Blue Note. Udało się Shorterowi zbudować mistrzowski skład z Lee Morganem na trąbce, McCoyem Tynerem na pianinie, Elvinem Jonesem na perkusji i Reginaldem Workmanem na basie.

Muzycznie ten album plasuje się w rejonie Modern Jazzu, może nawet trochę zahaczając o Cool. Jest elegancko wyważony, ma wiele ciekawych motywów. Stylistycznie opiera się na bluesie, miejscami przenikając new thing spod znaku Andrew Hilla. Nie ma na nim przesadnego free, wyczuwa się tradycyjną szkołę Arta Blakeya i jego Jazz Messengers. Stylistycznie plasuje się ‚poza czasem’- mając z jednej strony mocną podstawę w postaci bluesa, a z drugiej nieznaczny element awangardy new thing. Warto wsłuchać się w indywidualną twórczość Shortera dla Blue Note.

Pat Martino ‎– El Hombre

pat martino

Prestige 1967

A1 Waltz For Geri
A2 Once I Loved
A3 El Hombre
A4 Cisco
B1 One For Rose
B2 A Blues For Mickey-O
B3 Just Friends

Pat Martino – gitara
Danny Turner – flet
Trudy Pitts – organy
Vance Anderson, Abdu Johnson – perkusjonalia
Mitch Fine – perkusja

Debiutował jako lider w wieku dwudziestu kilku lat, nagrywając omawiany tutaj album dla wytwórni Prestige (a w późniejszym okresie jeszcze 4ry albumy, w tym bardzo dobre ‚East!’, ‚Desperado’ i ‚Baiyina (The Clear Evidence)’, z elementami psychodelii). Jako największe inspiracje uznawał gitarzystę Wesa Montgomery, arcy jazzmana Johna Coltrane’a, z którym studiował i Stana Getza. Wcześniej uczestniczył w zjawisku raczkującego filadelfijskiego rocka i nagrywał m.in. z Erikiem Klossem i Bobby Hutchersonem. Jego kariera rozwijała się płynnie aż do nieszczęsnego dnia w 1976 kiedy zaczął podupadać na zdrowiu. Miał tętniaka, stracił pamięć, przeszedł bardzo długą rekonwalescencję. Wrócił po 10ciu latach albumem ‚ The Return’. I mimo poważnych problemów zdrowotnych wznowił karierę na dobre. Nadal aktywny, zdołał nagrać kilka interesujących albumów, otrzymać sporo nagród i wyróżnień (m.in nominacje do Grammy za ‚Live at Yoshi’s’ i ‚Think Tank’ w kategorii najlepszy album instrumentalny).

Jeden z najlepszych gitarzystów z pogranicza modern jazzu i fusion, posiadający świetną technikę gry na instrumencie i indywidualne wyczucie epokowych trendów muzycznych, czego przykładem są ‚psychodeliczne’ albumy z końca lat 60tych i fusion z pierwszej połowy lat 70tych (m.in. ‚Consciousness’ z 1974 roku).

‚El Hombre’ to pierwsza sesja nagraniowa Martino sygnowana jego nazwiskiem. Młodziutki był wtedy, równie wcześnie zaczął profesjonalną karierę co Hancock. Już pierwsze takty ‚Waltz for Geri’ dają próbkę jego możliwości jako instrumentalisty. Mimo młodego wieku, a może właśnie dzięki swojej młodzieńczej energii gra żywiołowo. Do tego dorzuca nieskazitelną technikę, słychać u niego tendencję do grania rytmicznego, a akcentowanie jest wręcz rockowe. Płyta nagrana w 1967 roku, a więc w apogeum rozwoju hipisowskiego ruchu w Stanach. Ciekawy jest skład tej płyty, flet i organy bez basu (a la The Doors :D), z całkowicie nieznanymi muzykami sesyjnymi. Muzycznie jest raczej klasycznie, walce, latynoskie, przyjemne dla ucha melodyjki, rozbudowane bluesowe utwory na stronie B. Dopiero na kolejnych albumach Martino stylistycznie rozwinął się w kierunku psychodelii, co nie oznacza, że czegoś ‚El Hombre’ brakuje – brzmienie jest ciepłe, zespół zgrany, płyty słucha się z przyjemnością.

Martino mimo, że nie jest innowatorem na miarę Colemana, ma swój wkład w rozwój jazzu, szczególnie w kierunku psychodelii na przełomie lat 60tych i 70tych. Do tego dochodzą jego wysokie umiejętności techniczne. Warto zwrócić uwagę na jego twórczość i docenić siłę ducha człowieka, który po ciężkiej chorobie i 10 latach przerwy wrócił po latach na scenę.

