Pat Martino ‎– El Hombre

pat martino

Prestige 1967

A1 Waltz For Geri
A2 Once I Loved
A3 El Hombre
A4 Cisco
B1 One For Rose
B2 A Blues For Mickey-O
B3 Just Friends

Pat Martino – gitara
Danny Turner – flet
Trudy Pitts – organy
Vance Anderson, Abdu Johnson – perkusjonalia
Mitch Fine – perkusja

Debiutował jako lider w wieku dwudziestu kilku lat, nagrywając omawiany tutaj album dla wytwórni Prestige (a w późniejszym okresie jeszcze 4ry albumy, w tym bardzo dobre ‚East!’, ‚Desperado’ i ‚Baiyina (The Clear Evidence)’, z elementami psychodelii). Jako największe inspiracje uznawał gitarzystę Wesa Montgomery, arcy jazzmana Johna Coltrane’a, z którym studiował i Stana Getza. Wcześniej uczestniczył w zjawisku raczkującego filadelfijskiego rocka i nagrywał m.in. z Erikiem Klossem i Bobby Hutchersonem. Jego kariera rozwijała się płynnie aż do nieszczęsnego dnia w 1976 kiedy zaczął podupadać na zdrowiu. Miał tętniaka, stracił pamięć, przeszedł bardzo długą rekonwalescencję. Wrócił po 10ciu latach albumem ‚ The Return’. I mimo poważnych problemów zdrowotnych wznowił karierę na dobre. Nadal aktywny, zdołał nagrać kilka interesujących albumów, otrzymać sporo nagród i wyróżnień (m.in nominacje do Grammy za ‚Live at Yoshi’s’ i ‚Think Tank’ w kategorii najlepszy album instrumentalny).

Jeden z najlepszych gitarzystów z pogranicza modern jazzu i fusion, posiadający świetną technikę gry na instrumencie i indywidualne wyczucie epokowych trendów muzycznych, czego przykładem są ‚psychodeliczne’ albumy z końca lat 60tych i fusion z pierwszej połowy lat 70tych (m.in. ‚Consciousness’ z 1974 roku).

‚El Hombre’ to pierwsza sesja nagraniowa Martino sygnowana jego nazwiskiem. Młodziutki był wtedy, równie wcześnie zaczął profesjonalną karierę co Hancock. Już pierwsze takty ‚Waltz for Geri’ dają próbkę jego możliwości jako instrumentalisty. Mimo młodego wieku, a może właśnie dzięki swojej młodzieńczej energii gra żywiołowo. Do tego dorzuca nieskazitelną technikę, słychać u niego tendencję do grania rytmicznego, a akcentowanie jest wręcz rockowe. Płyta nagrana w 1967 roku, a więc w apogeum rozwoju hipisowskiego ruchu w Stanach. Ciekawy jest skład tej płyty, flet i organy bez basu (a la The Doors :D), z całkowicie nieznanymi muzykami sesyjnymi. Muzycznie jest raczej klasycznie, walce, latynoskie, przyjemne dla ucha melodyjki, rozbudowane bluesowe utwory na stronie B. Dopiero na kolejnych albumach Martino stylistycznie rozwinął się w kierunku psychodelii, co nie oznacza, że czegoś ‚El Hombre’ brakuje – brzmienie jest ciepłe, zespół zgrany, płyty słucha się z przyjemnością.

Martino mimo, że nie jest innowatorem na miarę Colemana, ma swój wkład w rozwój jazzu, szczególnie w kierunku psychodelii na przełomie lat 60tych i 70tych. Do tego dochodzą jego wysokie umiejętności techniczne. Warto zwrócić uwagę na jego twórczość i docenić siłę ducha człowieka, który po ciężkiej chorobie i 10 latach przerwy wrócił po latach na scenę.

Don Pullen ‎– Tomorrow’s Promises

don pullen

Atlantic 1977

A1 Big Alice
A2 Autumn Song
A3 Poodie Pie
B1 Kadji
B2 Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises
B3 Let’s Be Friends

Don Pullen – Pianino
George Adams – Flet, Saksofony (tenorowy i sopranowy), Klarnet basowy
Hannibal Marvin Peterson – Trąbka
Randy Brecker – Trąbka (A1)
Michal Urbaniak – Skrzypce (A1)
Roland Prince – Gitara
Sterling Magee – Gitara
Alex Blake – Bas
John Flippin – Bas elektryczny (A1)
Bobby Battle – Perkusja, Perkusjonalia
Tyronne Walker – Perkusja, Perkusjonalia
Ray Mantilla – Perkusjonalia
Ilhan Mimaroglu – Elektronika
Rita DaCosta – Wokal

don pullen 1

Wzorując się na muzyce Erica Dolphy i Ornette Colemana, Don Pullen grał awangardowy free w latach 60tych. Niestety nie szło mu dobrze, zarabiając niewiele, doszedł do wniosku, że lepiej będzie przestawić się na jazz elektryczny – zaczął grać w klubach i barach w trio na organach Hammonda. Zaczął również zajmować się aranżacją i akompaniamentem m.in. dla Niny Simone. W tym czasie wypracował swój charakterystyczny styl gry, dość perkusyjny, używając łokci i nadgarstków, szybki. Opracował wyjątkowo przystępny sposób wykonywania awangardowego jazzu – zgrabnie łącząc dysonanse i dowolność melodyczną z chwytliwymi rytmami. Połączył tradycyjny blues z awangardą. Częśto mylony przez swój styl gry ze zdecydowanie bardziej popularnym w świecie free jazzu Cecilem Taylorem.

Przełomem w karierze Pullena było poznanie Charles Mingusa. W 1973 perkusista Roy Brooks rekomendował Mingusowi Pullena. Pullen natomiast zarekomendował swojego dobrego kolegę George’a Adamsa. Razem z Dannie Richmondem na perkusji i Jackiem Walrathem na trąbce utworzyli ostatnią wielką grupę Charlesa Mingusa. Wspólnie nagrali m.in ‚Mingus Moves’ (1973), ‚Changes One’ i ‚Changes Two’ (obie 1974). Muzyczne nieporozumienia ze znanym z kłótliwości Mingusem spowodowały zakończenie działalności tej grupy w 1975 roku. Wtedy Pullen nagrał album solo (‚Solo Piano Album’ 1975). Kolejne 2 albumy (‚Five To Go’ i ‚Healing Force’) to również nagrania solo (obie 1976). W międzyczasie nagrywa ‚Capricorn Rising’ z Samem Riversem. W 1977 podpisuje kontrakt z wytwórnią Atlantic co skutkuje nagraniem 2 albumów – nietypowego ‚Tomorrow’s Promises’ (1977) i ‚Montreux Concert’ (1978). Współpraca z Atlantic trwa dość krótko, Pullen szybko przenosi się z kolejnymi nagraniami z powrotem do Europy (rzymski label Black Saint/Soul Note, holenderski Timeless Records). W składzie kwartetu z Georgem Adamsem nagrywa w latach 80tych 13 albumów. W 1986 roku podpisują kontrakt z Blue Note.

W 1988 roku Pullen przestawia się na format trio, nagrywając z Gary Peacockiem i Tony Williamsem świetnie przyjęty album ‚New Beginnings’. Kolejny album ‚Random Thoughts’ równiez nagrywa w formacie trio z Jamesem Genusem (bas) i Lewisem Nashem (perkusja).

W latach 90tych eksperymentuje z muzyką afrykańską, czego efektem są płyty ‚Kele Mou Bana’ (1991) i tribute album dla zmarłego w 1992 roku George’a Adamsa ‚Ode to Life’ (1993). Don Pullen umiera 22 kwietnia 1995 roku.

Album rozpoczyna się wyjątkowo przystępnym, 10 minutowym ‚przebojem’ ‚Big Alice’, w którym gra m.in. nasz Michał Urbaniak na skrzypcach i Randy Brecker na trąbce. Bardzo funky, elegancko, melodyjnie aż do pewnego momentu, kiedy robi się nieco free. Doskonały przykład melanżu free jazzu z rytmicznym funkiem bądź też bopem, jaki charakteryzuje muzykę Dona Pullena.

‚Autumn Song’ zdecydowanie wycisza, nawiązując do atonalnych początków Dona. Utwór autorstwa George’a Adamsa, podkręcony nieco elektroniką (efekty), to raczej klasyczny w gruncie rzeczy bop, tylko że nagrany po dokonaniach Weather Report i podobnych projektów. Ładne sola Adamsa i Pullena uzupełniają strukturę utworu.

‚Poodie Pie’ zaczyna się funkującą gitarą, cały utwór ma taneczny wymiar. Wyróżnia się solo Hannibala Marvina Petersona na trąbce. Ciekawe jest też solo na elektrycznym pianinie Pullena.

Druga strona zaczyna się afrykańskimi kongami w radosnym ‚Kadji’. Znowu Hannibal daje czadu na trąbce (tym razem mocno latynosko). George Adams wprowadza lżejszy klimat, miejscami wpadając trochę w atonalność. Oddech daje bardzo zgrabne solo Pullena.

‚Last Year’s Lies And Tomorrow’s Promises’ to już zdecydowanie awangardowa pozycja z ekstremalnymi dźwiękami saksofonu i atonalnym solem Pullena na wstępie. Utwór płynnie przechodzi w bardzo ładnie zaśpiewany przez panią Ritę DaCosta ‚Let’s Be Friends’.

Ciekawy to album, profesjonalnie ułożony i bardzo dobrze zagrany (szczególnie strona A). Warto sięgnąć po pozostałe nagrania wcześnie zmarłego Pullena, szczególnie z drugiej połowy lat 70tych.

Gary Burton ‎– The New Quartet

GB

ECM 1973

A1 Open Your Eyes, You Can Fly
A2 Coral
A3 Tying Up Loose Ends
A4 Brownout
B1 Olhos De Gato
B2 Mallet Man
B3 Four Or Less
B4 Nonsequence

Gary Burton – wibrafon
Michael Goodrick – gitara
Abraham Laboriel – bas
Harry Blazer – perkusja

Gary Burton – urodzony w 1943 w Indianie, wcześnie rozpoczął karierę wibrafonisty. Pierwsze nagrania Burtona datuje się na 1961 rok, czyli w wieku 18 lat był już w stanie przystąpić do profesjonalnych sesji nagraniowych. W pierwszej połowie lat 60tych współpracuje ze Stanem Getzem (Getz / Gilberto #2 1965), Quincy Jonesem (Quincy Jones Explores The Music Of Henry Mancini 1964) i Sonny Rollinsem (3 In Jazz 1963). Nagrywa kilka albumów dla RCA (1963-69), aby płynnie przejść w 1967 roku do wytwórni Atlantic, gdzie nagrywa m.in. z Keithem Jarrettem i Patem Methenym. W 1968 zostaje wybrany Jazzmanem roku przez prestiżowy magazyn Down Beat jako najmłodszy laureat w historii tej nagrody. W końcu trafia do ECM, z którą wiąże się na blisko 2 dekady., nagrywając m.in. z Chickiem Coreą. Nagrywa głównie w kwartetach z pianistami albo gitarzystami (do jego zasług należy wypromowanie Pata Metheny), chociaż nie unika duetów (m.in ‚Crystal Silence’ 1973 ECM) i nagrań solowych (Alone at Last 1971, nagroda Grammy). Jego styl gry należy do dość subtelnych. Nie unika formy rockowej, większość nagrań jest w eleganckim stylu fusion.

The New Quartet był ecmowską odpowiedzią na będący sukcesem pierwszy kwartet z Larry Coryellem na gitarze i Stevem Swallow’em na basie (nagrania dla RCA Victor). Nagranie trwało 2 dni marca 1973 roku.
Autorami zawartych na tym albumie utworów jest cała plejada jazzowych gwiazd tamtego okresu – Keith Jarrett, Chick Corea, Carla Bley i lider we własnej osobie – Gary Burton. Do tego angielski pianista Gordon Beck i kompozytor rodem z Zimbabwe (!) Michael Gibbs (po 2 kompozycje). Co do instrumentalistów – basista Abraham Laboriel to intensywnie grający muzyk sesyjny m.in Nathana Davisa, Jimmy Smitha i Benny Maupina. Mick Goodrick grał jeszcze z Jackiem De Johnette i Woodym Hermanem. Harry Blazer to muzyk przede wszystkim związany z Garym Burtonem.

Muzyka na tej płycie jest zdecydowanie przyjazna słuchaczowi. Funkująca sekcja rytmiczna w połączeniu z miękkim brzmieniem wibrafonu Burtona daje znakomity efekt. Michael Goodrick na gitarze nieźle wywija, nieco w latynoskim stylu (‚Open Your Eyes, You Can Fly’ autorstwa Chicka Corea). Jest trochę muzyki relaksacyjnej (‚Coral’/Keith Jarrett), nieco delikatnie progresywnego grania a la Robert Fripp (‚Tying Up Loose Ends’/Gordon Beck), nawiązań do jazz-funku a la Roy Ayers (‚Brownout’/Burton). Stronę B otwiera piekna ballada ‚Olchos de Gato’ autorstwa Carli Bley.

Carla-Bley

‚Mallet Man’ – autorstwa Gordona Becka – to swoisty chołd dla Burtona, który jako pierwszy wprowadził nowy styl gry na wibrafonie – używał 4 pałeczek zamiast standardowych dwóch, co zdecydowanie zróżnicowało brzmienie. ‚Four Or Less’ autorstwa Mike’a Gibbsa to już rockowe granie, którego nie powstydziliby się Beatlesi, lekko bluesowe z dziwnym metrum. Płytę kończy swingujący jazz funkowy post bop ‚Nonsequence’ autorstwa Mike’a Gibbsa.

Gary Burton chyba sam nie spodziewał się, że można grając na tak mało popularnym instrumencie jak wibrafon zajść tak daleko w świecie jazzu – a jednak mu się to udało. Został 15tokrotnie nominowany do nagrody Grammy, nadal jest aktywnym muzykiem. Jest jednym z innowatorów stylu fusion w jazzie i techniki gry na wibrafonie.