Hubert Laws – Morning Star

morning star

CTI 1972

A1 Morning Star
A2 Let Her Go
A3 Where Is The Love
B1 No More
B2 Amazing Grace
B3 What Do You Think Of This World Now?

Hubert Laws – flet
John Tropea – gitara
Bob James – pianino
David Friedman – wibrafon
Ron Carter – bas
Billy Cobham – perkusja

Orkiestra pod batutą Don’a Sebesky

Za Encyklopedią Dionizego Piątkowskiego: „Muzyk pozostający pod znacznym wpływem jazzu, ale w swej sztuce poszukujący brzmienia klasycznego, symfonicznego.[…] Utalentowany flecista, zarejestrował kilkanaście albumów dla słynnej CTI Records, lansując lekkie, łatwe i przyjemne brzmienie fusion jazzu.”

Oto dosyć długa lista artystów, których sidemanem był Hubert Laws: Quincy Jones, Miles Davis, Herbie Hancock, Chick Corea, Ella Fitzgerald, Sarah Vaughn, Freddie Hubbard, Paul McCartney, Paul Simon, Aretha Franklin.

Otrzymał 3 nominacje do nagrody Grammy – za ‚In the Beginning’ (CTI 1974), ‚Morning Star’ i ‚Land of Passion’ (Columbia 1979).

Na płycie, dosyć krótkiej acz treściwej, 6 niezobowiązujących utworów z całą masą świetnych instrumentalistów. Klasycznie, bigbandowo, odprężająco. (Na marginesie to jedna z 3 płyt obok best of Niny Simone i live Freddiego Hubbarda, którą udało mi się zdobyć w nieistniejącej już kafei zarządzanej przez imć Brodacza obok Faworów na Mickiewicza). W tytułowym utworze wyróżnia się delikatne pianino elektryczne Boba Jamesa. Nie jestem specjalnym fanem brzmienia fletu, kojarzy mi się ten instrument z muzyką w podstawówce, aczkolwiek Hubert Laws daje radę. Wrażenie robi brzmienie całej orkiestry, płyta jest świetnie nagrana. Billy Cobham gra dosyć subtelnie jak na swoje możliwości artykulacji. ‚Let Her Go’ mogłoby spokojnie znaleźć się na ścieżce dźwiękowej westernu ‚Jak Zdobywano Dziki Zachód’ czy coś podobnego. Jest lekko po amerykańsku nadęte, ale w sumie bardzo ładne. Ociera się o kicz, chociaż nie razi pocztówkową urodą. Jest super profesjonalnie zagrane. Ostatni utwór na stronie A ‚Where Is The Love’ podobnie jak poprzednik urzeka delikatną cukierkowością. Ponownie najciekawsze jest brzmienie pianina. Smyczki działają na słuchacza niczym mały piesek w kinie familijnym – uwznioślają uczucia odbiorcy do granic jego wytrzymałości.

Strona B zaczyna się fajnym efektem echa dodanym do brzmienia fletu Lawsa. W ‚No More’ jest nieco więcej funku niż na całej stronie A. Oczywiście daleko do soczystego fusion funku Hancocka, wszystko jest podane z dystansem i umiarkowaniem. Pojawia się soulowy kobiecy wokal. Jest dobrze. ‚Amazing Grace’ jest bez wątpienia piękną melodią i niech tak zostanie. Na zakończenie ładna piosenka z elementami awangardowej muzyki wspóczesnej (harfa!) wyśpiewana solo przez Debrę Laws ‚What Do You Think Of This World Now?’.

Co można dodać – nie bez kozery Laws był nominowany do Grammy za tę płytę – jest rozmach, świetni instrumentaliści w topowej formie, duży format (orkiestra Dona Sebeskiego), piękne melodie. Doskonała rzecz na niedzielny relaks w kapciach na kanapie.

Grachan Moncur III ‎– Evolution

evolution

Blue Note 1963

A1 Air Raid
A2 Evolution
B1 The Coaster
B2 Monk In Wonderland

Grachan Moncur III – puzon
Jackie McLean – saksofon altowy
Lee Morgan – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Bob Cranshaw – bas
Anthony Williams – perkusja

Pierwszy puzonista w Playtime’owym zestawieniu.

Grachan Moncur III (już samo nazwisko powoduje trudności w pisowni, muzyka wcale nie jest łatwiejsza) urodził się w 1937 roku w NY. Ostatni album wydał w 2007 roku, więc mimo 70 lat ciągle był (i być może jest nadal) aktywnym muzykiem.