Jan Ptaszyn Wróblewski ‎– Sprzedawcy Glonów

Polskie Nagrania Muza/Polish Jazz 1973

A1 Sprzedaż Glonów – Seaweed Sale
A2 Bez Wyciszenia – No Fade Out
A3 Cytat Z Samego Siebie – Quotation From Myself
B1 Wyznacznik Pierwszy – Determinant One
B2 Jan Szpargatoł Mahawiśnia
B3 Magma

Włodzimierz Nahorny (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Namysłowski (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Seifert (A2, A3, B3) – saksofon altowy, skrzypce
Waldemar Kurpiński (A1, A3 to B3) – saksofon barytonowy, klarnet
bas – Bronisław Suchanek (A3, B2, B3), Paweł Jarzębski (A1, A2, B1, B2)
perkusja – Czesław Bartkowski (A1, B1), Janusz Stefański (A2, A3, B2, B3)
pianino elektryczne [Fender] – Adam Makowicz (B1)
French Horn – Dariusz Filiochowski (A1, A3, B2, B3), Dariusz Szewczyk (B1)
gitara – Marek Bliziński (A1, B1, B2)
Wojciech Karolak – organy hammonda (A1, B2)
perkusjonalia – Czesław Bartkowski (B2), Kazimierz Jonkisz (A1, A3 to B3)
pianino – Andrzej Trzaskowski (B3)
saksofon sopranowy, skrzypce – Michał Urbaniak (A1, A2)
saksofon tenorowy – Jan Ptaszyn Wróblewski (A1, A2, B1, B3)
saksofon tenorowy, klarnet sopranowy, klarnet basowy – Tomasz Szukalski (A1, A3 to B3)
saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet – Janusz Muniak (A2, A3, B2, B3)
puzon – Andrzej Brzeski (A1 to B1, B3), Andrzej Piela (A2, A3, B2, B3), Jan Jarczyk (tracks: A1, B1, B2), Stanisław Cieślak (A1 to B3)
trąbka – Bogdan Dembek (A1, A3 to B3), Bogusław Skawina (A2), Józef Grabarski (A1), Laco Deczi (tracks: B2), Stanisław Mizeracki (A1 to B1, B3), Tomasz Stańko (A2 to B1, B3)
tuba – Zdzisław Piernik (A2, A3, B2, B3)

Imponujący skład, post-komedowski jazz w najlepszym wydaniu, zaaranżowany na orkiestrę. 6 trębaczy, w tym Tomasz Stańko. 6 saksofonistów – Urbaniak, Szukalski, Muniak, Namysłowski, Nahorny, Seifert i maestro Wróblewski we własnej osobie. Andrzej Trzaskowski na pianinie. Wojciech Karolak i Adam Makowicz przy pianinach elektrycznych (Fender i Hammond). Urbaniak i Seifert również na skrzypcach. Na perkusji/perkusjonaliach m.in Bartkowski i Jonkisz. W sumie w nagraniu uczestniczyło ponad 30tu muzyków.

‚Ptaszyn’ Wróblewski ma niebywały talent aranżacyjny. Słychać to od pierwszego taktu ‚Sprzedawców Glonów’. Orkiestra gra jak z nut. Urzeka czystość brzmienia i klarowność dźwięku poszczególnych instrumentów. Bardzo zgrabną solówkę wycina Urbaniak. Gdzieś w oddali pobrzmiewają echa CTI’owskich kooperacji. Solo Szukalskiego również jest niezgorsze. Perkusja Bartkowskiego chodzi jak w zegarku. Jest moc!

‚Bez Wyciszenia’ brzmi donośnie i poważnie, w stylu aranżacji Gila Evansa ze ‚Sketches’. Unosi się nad tym utworem róznież duch awangardy lat 60tych, Colemana, Dolphiego czy też Alberta Ayera. Free jazzowe sola Namysłowskiego na alcie i Urbaniaka na sopranie dodają nutkę szaleństwa do wielce uporządkowanej struktury utworu. To wcale nie jest łatwa muzyka! Połamane przejścia, zmiany tempa, awangardowy chaos.

‚Cytat Z Samego Siebie’ uspokaja trochę atmosferę, pobrzmiewają echa kwintetu Davisa z Tony Williamsem na perkusji. Solo Namysłowskiego – nic tylko słuchać. Zmiany tempa, urokliwe przeszkadzajki, przegłosy, atmosferyczne dodatki – prawdziwy majstersztyk. Jest to długi i w sumie dość rozwlekły utwór, ale chwyta za serce pięknymi dźwiękami trąbki Tomasza Stańko. I znów gdzieś w tle słychać ‚Sketches of Spain’…

‚Wyznacznik Pierwszy’ wciąga niezwykle wyrazistym motywem przewodnim. To już jest elektryczny jazz – Makowicz na fenderze buduje niezwykły klimat, Paweł Jarzębski na basie wykonuje kawał dobrej roboty. Wróblewski na tenorze gra spójnie i spokojnie, słychać doświadczenie lat muzyka sesyjnego, wprawionego przez 2 dekady koncertowania. Plus zawinulowskie motywy rodem z Weather Report i ‚In a Silent Way’. Blisko 10 minut pięknego elektrycznego grania.

‚Jan Szpargatoł Mahawiśnia’ również zapada momentalnie w pamięć (świetny, wręcz filmowy motyw). Córka właśnie robi wycinanki, więc muszę pisać na kolanie.

‚Magmę’ moja partnerka skwitowała krótko – ‚co to za straszna muzyka’. Sygnowana przez pianistę Andrzeja Trzaskowskiego.

Tak czy owak jest to jeden z najważniejszych albumów polskiego jazzu i nie tylko. Nie znam drugiego tak złożonego formalnie albumu znad Wisły.

Don Cherry – Where is Brooklyn?

where is brooklyn

Blue Note 1969/Klimt Records 2014

A1 Awake Nu
A2 Taste Maker
A3 The Thing
B1 There Is The Bomb
B2 Unite

Don Cherry – Trąbka
Pharoah Sanders – Saksofon tenorowy, Flet
Henry Grimes – Bas
Edward Blackwell – Perkusja

Donald Eugene Cherry

„Wiele osób myli pojęcia – technikę z profesjonalizmem. Nienawidzę profesjonalizmu.” Don Cherry

Jednym z najistotniejszych momentów w historii jazzu było spotkanie Cherry’ego z Ornette Colemanem w sklepie płytowym przy 103 ulicy. Ten moment zaważył na karierze Cherry’ego. Było to spotkanie równie istotne co spotkanie Micka Jaggera i Keitha Richardsa na stacji kolejowej w Dartford. Przez całe dalsze życie Cherry grał z Colemanem lub muzykami takimi jak Ed Blackwell czy Charlie Haden – wywodzącymi się z legendarnego kwartetu Colemana. „Ornette był wyjątkowym i oryginalnym geniuszem free jazzu, ale Cherry był równy Colemanowi, błyskotliwie cieniujący, odpowiadający bądź też przeciwstawny każdemu krokowi Colemana w sposób bardzo kreatywny, wytrwały aczkolwiek niekompletnie artykułowany.” Don wychodził poza estetykę jazzu, smiało wkraczając na tereny world music ale również współpracując z rockmanami (Talking Heads, Lou Reed) a nawet z klasycznymi kompozytorami takimi jak Krzysztof Penderecki. Tworzył również dla filmu – był współtwórcą soundtracku do legendarnej „Świętej Góry” Alejandro Jodorowskiego.

Lata 1958-1962 to prawdziwy natłok świetnych płyt nagranych z Colemanem. Następnie współpraca z najlepszymi saksofonistami swoich czasów – z Coltranem, Sheppem, Lacy’m i Albertem Aylerem. Aż w 1966 roku zaczyna Cherry nagrywać pod własnym nazwiskiem i to od razu świetne albumy – ‚Complete Communion’ z Gato Barbierim i ‚Symphony for Improvisers’ z Pharaohem Sandersem, wspaniałe przykłady awangardy mocno osadzonej w bopie. Do tego kręgu należy jeszcze ‚Where is Brooklyn?’. Kolejne nagranie stają się coraz bardziej nasycone orientalną stylistyką, bardzo uduchowione – obie części ‚Mu’, ‚Ethernal Rythm’. Lata siedemdziesiąte to m.in świetne płyty ‚Relativity Suite’ z Carlą Bley i ‚Brown Rice’. Początek lat 80tych to etno projekt Codona z Collinem Walcottem i Naná Vasconcelos, inne nagrania dla ECM (‚El Corazón’, ‚Dona Nostra’). Wielki Don Cherry umiera w 1995 roku.

Album składa się z 5ciu utworów, przy czym jest nierównomiernie rozłożony, strona A zawiera 3, a na stronie B obok najdłuższego na płycie utworu ‚Unite’ zmieścił się jeszcze tylko jeden krótki utwór.

‚Awake Nu’ otwierający stronę A zaczyna się ekstatycznym solem Pharaoha Sandersa. Wyraziście dogrywa mu Ed Blackwell na perkusji (świetne solo w połowie utworu). Pełno tutaj niczym nieskrępowanej energii! Dęciaki zaczynają grać razem jak w najlepszych czasach kwartetu Colemana. Cherry przejmuje stery, gra oszczędnie i charakterystycznie, nie nadużywa możliwości swojego instrumentu, bardziej kreuje niż odpowiada na solistyczne popisy Sandersa. Wybrzmiewa nutka szaleństwa, słychać pośpiech wielkiego miasta. ‚Taste Maker’ to kolejny dialog Cherry’ego i Sandersa, zagrany mocno i miejscami bardzo atonalnie. Na początku bardziej słyszalny jest „płaczący” saksofon Sandersa. Cherry raczej akompaniuje. Dźwięki jego trąbki mają więcej przestrzeni, są bardziej senne i nieoczywiste. Henry Grimes ciekawie improwizuje na basie. Ostatnie 2 minuty utworu to mocne dźwięki perkusji Blackwella, rozpędzony bas Grimesa i zamykający motyw dęciaków, donośny sygnał. ‚The Thing’ jest zdecydowanie bardziej melodyjny niż jego poprzednicy. Sekcja rytmiczna gra równo, Cherry i Sanders trzymają linię melodyczną w granicach rozsądku. Don wspaniale improwizuje. Kolejny jest Grimes na basie, klarownie i z sensem. Sanders wchodzi z przytupem, gra również czysto, dopiero po jakimś zaczyna wchodzić w przestery. Wypada z rytmu. Wspiera go Cherry w krótkim solo. Ładna jest to melodia.

‚There Is The Bomb’ otwiera stronę B wprowadzając przyjemny dla ucha, odprężający klimat. Pojawia się świetne solo Chery’ego, wspieranego przez Sandersa. Jedno naturalnie wynika z drugiego, przenikają się w iluzjonistyczny sposób. Jest to przykład dojrzałego nowojorskiego brzmienia połowy lat 60tych. Krótko, zwięźle i na temat. Swoje kilka taktów dodaje sekcja rytmiczna, która na całej płycie trzyma bardzo wysoki poziom. Blisko 20 minutowy ‚Unite’ to już przykład pełnej wolności improwizacyjnej. Najlepiej zanurzyć się całkowicie wśród niezwykłych dźwięków generowanych przez Cherry i przede wszystkim przez Sandersa i pozwolić sobie na więcej sonicznej wolności. Obcowanie z tą niesamowitą muzyką to prawdziwa radość! ‚Unite’ jest jak wybuch kłębiących się emocji, płynie wolno i dostojnie, przekazując nam niestarzejącą się energię free jazzowego grania w czystej formie.

Całość została nagrana 11 listopada 1966 roku. Kooperacja Cherry i Sandersa robi nadal duże wrażenie. Sekcja rytmiczna Grimesa i Blackwella to przykład świetnego postbopowego grania. Warto sięgnąć po tę pozycję zaraz obok ‚Complete Communion’ i ‚Symphony for Improvisers’!

Lee Morgan ‎– Cornbread

cornbread

Blue Note 1965

A1 Cornbread
A2 Our Man Higgins
B1 Ceora
B2 Ill Wind
B3 Most Like Lee

Lee Morgan – Trąbka
Jackie McLean – Saksofon Altowy
Hank Mobley – Saksofon Tenorowy
Herbie Hancock – Pianino
Larry Ridley – Bas
Billy Higgins – Perkusja

Edward Lee Morgan urodził się w Filadelfii w 1938 roku. Zmarł tragicznie zastrzelony przez własną żonę w klubie jazzowym pomiędzy występami w 1972 roku. Żył krótko acz intensywnie, już jako nastolatek nagrywał płyty dla Blue Note. Dla tej wytwórni nagrał ich kilkanaście, dodatkowo zostało wydane jeszcze kilka pośmiertnie na podstawie zarejestrowanego wcześniej materiału. Jako muzyk sesyjny ma na swoim koncie takie klasyki jak ‚Blue Train’ Johna Coltrane’a, ‚Moanin’ Arta Blakeya i Jazzmessengers, ‚Evolution’ Grahana Moncura III i ‚Mode for Joe’ Joe Hendersona. Był gwiazdą Blue Note, która zajaśniała pełnym blaskiem właściwie przez przypadek. Nagrany w 1963 utwór ‚The Sidewinder’, w klimacie soul-jazz/boogaloo, stał się wielkim hitem, nielegalnie został również wykorzystany w telewizyjnej reklamie samochodowej. Wielokrotnie później starał się powtórzyć sukces tego nagrania, aczkolwiek z różnym skutkiem. W tym samym czasie co ‚Sidewinder’ ukazała się ambitna pozycja z kręgu jazzu modalnego – ‚Search for the New Land’ z Waynem Shorterem na saksofonie, Grantem Greenem na gitarze i Herbie Hancockiem na pianinie. W latach 60tych nagrał jeszcze sporo dobrych lub bardzo dobrych albumów – ‚The Rumproller’ z Joe Hendersonem, ‚Charisma’ z Hankiem Mobleyem i Jackie McLeanem, ‚Gigolo’ z Shorterem. Ostatnim akordem było nagranie 2 płytowego albumu ‚Live at the Lighthouse’ z Bennie Maupinem. Niestety jego życie przerwał strzał z pistoletu Helen Morgan.

lee_morgan1

Jako trębacz Morgan znajdował się w gronie najwybitniejszych muzyków hard bopowych, jego gra charakteryzowała się silnym, muskularnym tonem, była przepełniona emocjami, zadziornymi tonami w funkujących utworach tanecznych/bopowych, jak też słodkimi i delikatnymi w balladach. Z czasem przeszedł z bopowego grania, poprzez okres soul-funk jazzowy z elementami jazzu latynowskiego (boogaloo) w stronę modalnego free bopu.

‚Cornbread’ jest efektem sesji z 18 września 1965 roku, w której uczestniczyli oprócz lidera saksofoniści Jackie McLean i Hank Mobley, Herbie Hancock na pianinie i Larry Ridley/Billy Higgins w sekcji rytmicznej.