Nie sięgając specjalnie w jego prehistorię (ojciec Grachan Moncur II był również muzykiem), można uznać, że początkiem jego jazzowej kariery była współpraca z Jazztetem Arta Farmera, z którym uczestniczył Moncur w nagraniu w 1962 roku płyty ‚Another Git Together’. Podczas studiów poznał m.in. Wayne’a Shortera i Gary Bartz’a. Już na początku kariery grał w takich klubach jak Birdland i Five Spot. W latach 1959-1961 był muzykiem zespołu Raya Charlesa. Szybko wkręcił się w roster Blue Note. Nagrywał z Jackie McLeanem (kilka albumów, m.in. ‚One Step Beyond’ i ‚Hipnosis’), Herbie Hancockiem (‚My point of view’ 1964) i wspominanym już wcześniej Shorterem. Później komponował muzykę do filmów (‚Blues for Mr. Charlie’), po drugim, również bardzo ciekawym albumie ‚Some other stuff’ (z Shorterem, Hancockiem i Anthony Williamsem w składzie) przez 5 lat nie nagrywał, powrócił w 1969 roku bardzo dobrym albumem ‚New Africa’ dla francuskiego labela BYG. Koniec lat 60tych charakteryzuje współpraca ze śmietanką Free Jazzu (m.in. Archie Sheppem i Roswellem Ruddem /również puzon/). Lata 70te to nagranie jazzowej symfonii (‚Echoes of Prayer’ 1974) i tylko w Japonii wydanego, 6tego autorskiego albumu ‚Shadows’ (1977). Ciekawym epizodem była współpraca z projektem 360 Degree Music Experience perkusisty Beavera Harrisa (m.in bardzo interesujący album ‚Beautiful Africa’ 1979). Aż do 2004 roku i albumu ‚Exploration’ z Gary Bartzem nie nagrywał niczego specjalnie godnego uwagi, głównie uczył (m.in w  Newark Community School of the Arts 1982-1991).

‚Evolution’ jest tak na dobrą sprawę debiutem sesyjnym Moncura jako leadera. Nagrany w składzie sextetu (Jackie Mclean i Lee Morgan stanowiący obok Moncura sekcję dętą, Hutcherson na wibrafonie, Bob Cranshaw i Tony Williams w sekcji rytmicznej). Znajdują się na nim 4 rozbudowane kompozycje – post bopowy ‚Air Raid’, totalnie odjechany utwór tytułowy, ‚The Coaster’ i dowodzący inspiracji twórczością Theleniousa Monka ‚Monk in Wonderland’.

W ‚Air Raid’ solem na pograniczu free popisuje się McLean. Lee Morgan odpowiada energetycznym solem na trąbce. Obu dogrywa nieco psychodelicznie Hutcherson. Williams buduje interesujące bopowe solo (grane w pół tonu).

‚Evolution’ zaczyna się napiętą atmosferą niczym z Hitchocka albo niektórych filmów francuskiej nowej fali (Malle,Chabrol). McLean wymiata soczystym solem na swoim altowym saksofonie, później swoje sola grają Lee Morgan, sam Moncur i na koniec Bobby Hutcherson (ten dziwny, metaliczny dźwięk wibrafonu!). Utwór mający być odwzorowaniem ‚początku rozwoju ludzkości’ jest niewątpliwie pozycją wyjątkową. Kwintesencją ówczesnych awangardowych poszukiwań jazzmanów nagrywających dla wytwórni Blue Note w tamtym czasie (1962-1965).

‚The Coaster’ wprowadza bardziej przyjazny, swingujący, nieco latynoski klimat. Zaczyna solem Moncur. Kontynuuje McLean. Potem Morgan. Wszyscy brzmią doskonale. Utwór trzyma w ryzach jak zawsze niezawodny Williams, dogrywając czasem swoje karkołomne wstawki. Rytmicznym, przestrzennym solem popisuje się Hutcherson. Moncur zamyka utwór swoim krótkim solem jak klamrą. Jest to dobry obraz możliwości technicznych wszystkich grających muzyków.

‚Monk in Wonderland’ zadziwia. Rzeczywiście motyw początkowy ma jakiś monkowski klimat, jednak pozostawia słuchacza w rozterce – Monk czy nie-monk? Jednak nie, bardziej nowoczesny i uporządkowany, mimo przeważającej abstrakcji. Hit czy doskonale technicznie zagrana klisza z Monka? Sprawę pozostawiam nierozstrzygnięta…

Kariera Moncura potoczyła się odmiennie od wielu pozostałych utalentowanych muzyków Blue Note’a tworzących nurt zwany niekiedy ‚new thing’, takich jak Bobby Hutcherson czy jego dobry kumpel Jackie McLean. Natomiast jego obecność zazwyczaj oznaczała odpowiedni, wysoki poziom muzyczny i dużo awangardowych, niestandardowych rozwiązań muzycznych. Warto sięgnąć szczególnie po pierwsze dwa albumy Grachana Moncura III!

Curtis Amy & Dupree Bolton ‎– Katanga!

katanga!

Pacific Jazz Records 1963

A1 Katanga
A2 Lonely Woman
A3 Native Land
B1 Amyable
B2 You Don’t Know What Love Is
B3 A Shade Of Brown

Curtis Amy – Saksofon
Dupree Bolton – Trąbka
Ray Crawford – Gitara
Jack Wilson – Pianino
Vic Gaskin – Bas
Doug Sides – Perkusja

W sumie dziwne, że nie udało się Curtisowi Amy odnieść jakiegoś mniej lub bardziej spektakularnego sukcesu. Ton miał czysty i elegancki, potrafił zagrać mocno i lirycznie. Pisał świetne utwory (‚Lonely Woman’, ‚Native Land’) Znają go wszyscy fani The Doors – zagrał w ‚Touch Me’z 4tego albumu tej kultowej grupy ‚The Soft Parade’. Nagrywał z Rayem Charlesem, Bobby Hutchersonem, Royem Ayersem i Marvinem Gaye. Jego żoną była znana z ‚Gimme Shelter’ Stonesów wokalistka soulowa Merry Clayton. W latach 1961-63 trafił mu się prawdziwy wysyp albumów nagranych dla Pacific Jazz (m.in ‚Way Down’ z Marcusem Belgrave, ‚Groovin’ Blue’ z Hutchersonem i ‚Tippin’ On Through’ z Ayersem). Najlepszym z tych 6ciu albumów jest zdecydowanie ‚Katanga!’. Później nagrywa funkowo-bopowy album ‚Mustang’ (1966) z Kenny Barronem i właściwie znika ze sceny. Tym większe brawa dla paryskiej ekipy Heavenly Sweetness za ponowne wydanie ‚Katangi!’ na 180 gramowym winylu!

Zaczyna się od radosnych, bopowych dźwięków ‚Katanga’ i przeszywającego sola trąbki Dupree Boltona. Curtis Amy podkręca jeszcze taneczny klimat tego utworu mocnymi akcentami saksofonu. Jack Wilson proponuje słuchaczom super szybkie solo na pianinie. Doug Sides na perkusji dorzuca swoje kilka dźwięków w bardzo krótkim solo. Wszystko zamyka się w 3 minutach. ‚Lonely Woman’ zwalnia zdecydowanie. Curtis Amy gra intensywne solo. Utwór ocieka bluesowym sexy vibe’em. Urozmaica go gitara Raya Crawforda. Brzmi bardzo dosadnie i bezpretensjonalnie. Te 2 pierwsze kawałki wprowadzają do właściwego rozwinięcia, ponad 10 minutowego ‚Native Land’, najlepszego na płycie, rozbudowanego hardbopu z elementami afrykańskiego folku. Afrykańska maska na okładce doskonale odzwierciedla muzykę akurat w tym utworze. Zapowiada w dużym stopniu klimat rok późniejszej płyty Coltrane’a ‚A Love Supreme’, przypomina też trochę coltrane’owskie „My Favourite Things”. Do tego nieco psychodelii, atmosfera wyciszenia. Rozmarzone solo saksofonu altowego. Trąbka Dupree Boltona świetnie wpasowuje się w ten utwór. Kolejnym jest akustyczne gitarowe solo Raya Crawforda. Uczta dla uszu, słychać, że sekcja rytmiczna złapała wiatr w żagle, bardzo wciągające i relaksujące brzmienie. Solo pianina i domknięcie. Można tego utworu słuchać w kółko bez znużenia.

Drugą stronę płyty otwiera bardzo rytmiczne ‚Amyable’. Pierwsze solo Raya Crawforda na gitarze podkreśla ten zrelaksowany rytm. Jest w tym utworze dużo lekkości, płynności. Trąbka Dupree Boltona dodaje ‚Amyable’ nieco ostrości, utrzymując równocześnie niezobowiązujący klimat całości. Sekcja rytmiczna gra bez zarzutu, klasycznie swingując. Bardzo zgrabne solo pianina Jacka Wilsona jest wisienką na torcie bardzo smakowitego ‚Amyable’. Dużo dobrej energii przekazują nam muzycy w tej części ‚Katanga!’. Kolejnym utworem na płycie jest klasyk ‚You don’t know what Love is’. Curtis Amy gra bardzo czysto. Melancholijne dźwięki saksofonu, w tle miękkie uderzenia szczoteczek o talerze. Nieco przesłodzone, ale z wyczuciem. Rozbudowane solo Dupree Boltona na trąbce pięknie wzbogaca ten utwór. Sekcja dęta ma okazję zaprezentować tutaj wszystko co najlepsze. Perełka. Zamykający winyl ‚A Shade of Brown’ kryje w sobie bardzo energetyczne solo gitary Raya Crawforda. Solidnie zbudowany utwór, nie można niczego zarzucić autorowi i wykonawcom, natomiast nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dęciaki prezentują swoje umiejętności, najpierw Bolton, następnie Amy. Egzamin zdają na piątkę. Solo pianina również jest bezbłędne. Jedyny zarzut jaki mogę mieć wobec tego utworu, to, że takich jazzowych post bopowych numerów wydanych przeważnie dla Blue Note w jazzie lat 60tych są setki. Wszystkie brzmią świetnie, są doskonale zrealizowane, ale nieco bez wyrazu. Ocierają się o bardzo porządną rzemieślniczą robotę.