Mocna stopa i konkretne brzmienie – to pierwsze wrażenie, jakie przychodzi na myśl słuchając utworu tytułowego. Świetne zgranie sekcji dętej i profesjonalizm – to drugie. Trąbka Lee Morgana podtrzymuje na duchu. Klarowne brzmienie robi duże wrażenie. W połowie lat 60tych Blue Note osiagnęło szczyt swojego rozwoju jako czołowego i nieco komercyjnego jazzowego labela. Zaczęły się pojawiać hity. Ludzie słuchali tego na potęgę. Rock dopiero raczkował, pierwsze płyty Beatlesów i Stonesów zaczynały robić różnicę, ale jazz był wtedy bardzo mocny.

‚Cornbread’ to 9 minut soczystego acid jazzowego grania, boogaloo. Bez fałszywej nuty, wszystko czyściutkie. Spokojnie mogłoby dzisiaj zabrzmieć na function one.

‚Our Man Higgins’ jest już nieco bardziej skomplikowane formalnie. Zaczyna się od nieco colemanowskiego motywu na dęciakach. Jackie McLean gra dość free na saksie. Świetnie! Kontynuują Morgan i Mobley. Przekazują dużo dobrej i mocno pokręconej energii. Hancock gra modalnie, z wyczuciem, raczej uspokaja emocje. Billy Higgins jeszcze dorzuca nieco mocnego uderzenia na perce. Ten numer to ciekawie zaaranżowany awangardowy hard bop godny swoich czasów. Pierwsza klasa jazzowego grania.

‚Ceora’ otwiera stronę B płyty i od razu robi się spokojniej. Grają Hancock, Higgins i Larry Ridley na basie. Dęciaki grają w półtonu, harmonijnie i na luzie. Morgan otwiera część solistyczną bardzo ładnymi dźwiękami swojej trąbki. Akcentuje po swojemu, dość mocno acz elegancko. Mobley dodaje ciepła na swoim tenorze. Bossa nova pierwsza klasa.

‚Ill Wind’. Tym razem zaczyna się bluesowo, leniwe dźwięki trąbki sączą się powoli i majestatycznie. W starym stylu. Morgan gra nieco ściszony (z kaczką) a la Armstrong. Mobley dogrywa, a Morgan gra dalej swoje leniwe dźwięki. Ten blues ma ciekawą, niestandardową konstrukcję. Hancock gra bardzo poprawnie, trudno sobie wyobrazić słysząc te dźwięki jego awangardowe odjazdy z lat 70tych…Technicznie jest jak zawsze na najwyższym poziomie, chyba tylko Thelonious Monk przewyższa go w tej kwestii, może jeszcze Jarret mógłby się równać z Herbiem. Hanock jest jednym z najczęściej grających/nagrywających muzyków w historii, nie bez kozery.

‚Most Like Lee’ przyspiesza nieco, wprowadza taneczny rytm. Kolejny chwytliwy motyw muzyczny, do których Morgan miał zdecydowanie talent kompozytorski. ‚Sidewinder’ jest tego najlepszym przykładem.
Mobley gra solo w wysokich rejestrach, dynamiczne. Morgan podkręca, mocno i rytmicznie. Sekcja gra równo. McLean dociska na swoim alcie. Wszystko w tempo (i to dosyć wysokie). Ostatni utwór na płycie, a nie jest żadnym wypełniaczem. Hancock streszcza się mocno. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze basista. Ostatnia minuta – solo na basie, połamane dźwięki perkusji, lekkie motywy pianina, szybki most i i motyw kończący, wszystko w kilkadziesiąt sekund.

Czerwona okładka płyty i dość agresywna grafika, plus zdjęcie Morgana – wiadomo, kto tu jest gwiazdą. Natomiast obecność Hancocka i McLeana dodaje tej płycie zdecydowanie smaku. Ogólnie rzecz biorąc- bardzo dobra pozycja komercyjnego jazzu z ambicjami. Warto sięgnąć po twórczość Lee Morgana, gdyż był on jedną z najjaśniej świecących (niestety krótko) gwiazd wytwórni Blue Note a do tego był świetnym muzykiem i utalentowanym kompozytorem.

Grachan Moncur III ‎– Evolution

evolution

Blue Note 1963

A1 Air Raid
A2 Evolution
B1 The Coaster
B2 Monk In Wonderland

Grachan Moncur III – puzon
Jackie McLean – saksofon altowy
Lee Morgan – trąbka
Bobby Hutcherson – wibrafon
Bob Cranshaw – bas
Anthony Williams – perkusja

Pierwszy puzonista w Playtime’owym zestawieniu.

Grachan Moncur III (już samo nazwisko powoduje trudności w pisowni, muzyka wcale nie jest łatwiejsza) urodził się w 1937 roku w NY. Ostatni album wydał w 2007 roku, więc mimo 70 lat ciągle był (i być może jest nadal) aktywnym muzykiem.

Nie sięgając specjalnie w jego prehistorię (ojciec Grachan Moncur II był również muzykiem), można uznać, że początkiem jego jazzowej kariery była współpraca z Jazztetem Arta Farmera, z którym uczestniczył Moncur w nagraniu w 1962 roku płyty ‚Another Git Together’. Podczas studiów poznał m.in. Wayne’a Shortera i Gary Bartz’a. Już na początku kariery grał w takich klubach jak Birdland i Five Spot. W latach 1959-1961 był muzykiem zespołu Raya Charlesa. Szybko wkręcił się w roster Blue Note. Nagrywał z Jackie McLeanem (kilka albumów, m.in. ‚One Step Beyond’ i ‚Hipnosis’), Herbie Hancockiem (‚My point of view’ 1964) i wspominanym już wcześniej Shorterem. Później komponował muzykę do filmów (‚Blues for Mr. Charlie’), po drugim, również bardzo ciekawym albumie ‚Some other stuff’ (z Shorterem, Hancockiem i Anthony Williamsem w składzie) przez 5 lat nie nagrywał, powrócił w 1969 roku bardzo dobrym albumem ‚New Africa’ dla francuskiego labela BYG. Koniec lat 60tych charakteryzuje współpraca ze śmietanką Free Jazzu (m.in. Archie Sheppem i Roswellem Ruddem /również puzon/). Lata 70te to nagranie jazzowej symfonii (‚Echoes of Prayer’ 1974) i tylko w Japonii wydanego, 6tego autorskiego albumu ‚Shadows’ (1977). Ciekawym epizodem była współpraca z projektem 360 Degree Music Experience perkusisty Beavera Harrisa (m.in bardzo interesujący album ‚Beautiful Africa’ 1979). Aż do 2004 roku i albumu ‚Exploration’ z Gary Bartzem nie nagrywał niczego specjalnie godnego uwagi, głównie uczył (m.in w  Newark Community School of the Arts 1982-1991).

‚Evolution’ jest tak na dobrą sprawę debiutem sesyjnym Moncura jako leadera. Nagrany w składzie sextetu (Jackie Mclean i Lee Morgan stanowiący obok Moncura sekcję dętą, Hutcherson na wibrafonie, Bob Cranshaw i Tony Williams w sekcji rytmicznej). Znajdują się na nim 4 rozbudowane kompozycje – post bopowy ‚Air Raid’, totalnie odjechany utwór tytułowy, ‚The Coaster’ i dowodzący inspiracji twórczością Theleniousa Monka ‚Monk in Wonderland’.

W ‚Air Raid’ solem na pograniczu free popisuje się McLean. Lee Morgan odpowiada energetycznym solem na trąbce. Obu dogrywa nieco psychodelicznie Hutcherson. Williams buduje interesujące bopowe solo (grane w pół tonu).