Mimo wszystko ‚Katanga!’ wyróżnia się na plus. Stosunkowo krótki, 35 minutowy album jest bardzo dobrze złożony, spójny, słucha się go bez znudzenia. Ukazuje prawdziwy talent kompozytorski zapomnianego już ponadprzeciętnego artysty jakim był zmarły w 2002 roku saksofonista Curtis Amy. Muzyka Jazzowa kryje w sobie jeszcze wielu takich niedocenianych Curtisów Amy!

The Thelonious Monk Quartet– Misterioso

misterioso

Riverside 1958

A1 Nutty
A2 Blues Five Spot
A3 Let’s Cool One
B1 In Walked Bud
B2 Just A Gigolo
B3 Misterioso

Thelonious Monk – pianino
Johnny Griffin – saksofon tenorowy
Ahmed Abdul-Malik – bas
Roy Haynes – perkusja

Nagrane na żywo w klubie Five Spot.

Tym razem sięgam do dalekiej historii jazzu. Muzyki z zupełnie innej epoki. Czasów bebopu Charlie Parkera i Dizzy Gillespiego. Thelonious Monk zaistniał za ich czasów utworem „Round Midnight”. Długo miał opinię dziwaka i ekscentryka, był odrzucany przez ówczesną krytykę jazzową jako niepotrafiący grać czysto i rytmicznie, fałszujący pianista. Jego technika gry, bardzo intuicyjna, bazująca na rzadko używanych połączeniach dźwięków, posługująca się czasem błędem jako środkiem wyrazu, atonalna, nierytmiczna była przeciwieństwem bebopowego, szalonego swingowania. Bardzo wysublimowany i indywidualny sposób gry Monka powoli zmieniał sposób odbioru muzyki improwizowanej. Wydaje się, że bez niego nie byłoby eksperymentów Colemana i Dolphiego. Elegancja brzmienia Monka, głęboko osadzonego w dość sztywniackich latach 50tych lokowała jego muzykę w mainstreamie jazzowym. Natomiast jego ekscentryczne podejście do melodii powodowało, że stał się jednym z pionierów modern jazzu lat 60tych.

Jak każdy dobry muzyk jazzowy miał przygody z prawem. Został zaaresztowany i zabrano mu licencję na grę w klubach, gdy chcąc uchronić swojego kolegę Buda Powella wziął na siebie oskarżenie o posiadanie narkotyków (1951). Kolejne 6 lat, być może najlepszych w jego muzycznej karierze, to czas posuchy. Nie mógł legalnie grać koncertów. Żył biednie. Przez lata egzystował w bigamicznym związku, dzieląc swoją twórczość pomiędzy żonę Nellie (dla niej napisał utwór ‚Crepuscule with Nellie) i przyjaciółkę Pannonicę Rothschild, wielką miłośniczkę jazzu, opiekunkę wielu muzyków, nieszczęśliwie kojarzoną ze śmiercią Charlie Parkera, który umarł z przedawkowania w jej apartamencie w Nowym Jorku. Przeżywał niestety wielokrotnie rożnego rodzaju problemy psychiczne, jego absurdalne zachowania czasem zbijały z tropu. Był leczony psychiatrycznie. Nie stronił od wszelkiego rodzaju używek, co w przypadku jego delikatnej struktury psychicznej (sam był potężnie zbudowanym facetem z bujną brodą, wiecznie paradującym z jakimś charakterystycznym nakryciem głowy) jeszcze potęgowało genetyczne zapewne schorzenia. Mimo różnych przeciwności życiowych był dobrym i łagodnym człowiekiem. I przede wszystkim genialnym muzykiem.