‚Evolution’ zaczyna się napiętą atmosferą niczym z Hitchocka albo niektórych filmów francuskiej nowej fali (Malle,Chabrol). McLean wymiata soczystym solem na swoim altowym saksofonie, później swoje sola grają Lee Morgan, sam Moncur i na koniec Bobby Hutcherson (ten dziwny, metaliczny dźwięk wibrafonu!). Utwór mający być odwzorowaniem ‚początku rozwoju ludzkości’ jest niewątpliwie pozycją wyjątkową. Kwintesencją ówczesnych awangardowych poszukiwań jazzmanów nagrywających dla wytwórni Blue Note w tamtym czasie (1962-1965).

‚The Coaster’ wprowadza bardziej przyjazny, swingujący, nieco latynoski klimat. Zaczyna solem Moncur. Kontynuuje McLean. Potem Morgan. Wszyscy brzmią doskonale. Utwór trzyma w ryzach jak zawsze niezawodny Williams, dogrywając czasem swoje karkołomne wstawki. Rytmicznym, przestrzennym solem popisuje się Hutcherson. Moncur zamyka utwór swoim krótkim solem jak klamrą. Jest to dobry obraz możliwości technicznych wszystkich grających muzyków.

‚Monk in Wonderland’ zadziwia. Rzeczywiście motyw początkowy ma jakiś monkowski klimat, jednak pozostawia słuchacza w rozterce – Monk czy nie-monk? Jednak nie, bardziej nowoczesny i uporządkowany, mimo przeważającej abstrakcji. Hit czy doskonale technicznie zagrana klisza z Monka? Sprawę pozostawiam nierozstrzygnięta…

Kariera Moncura potoczyła się odmiennie od wielu pozostałych utalentowanych muzyków Blue Note’a tworzących nurt zwany niekiedy ‚new thing’, takich jak Bobby Hutcherson czy jego dobry kumpel Jackie McLean. Natomiast jego obecność zazwyczaj oznaczała odpowiedni, wysoki poziom muzyczny i dużo awangardowych, niestandardowych rozwiązań muzycznych. Warto sięgnąć szczególnie po pierwsze dwa albumy Grachana Moncura III!

Joe Henderson ‎– Inner Urge

inner urge

Blue Note 1965

A1 Inner Urge
A2 Isotope
B1 El Barrio
B2 You Know I Care
B3 Night And Day

Joe Henderson – saksofon tenorowy
McCoy Tyner – pianino
Bob Cranshaw – bas
Elvin Jones – perkusja

Ta wytwórnia. Ten rok. Ci wykonawcy. Apogeum rozwoju jazzu akustycznego. Henderson, Tyner, Jones. Mistrzowski skład. Bob Cranshaw jedynie odstaje pod względem rozpoznawalności, ale tak to już jest z basistami, wieść gminna niesie, że grający na tym instrumencie jazzmani nie znają słowa trzeźwość. Z basistów tylko Ron Carter i Dave Holland uzyskali światową rozpoznawalność, może jeszcze kilku innych. Na pewno nie Bob Cranshaw.

Joe Henderson (1937 – 2001) to może nie format Coltrane’a, ale bardzo solidny gracz. Pochodzi z Ohio. Brał udział w bardzo wielu interesujących sesjach, głównie dla Blue Note (‚Sidewinder’ Lee Morgana, ‚Song for my Father’ Horace’a Silvera, ‚Idle Moments’ Granta Greena, ‚Point of Departure” Andrew Hilla, ‚Unity’ Larry Younga). Sporo nagrywał tez dla Hancocka (‚The Prisoner’, ‚Fat Albert Rotunda’) i dla Freddie Hubbarda (‚Red Clay’, Straight Life’). Ma mocny, soczysty ton. Nie schodzi nigdy poniżej pewnego poziomu.

Tytułowy utwór ucieka tak szybko, że trudno za nim nadążyć. Henderson gra melodyjnie, dość kombinacyjnie. Miejscami free. Cały utwór brzmi nowocześnie, dosyć dramatycznie. Tyner prezentuje swoje możliwości bez wpadania w przesadę, dość mocno akcentując, w swoim stylu. Jones dużo gra na talerzach, wykorzystując dosyć wysokie tony. Jego solo to dynamit. Blisko 12to minutowy utwór trzyma doskonale w napięciu przez cały czas. Kwartet brzmi jak kwintet a może nawet sekstet. Dużo dźwięków generuje ta garstka muzyków. Ledwo słyszalny bas Cranshawa wzmacnia się dogrywając Hendersonowi do motywu przewodniego. Dobry, dosyć neurotyczny numer.

‚Isotope’ zaczyna się frywolną, monkowską melodyjką. Jest to również kompozycja Hendersona. Dominuje w niej weselszy, relaksacyjny tembr saksofonu. Henderson gra bardzo rytmicznie, tanecznie. O maestrii Elvina Jonesa nie muszę nawet tutsaj wspominać (wspomnę w kontekście sygnowanej przez niego płyty w niedługim czasie). Tyner zaczyna bluesowymi, wysokimi akordami. Zgrabnie i szybko przemyka po swoim pianinie. Inspirująca w kwartecie jest przestrzeń, jaką poszczególni muzycy mają dla siebie w każdym utworze. Sola są długie i treściwe, mogą sobie pograć do woli. Henderson gra nawet drugie solo dogrywając Jonesowi. Wielki, bezpretensjonalny luz niesie się się przez cały ‚Isotope’.

2ga strona zaczyna się od zawodzących głucho dźwięków saksofonu tenorowego Hendersona w ‚El Barrio’. Jest trochę spokojniej, raczej piano niż forte. Bujające rytmy wyrywane przez Jonesa niosą ten utwór do przodu. Powiedzieć ‚latynosko’ to nic nie powiedzieć. Raczej mieści się w poetyce post bopu, poczynając na ‚Ole’ Coltrane’a, a kończąc na ‚Nefertiti’ Davisa. Słucha się tego wybornie. Henderson przekazuje całą masę emocji. Tyner akcentuje swoje solo troszkę arytmicznie, może nawet kubistycznie. Henderson kontynuuje rozpaczliwymi dźwiękami.

‚You Know I Care’ to kompozycja Duke’a Pearsona, bardzo wyciszająca i odprężająca od samego początku. Klasyczna formalnie, urzeka spokojem i rozwagą. Henderson gra tak, że właściwie nie zwraca się uwagi na dźwięki generowane przez jego saksofon, tak doskonale wpasował się w utwór Pearsona. Nawet Jones gra bardzo oszczędnie i z wyjątkowym dla siebie spokojem. Może ‚You Know I Care’ nie porywa i nie wbija w podłogę, ale zagrany jest aż do szpiku kości poprawnie i z wyczuciem.

Klasyk Cole Portera ‚Night And Day’ z 1956 roku, śpiewany w oryginale przez Ellę Fitzgerald, zagrany jest z dodatkiem latynoskiej werwy. Jones prowadzi bardzo energicznie, przez moment nie odpuszcza. Henderson dorzuca całą serię miłych dla ucha, pełnych dźwięków. Tyner pogania trochę sekcję rytmiczną, ‚wyrywa do przodu’. Muzycy nie pozwalają się nudzić. W klasyku dzieje się cała masa nowoczesnych rzeczy, chociaż obie wersje dzieli dekada. Na koniec jeszcze Henderson dogrywa szybkie solo.