Urodzony w Północnej Karolinie blisko sto lat temu, zaczął nagrywać płyty dość pózno, bo w połowie lat 50tych. W 1957 roku razem z Sonny Rollinsem nagrał kamień milowy w historii jazzu, płytę „Brilliant Corners” dla Riverside, na którym znalazł się utwór Pannonica napisany na cześć baronowej Rothschild. Sporo wtedy nagrywał, m.in. razem z Johnem Coltranem (Thelonious Monk With John Coltrane, Jazzland 1961). W 1962 roku podpisał kontrakt z Columbia Records. W 1963 nagrał „Criss Cross” z saksofonistą Charliem Rouse, który był powiewem świeżości. Rok później powstał album „It’s Monk’s Time”, z inną sekcją rytmiczną, natomiast również z Rousem. Warte uwagi są również albumy „Straight, No Chaser” z 1966 roku ze świetnym utworem tytułowym (sekcja rytmiczna w składzie Larry Gales na basie i Ben Riley na perkusji dokonuje prawdziwych cudów) i „Underground” z 1968 (na okładce Monk z karabinem maszynowym w ciemnym pokoju grający na zdezelowanym pianinie, bezcenne). Później niestety było już tylko gorzej, coraz mniejszy kontakt Monka z rzeczywistością, potrafił nieodzywać się tygodniami. Zmarł w 1982 roku.

Wiele z jego utworów stało się standardami. Wspomniane wcześniej ‚Round Midnight”, ‚Evidence’, ‚Episthrophy’, ‚Well, You Needn’t’. Niedoceniany za życia, pośmiertnie otrzymał nagrodę Grammy i Pulitzera. Prawdziwy artysta.

Klub Five Spot Cafe, powstały w 1956 roku, przyciągał artystowską publikę z Jackiem Kerouaciem i Allenem Ginsbergiem włącznie. W lipcu 57go kwartet Monka w składzie z Coltranem, Wilburem Ware na basie i Shadow Wilsonem na perkusji zaczął półroczny gig. W składzie zarejestrowanym na płycie Misterioso (Griffin, Malik, Haynes) zagrali w sierpniu 1958 roku.

Radośnie ześwirowane ‚Nutty’ otwiera wieczornego seta. W tle słychać gwar sali koncertowej. Nagranie jest bardzo wysokiej jakości, sprawia wrażenie, jakbyśmy byli w zadymionym Five Spot. Słuchałem już tego utworu dziesiątki razy i nadal sprawia radość. Jest w tej muzyce jakaś dziecinna urwisowatość. W sumie nic specjalnego, żadnych technicznych ozdobników, kaskad dźwięków, awangardowo rozmazanych pejzaży. Bardzo konkretne, bluesowe granie (‚Blues Five Spot’), eleganckie dźwięki pianina, czasem tylko wrażenie precyzyjnie obliczonego fałszu, jakiejś z premedytacją nietrafionej nuty, czegoś kubistycznego, wykrzywionej perspektywy rytmicznej. Brawurowe solo perkusji Roya Haynesa (A2), kilka oklasków i kwartet gra dalej. Koturnowe ‚Let’s Cool One’ przywodzi na myśl paryskie bulwary (Monk dość dobrze był zresztą odbierany w Europie). Wytworne Panie w szynszylach mogłyby spokojnie przechadzać się do tej muzyki po paryskim wybiegu. Dosadne brzmienie saksofonu niesie ten utwór w sposób umiarkowany, poukładany w ciepłe tonacje, klarowny. Epicki motyw ‚In walked Bud’ to kwintesencja jazzu, głębokie swingujące brzmienie grane z lekkim nerwem, ciągle aktualne. Można by go puszczać z dopiskiem ‚wzór bopowego grania’. Kolejne solówki, podsumowanie, epilog. Bezbłędnie 11 i pół minuty. Solowe pianino Monka w ‚ Just a Gigolo’ odzwierciedla rolę pianisty uprzyjemniającego pobyt klientów w knajpie, historyczna rola. Ostatnia w wersji winylowej tytułówka wprowadza pewne odprężenie, nie ma tej napiętej struny ‚In a Walked Bud’. Słucha się tego oczywiście świetnie. Cały set jest jak szyty na miarę garnitur od najlepszego krawca. W wersji cd udało się jeszcze umieścić piękne ‚Round Midnight’ i chaotycznie perfekcyjne ‚Evidence’. Chciałoby się tam być w sierpniu 58 roku i słuchać na żywo jednego z najlepszych kwartetów w historii jazzu. Epokowe i bez odrobiny zadęcia.

A gdzieś tam w kącie słuchająca tego wszystkiego w zamyśleniu Pannonica Rothschild.