Ten album to bardzo solidna porcja dobrego jazzu. Może nie zawsze awangardowego, czasem nieco klasycyzującego, ale w sumie buduje to przyjemną dla ucha równowagę. Warto jest zwrócić uwagę na twórczość Hendersona. Również na niedawno przypomnianą przez Blue Note kolejną po ‚Inner Urge’ jego autorską płytę ‚Mode for Joe’ (1966).

‚Inner Urge’ zostało wydane w doskonałym 1965 roku.

Andrzej Kurylewicz Quintet ‎– Go Right

go right

Polskie Nagrania Muza 1963

A1 Go Right
A2 Obsession
A3 Green Eyed Girl
A4 Yenom On
B1 So-So
B2 Nyamaland
B3 One Step Nearer You
B4 Minor Bop
B5 Microphonophobia

Andrzej Kurylewicz – trąbka
Jan Ptaszyn Wróblewski – saksofon tenorowy, flet
Wojciech Karolak – pianino
Tadeusz Wójcik – bas
Andrzej Dąbrowski – perkusja

kurylewicz andrzej forum portret_7111126

Tradycyjnie (w przypadku Kurylewicza nawet bardzo) na początku parę słów biograficznych, tym razem w całości za Dionizym Piątkowskim i jego Encyklopedią Jazzu (z braku innych źródeł o jazzowej karierze A.Kurylewicza) .

‚Na scenie jazzowej debiutował jeszcze w okresie studiów grając w klubie studenckim Rotunda. W 1954 związał się z zespołem MM 176 (gdzie grali m.in. wibrafonista Feliks Kotarba oraz akordeonista Andrzej Trzaskowski). Spotkanie z Trzaskowskim oraz innymi muzykami krakowskimi (Dudusiem Matuszkiewiczem), a także Komedą wywarło znaczny wpływ na muzyczną percepcję Kurylewicza.

Awangardowa muzyka, jaką proponował Trzaskowski była zaprzeczeniem ulubionego przez Kurylewicza swingu. W 1955 założył więc własny kwintet, który później przekształcił się w Sekstet Organowy Polskiego Radia. Do grupy pozyskał znamienitych ówczesnych muzyków: Z. Gadomskiego, R. Garbienia, St. Drążka Kalwińskiego, L. Lica, J. Mysińskiego.

Początkowo zespół nagrywał dla potrzeb radia swingującą muzykę rozrywkową, by powoli ewoluować w kierunku jazzu. Na festiwalu młodzieży i studentów w Warszawie (1955) wystąpili już jako grupa dixielandowa, a rok później, na I Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 1956, jako nowoczesny zespół, grający w składzie J. Bednarczyk – trąbka, Z. Gadomski – trąbka, R. Garbień – kontrabas, A. Kurylewicz – fortepian, L. Lic – klarnet, R. Szumlicz – perkusja, J. Tatarak – saksofon tenorowy oraz śpiewająca Wanda Warska. Zespół K. konkurując z ultranowoczesnym, jak na owe czasy, Sextetem Komedy, wzbudził zainteresowanie. Podkreślano przede wszystkim doskonałą technikę pianisty, uderzenie oraz inwencję harmoniczną.

W 1957 na II Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Sopocie A. Kurylewicz grał jednak ponownie w zespole dixielandowym (Hot Club Melomani). W tym samym roku – wzbudzając sensację jako pierwszy muzyk zza „żelaznej kurtyny” – uczestniczył z Orkiestrą SDF w koncercie jazzowym w Stuttgarcie (RFN).

W 1959 napisał pierwszą muzykę filmową („Powrót”), której pozostał wierny przez długie lata. Przez trzynaście lat Kurylewicz proponował każdej edycji Jazz Jamboree swój nowy program: w latach 1958-71 występował z różnymi formacjami m.in.: Jazz Believers, Moderniści, własnym trio, kwartetem i kwintetem oraz z Orkiestrą Jazzową Polskiego Radia. Równocześnie (1969-78) prowadził awangardową formację muzyki współczesnej, łączącą wszystkie współczesne trendy muzyczne. W 1971 roku Formacja Muzyki Współczesnej wystąpiła na nobliwym Jazz Jamboree. Była to grupa o często zmieniajacym się składzie, łączaca jazz nowoczesny z europejska muzyka awangardową.

W 1975 poświęcił się całkowicie pracy kompozytorskiej zajmując się pisaniem muzyki symfonicznej, kameralnej, sakralnej, filmowej, teatralnej, baletowej.’

Warto jeszcze dodać, że Kurylewiczowi często towarzyszyła Wanda Warska (wokal). Z ciekawostek – Skalpel zsamplował motyw pianina z Romancy Cherubina z płyty Kurylewicza z Warską i Niemenem ‚Muzyka Teatralna i Telewizyjna’ z 1971 roku w utworze ‚Newly Arrived in Poland’ z epki ‚Polish Jazz z 2000 roku.

To tyle faktów. Natomiast na samym albumie zwanym popularnie numerem zerowym z serii Polish Jazz znajduje się 9 utworów (3 autorstwa samego Kurylewicza, 3 ‚Ptaszyna’ Wróblewskiego i 3 Wojciecha Karolaka, po równo). Album został nagrany w kwintecie, oprócz wyżej wymienionych sekcję rytmiczną stanowią Tadeusz Wójcik (bas) i Andrzej Dąbrowski (perkusja). I rzeczywiście słychać, że takie nazwiska jak Trzaskowski i Komeda są blisko, materiał zawarty na tym albumie jest naprawdę na światowym poziomie, awangardowy, mocno osadzony w modalnych poszukiwaniach ówczesnego światowego jazzu. Jest rok 1963.

Kurylewicz gra na tej płycie tylko na trąbce. Wtóruje mu Ptaszyn na saksofonie tenorowym i flecie i Karolak oczywiście na pianinie. Cała płyta jest prawie bezbłędnie zagrana, gdybym nie znał wykonawców, mógłbym wziąć ich za murzynów z głębokiego Harlemu. Stylowe granie w każdym z 9ciu utworów. Tytułowy utwór to przyjemnie kołyszący blues z jedynym na płycie solem na flecie Ptaszyna Wróblewskiego. Smokey! ‚Obsession’ ma coś z Monka, powolne, usypiające motywy na pograniczu szaleństwa. Saksofon Wróblewskiego niesie, jego ciepłe tony otulają słuchacza. Kurylewicz gra tradycyjne solo, słuchać, że grał w zespołach dixielandowych. Pianino Karolaka elegancko komponuje się z bluesowym walkingiem basu i perkusji. Nawet Wójcik na basie ma swoje kilkadziesiąt sekund i wykorzystuje je bardzo poprawnie. ‚Zielono oka dziewczyna ‚ brzmi bardzo lekko i zwiewnie, trąbka Kurylowicza znowu cofa słuchaczy w czasie nawet do lat 50tych. Zespół gra zupełnie bez nadęcia, Ptaszyn dodaje pełnego brzmienia na swoim tenorze. Sentymentalnie aczkolwiek z charakterem. Bardzo rytmicznie. Konstrukcja całego, dość krótkiego utworu jest bardzo przejrzysta i dopieszczona, słucha się go bez najmniejszego wysiłku. ‚Yenom on’ czyli ‚No Money’ od tyłu, to już bopowy utwór do tańczenia, w zadymionej salce bądź też w krakowskiej piwnicy sprawdziłby się doskonale na parkiecie. Ptaszyn gra pierwsze skrzypce, Kurylewicz dorzuca swoje trzy grosze, trochę bez energii, ale poprawnie. Zgrabne solo gra również Karolak. Krótkie solo Dąbrowskiego mógłby spokojnie zagrać Art Blakey. Tłucze w bębny aż miło.