Zbigniew Namysłowski Quartet – Polish Jazz 6

Polskie Nagrania Muza/Polish Jazz 1966

A1 Siódmawka
A2 Rozpacz
A3 Straszna Franka
B1 Chrząszcz Brzmi W Trzcinie
B2 Moja Dominika
B3 Szafa
B4 Lola Pijąca Miód

Zbigniew Namysłowski – saksofon

Adam Matyszkowicz – pianino

Janusz Kozłowski – bas

Czesław Bartkowski – perkusja

Saksofonista altowy i sopranowy. Warszawiak. Otrzymał klasyczne wykształcenie muzyczne (fortepian i wiolonczela). Jego debiut datuje się na drugą połowę lat 50tych XX wieku. Pierwsze występy to gra na pianinie w zespole Five Brothers w warszawskich Hybrydach i na puzonie w Modern Dixielanders pianisty W. Krotochwila. Następnie grał na wiolonczeli w Modern Combo K.Sadowskiego. Wystąpił z tą grupą w 1957 roku na festiwalu w Sopocie. Kolejnym krokiem był występ z The Traditional Jazz Makers J. Matuszkiewicza w w Filharmonii Narodowej w Warszawie w 1958 roku. W latach 1960-63 roku był Namysłowski saksofonistą altowym w The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego. Równocześnie w 1961 roku założył pierwszy własny zespół Jazz Rockers (M.Urbaniak, K.Sadowski, A.Skorupka, A.Zieliński), z którym wystąpił na festiwalu Jazz Jamboree w 1961 roku. W 1962 r. wystąpił na Newport Festival w Stanach Zjednoczonych. Następne były projekty m.in z Czesławem Bartkowskim na perkusji (1963-1965). Od 1967 roku prowadzil kilka składów m.in. z Tomaszem Szukalskim, Wojciechem Karolakiem, Januszem Skowronem i Leszkiem Możdżerem; Air Condition i The Q. Współpracował m.in z M.Urbaniakiem i Janem Ptaszynem Wróblewskim i Novi Singers. Grał również w rockmanami (Niebiesko-Czarni, Czesław Niemen). Jego album „Lola” z 1964 roku był pierwszym polskim albumem jazzowym wydanym zagranicą.

Przez całą karierę muzyczną Namysłowski funkcjonuje również jako kompozytor. Inspiruje się przede wszystkim polskim folklorem (‚Piątawka”, Siódmawka” itd.). Jego specjalnością są połamane rytmy. Można zaryzykować twierdzenie, że w sposób niezamierzony został prekursorem d’n’b.

To gwoli ścisłości bibliograficznej. Sama muzyka to postbop z elemantami free. Zagrany w kwartecie z pianinem (Matyszkowicz), robi spore wrażenie. Miejscami jest bardzo free (długa i mocno pokombinowana, 11 minutowa ‚Straszna Franka’), miejscami lirycznie (‚Siódmawka’). W ‚Rozpaczy’ Namysłowski umieścił bardzo ciekawy, złożony motyw muzyczny. Bardzo przyjemny dla ucha jest ‚Chrząszcz brzmi w Trzcinie’. W ‚Mojej Dominice’ rej wiedzie Matyszkowicz. ‚Szafa’ jest dosyć funky, saksofon Pana Zbigniewa brzmi tu bardzo drapieżnie. ‚Lola Pijąca Miód’ wprowadza element swingowego rozluźnienia po bardzo pożywnej dawce free jazzowego hard bopu.

To zdecydowanie nie jedyna warta uwagi płyta autorstwa Pana Zbigniewa Namysłowskiego. Warto posłuchać przede wszystkim ‚Loli’ (‚1964’) i ‚Kujawiak Goes Funky’ (‚1975’). Pan Zbigniew mimo 70tki na karku cały czas aktywnie muzykuje, ostatnio można było go usłyszeć na żywo w klubie 6ta po południu przy ulicy Szpitalnej 5 we Warszawie. To nowy warty uwagi adres na mapie stołecznego Jazzu.

Bobby Hutcherson ‎– Dialogue

dialogue

Blue Note 1965

A1 Catta
A2 Idle While
A3 Les Noirs Marchent
B1 Dialogue
B2 Ghetto Lights

Bobby Hutcherson – Wibrafon, Marimba
Sam Rivers – Saksofon Tenorowy/Sopranowy, Klarnet basowy, Flet
Freddie Hubbard – Trąbka
Andrew Hill – Pianino
Richard Davis – Bas
Joe Chambers – Perkusja

Wibrafon zdecydowanie nie jest najpopularniejszym instrumentem jazzu. Plasuje się zapewnie gdzieś pod koniec pierwszej dziesiątki. Najbardziej znani wibrafoniści to Milt Jackson, bopowiec odnoszący majwiększe sukcesy na przełomie lat 50tych i 60tych i Roy Ayers, soulowo funkowy kompozytor/instrumentalista, w latach siedemdziesiątych lider zespołu Ubiquity, autor doskonałej muzyki do filmu blaxploitation ‚Coffy”. No i Bobby Hutcherson.