Strona B albumu zaczyna się miękkimi dźwiękami pianina Karolaka, dopiero po 2 minutach pojawia się Kurylewicz z równie miękkim i plastycznym solem. Luksusowy jazz. Saksofon Ptaszyna wnosi ten utwór na wyższy poziom wirtuozerii, zresztą na całej płycie wyróżnia się czystością dźwięku. Dąbrowski w swoich solowych popisach wnosi do ‚Go Right’ mocniejsze brzmienie hard bopu. Najlepszy na płycie ‚Nyamaland’ wprowadza nutkę niepokoju. Zagrany w nietypowym metrum (5/4) ma w sobie południową energię. Sam lider dobrze się czuje w takim entourage’u, jego trąbka brzmi pełniej i bardziej soczyście. Ptaszyn gra dość free, awangardowo. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się w katalogu ówczesnego Blue Note’a. Świetne, energetyczne solo. ‚One Step Nearer You’ skomponowany został oryginalnie przez Ptaszyna Wróblewskiego do jakiegoś telewizyjnego programu. Gdyby wszystkie programy w telewizji miały taka muzyczną otoczkę, może byłaby ona nieco bardziej znośna niż obecnie. ‚Minor Bop’ rzeczywiście dyskretnie swinguje, nóżka chodzi, gardło domaga się napojów chłodzących. Hi-haty Dąbrowskiego masują ucho wewnętrzne. Niby nic specjalnie oryginalnego, ale wszystko gra. Krótka wstawka o dziwnym tytule ‚Microphonophobia’ zamyka delikatnie ten ponadczasowy album.

Płytę wyróżnia również bardzo nowoczesny projekt okładki Pani Baczewskiej. Optymizm grających na niej muzyków zaraża do dziś!

Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder ‎– Spark Of Life

sol

ECM 2014

1. Austin
2. Sudovian Dance
3. Spark Of Life
4. Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan
5. Message In A Bottle
6. Sleep Safe And Warm
7. Three Reflections
8. Still
9. Actual Proof
10. Largo
11. Spark Of Life

Joakim Milder – saksofon tenorowy
Marcin Wasilewski – pianino
Sławomir Kurkiewicz – bas
Michał Miśkiewicz – perkusja

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Cenimy rodzimych artystów, ale w sumie często bardziej są doceniani za granicą niż w Polsce. Być może wynika to z braku dystansu do ich twórczości, wykrzywiającego nieco perspektywę oceny ich dokonań. Kompozycje filmowe Komedy są regularnie wydawane zagranicą, żeby kupić wydanie winylowe jego dzieł z muzyką filmową/nowoczesną trzeba sięgać aż do czasów komuny (repressu Poljazzu z 1989), posiadać wypchany portfel i sporą tolerancję na zużycie techniczne (25 lat robi swoje). Kompozycje Andrzeja Korzyńskiego zaczęły być wydawane w Polsce dopiero wtedy, gdy Finders Keepers odkurzyło m.in jego nagrania z filmów Żuławskiego (‚Trzecia część nocy’, ‚Opętanie’). Można tak długo wymieniać.

Przypadek wytwórni ECM jest trochę inny. Płyta ‚Sparkle of Life’ Tria Marcina Wasilewskiego razem ze skandynawskim saksofonistą Joakimem Milderem jest naturalną kontynuacją polityki labelu, a nie efektem gospodarczych mechanizmów rynku, który nie znosi próżni – jeśli sami nie wydajemy płyt naszych artystów, to zrobią to inni. Manfred Eicher, szef ECM miał od początku pomysł na swój label. Wydaje głównie artystów europejskich (Terje Rypdal, Tomasz Stańko, Jan Garbarek), nie gardząc jednakowoż twórczością amerykańskich jazzmanów (Keith Jarrett, Gary Burton, Jack De Johnette), z delikatną przewagą wyważonego grania rodem ze starego kontynentu. Pierwszą płytą wydaną dla ECM przez polskiego artystę była ‚Balladyna’ Stańko z 1975 roku.

Wasilewski, Kurkiewicz i Miśkiewicz tworzyli wcześniej Simple Acoustic Trio, wydając przed 20 laty bardzo wysokiej klasy album z utworami wspomnianego wcześniej Krzysztofa Komedy (‚Komeda’ GOWI 1995). W tym samym roku zaczęła się współpraca trio z mistrzem trąbki Tomaszem Stańko, czego owocem był album Matka Joanna (ECM 1995), nawiązujący tematycznie do klasycznego filmu Jerzego Kawalerowicza. Kolejne albumy dla ECM sypały się jak z rękawa – ‚Soul of Things’ (2002), ‚Suspended Night’ (2004) i Lontano (2006). W pewnym momencie Trio zaczęło nagrywać już bez Stańko. W 2008 powstaje ich debiut dla Eichera – ‚January’. Kolejny ze świetnej serii jest bliski doskonałości album ‚Faithfull’ z 2011 roku.

Skład na zeszłoroczny album ‚Spark of Life’ zostaje rozszerzony o wysokiej klasy saksofonistę Joakima Mildera, który współpracował, a jakżeby inaczej, z Tomaszem Stańko, przy nagraniu albumy ‚Litania’ w 1997 roku (Septet w składzie m.in z gitarzystą Terje Rypdalem i pianistą Bobo Stensonem). Ciekawostką jest wykorzystanie przez Trio utworów z kręgu muzyki pop/rock – ‚Message in a Bottle’ grupy The Police i ‚Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan’ grupy Hey. Na szczególną uwagę zasługuje ta pierwsza wersja utworu autorstwa Stinga, bardzo rozbudowana, blisko 8mio minutowa, z elementami free jazzu. The Police we free jazzowej wersji? Brawo za koncepcję.

Na albumie znajduje się naprawdę dużo materiału, w wersji winylowej musiałby to być podwójny album. Muzyka płynie, czasem meandruje, melancholijna atmosfera tego albumu wciąga po uszy. Oprócz kompozycji lidera grupy można na niej znaleźć m.in utwory Komedy (kołysanka ‚Sleep Safe and Warm’) i Herbie Hancocka (‚Actual Proof’ z płyty ‚Thrust’ z 1974 roku), Joakima Mildera (‚Still’) i ‚Largo’ modernistycznej skrzypaczki Grażyny Bacewicz (1909-1969) zaaranżowane przez basistę Sławomira Kurkiewicza.

Ten album to perfekcyjna robota doskonale zgranych muzyków z dodatkiem abstrakcyjnych dźwięków saksofonu Joakima Mildera. Słucha się jej bez większego wysiłku, co nie oznacza wcale, że jest to muzyka łatwa. Muzycy osiągnęli przez 20 lat wspólnego grania taki poziom symbiozy, że właściwie brzmią jak jeden organizm. Do tego dochodzi jak zawsze doskonała jakość ecmowskiego nagrania.

Z niecierpliwością czekam na następny album trio Marcina Wasilewskiego.