Hutch był życiowo skazany na zostanie muzykiem jazzowym. Jego brat był szkolnym przyjacielem Dextera Gordona, a jego siostra chodziła z Ericiem Dolphym. Zaczynał od pianina, żeby szybko przestawić się na wibrafon. Największe sukcesy zaczął odnosić młodo, w wieku zaledwie 22 lat nagrał wspólnie z hardbopowym saksofonistą Jackiem McLeanem ponadprzeciętną płytę ‚One step beyond’ (1963), na której wystąpił razem z Grahamem Moncurem III (puzon) i Tonny Williamsem (perkusja). Rok później przyczynił się do powstania arcydzieła – ‚Out to Lunch’ Erica Dolphiego. W 1965 roku debiutuje płytą ‚Dialogue’.

Współpraca z McLeanem, a przede wszystkim z Moncurem i Dolphym sytuuje ówczesne zainteresowania Hutchersona w obszarze ‚nowego jazzu’. Otwartość na orientalną melodykę, wychodzenie poza klasyczną skalę, rozszerzanie granic dźwiękowych – to wszystko słychać w spektakularnym debiucie Hutcha.

Płytę wypełniają kompozycje autorstwa pianisty Andrew Hilla i perkusisty Joe Chambersa.

Już pierwsze charakterystyczne dżwięki perkusji w ‚Catta’ zapowiadają wysoki poziom całości. Rivers odważnie frazuje, ocierając się o free. Porządkują ten utwór rytmiczne akordy pianina Hilla. Freddie Hubbard wprowadza do utworu nową jakość, zahacza o latynoską nutę. Zresztą cały utwór ma taki styl, połamany rytmicznie. Dźwięk wibrafonu nasuwa na myśl słowo ‚perlisty’. Bardzo klarowne solo. Motyw przewodni może nie należy do najoryginalniejszych w historii Jazzu, ale ma swój niewątpliwy urok.

Sam Rivers grający tym razem na flecie wprowadza wyrazisty nastrój w powolnym ‚Idle While’. Freddie Hubbard doskonale czuje się w takich spokojnych, stonowanych utworach. Gra płynnie i czysto. Delikatne dźwięki wibrafonu Hutcha dodają temu numerowi kolorytu i elegancji. Solo basu Richarda Davisa to podróż w lekką arytmię. Zamyka „Idle While’ Rivers.

Marszowy rytm perkusji Chambersa otwiera ‚Les Noirs Marchent’. Awangardowy wstęp przypomina nieco dokonania Dolphiego. Robi się free. Hubbard, Hutch i Rivers grają równocześnie, wywołując nastrój chaosu i niepokoju. Ilustracyjność tego utworu mogłaby być kanwą filmowej muzyki, dajmy na to u Hitchcocka. Napięcie osiąga zenit i powoli numer się wycisza. Wchodzi równy rytm perkusyjny.

Strona B zaczyna się dźwiękami wibrafonu Hutchersona. Najdłuższy utwór na płycie, tytułowy ‚Dialogue’ to kwintesencja nowego jazzu lat 60tych. Arytmiczne konwersacje wszystkich uczestników, karkołomne kaskady dźwięków wibrafonu, stopniowe budowanie napięcia, atmosferyczne falowanie, któremu poddają się wszyscy muzycy – ‚Dialogue’ eksploruje nowe obszary, rozszerzając środki wyrazu. Hutch gra tym razem m.ni. na Marimbie, jej drewniane płytki w przeciwieństwie do metalowych wibrafonu, nadają temu utworowi specyficzne brzmienie. Rivers wzbogaca ten utwór nosowymi dźwiękami klarnetu basowego. Solo Davisa dodaje temu dialogowi melodyjności, porządkuje poprzedzający ją freejazzowy chaos, aby znowu rozlać się oceanem nieskoordynowanych brzmień. Bardzo wiele treści niesie ze sobą ten dialog.

Bluesowy ‚Ghetto Lights’ daje odprężenie po niezwykle intesywnym ‚Dialogue’. Hubbard przejmuje dowodzenie, proponuje solo z pomysłem, spójne melodycznie, pełne uroku. Rivers wtóruje mu refleksyjnymi pasażami saksofonu. Zastanawiające solo. Hutch prezentuje swoje klasyczne oblicze. Gra bardzo obrazowo i przejrzyście. Doskonale ułożona forma tego utworu pozostawia słuchaczy z wrażeniem harmonii.

Niebiesko-czarna okładka płyty dobrze oddaje intrygującą i skomplikowaną zawartość debiutu Hutchersona. Świetnie dobrany skład, równowaga między porządkiem i chaosem, bogactwo wyobraźni muzyków – to wszystko decyduje o ponadczasowym wymiarze i niegasnącym nowatorstwie tej płyty. ‚Dialogue’ to bez wątpienia jeden z najbardziej wyrazistych debiutów w całej historii muzyki Jazzowej. Bobby Hutcherson, mimo 70tki jest wciąż aktywnym muzykiem.