Gabor Szabo ‎– Belsta River


Tonpress 1988

A1 24 Carat
A2 Django
B1 First Tune In The Morning
B2 Stormy

Gabor Szabo – gitara
Janne Schaffer – gitara
Wlodek Gulgowski – pianino elektryczne
Pekka Pohjola – bas
Malando Gassama – perkusjonalia
Peter Sundell – perkusja

Jeden z niedocenionych europejskich gitarzystów, który zrobił karierę na zachodzie (w latach 60tych wydawał dla wytwórni Impulse!, a w latach 70tych dla CTI), natomiast nie zdobył w pełni zasłużonej popularności. Węgier. Grał z Chico Hamiltonem i Charlesem Lloydem. Zadebiutował jako leader albumem ‚Gypsy’66’. Do najciekawszych pozycji z jego dyskografii należą ‚Spellbinder’ (Impulse! 1966), ‚The Sorcerer’ (Impulse! 1967), ‚Bacchanal’ (Skye 1968) ,’Mizrab (CTI 1973), ‚Macho’ (Salvation 1975). Pod koniec życia (zmarł w Budapeszcie w 1982 roku) należał do kościoła Scjentologicznego, któremu wytoczył proces, bez rozstrzygnięcia na korzyść żadnej ze stron.

Na płycie gra również utytułowany polski pianista jazzowy Włodzimierz Gulgowski. Grał m.in z Michałem Urbaniakiem, Zbigniewem Namysłowskim i Tonnym Williamsem.

Muzyka nawiązuje do najlepszych czasów psychodelicznego jazzu z końca lat 60tych. Szabo gra rewelacyjnie, z dużym feelingiem. Pojawiają się elementy latynoskiego bujania plus funkowy bas. Bardzo zgrabnie to jest wszystko podane.

Otwierający płytę ’24 Carat’ jest najbardziej przebojowym utworem mimo blisko 15 minut. Grają 2 gitary, jest ciekawie, nieszablonowo i dynamicznie. Ciekawie wypada Włodek Gulgowski na pianinie. Bardzo solidnie gra Peter Sundell na perkusji. ‚Django’ jest zdecydowanie spokojniejsze, to prawie solowy popis Szabo na gitarze, z towarzyszeniem basu Pekka Pohjoli. Napisane przez Johna Lewisa z Modern Jazz Quartet.

Strona B zaczyna się spokojnie, pierwszym motywem poranka. Rozwija się w funkujący, powolny temat. Pianino elektryczne Gulgowskiego robi atmosferę. Muzycy dżemują nie forsując tempa. I znowu wyróżnia sie Gulgowski fantastycznym brzmieniem. Muzyka płynie spokojnie, bardzo przyjemne dźwięki generuje ten sextet. Album kończy się klasykiem ‚Stormy’ napisanym przez Buddiego Buie i Jamesa B. Cobb Jr., zagranym bardzo rockowo i psychodelicznie (dźwięki fletu).

To jedno z ostatnich wielkich dokonań Szabo, zdecydowanie warte uwagi. Repress w 1988 roku wydał nasz polski Tonpress co dobrze świadczy o guście decydentów tego labela.

Karolak/Szukalski/Bartkowski ‎– Time Killers

Helicon 1985

A1 Anniversary Blue
A2 Double – B
A3 Gem
B1 State Train
B2 Trata-Tata
B3 Time Killer

Wojciech Karolak – organy, syntezator
Tomasz Szukalski – saksofon tenorowy
Czesław Bartkowski – perkusja

Znany bardziej jako mąż zmarłej niedawno Marii Czubaszek, Wojciech Karolak, pianista, to jeden z filarów polskiego Jazzu. Karierę zaczął wraz z początkiem jazzu w rodzimym wydaniu – w 1958 roku. Od początku grał z najlepszymi – z Komedą, Ptaszynem Wróblewskim, Kurylewiczem. Najbardziej znane są jego nagrania z lat 70 jako Mainstream z Ptaszynem, a następnie ‚Time Killers’ z Bartkowskim i Szukalskim.

Tomasz Szukalski, wcześnie zmarły, wybitny saksofonista, pochodził z młodszego pokolenia jazzmanów (rocznik 1947). Był uważany za prawdopodobnie najwybitniejszego saksofonistę tenorowego w Polsce, który właściwie nigdy nie był leaderem. Największe sukcesy odnosił współpracując w pierwszej połowie lat 70tych ze Zbigniewem Namysłowskim (‚Kujaviak goes funky’, ‚Winobranie’) i z Tomaszem Stańko (‚Twet’ ‚Balladyna’). Duże wrażenie na słuchaczach zrobił również występując w kwartecie The Quartet m.in ze Sławomirem Kulpowiczem.

Trio Time Killers nagrało tylko jeden album pod tym samym tytułem. Został uznany przez Jazz Press za najlepszy polski album jazzowy lat 80tych. Charakteryzuje się wyrazistym brzmieniem pianina elektrycznego Karolaka, bolesnymi czasem dla uszu dźwiękami syntezatora, jakże charakterystycznego dla muzyki lat 80tych, mocnym, funkującym brzmieniem saksofonu Szukalskiego i jak zawsze perfekcyjnym rytmem perkusji ‚Małego’ Bartkowskiego. Muzyka w sumie dość przystępna i chwytliwa, cieszy ucho do dzisiaj. Nadal dostępny, album Time Killers zadowoli wymagającego słuchacza fusion jak i odbiorców popowych.

Speakers Corner Quartet ‎– Further Back Than The Beginning

scq

Lanquidity Records 2009

A1 Angkor Vat
A2 Simply Put…
B1 Chichen Itza
B2 King
B3 9/8

Biscuit – Flet
Kahlil Hicks – Wiolonczela
Tom Yardley – Bas
Kwake – Perkusja

Projekt z 2009 roku z Londynu wydany przez ciekawą wytwórnię Lanquidity Records, prowadzoną przez Polaka Adriana Magrysa. Label wywodzący się z hip hopu, którego filozofią jest wznowienie brzmień z lat 60 i 70 w nowych, niestandardowych kompozycjach. Specjalizuje się w jazzie funku i soulu, nie stroniąc również od disco a nawet free jazzowej etno awangardy.

Speakers Corner Quartet wystartowali w Brixton w Londynie w klubie Speakers Corner (otwarty mikrofon, hip hopowy freestyle). Zaczynali od podkładów instrumentalnych. Ostatecznie zaczęli tworzyć własne kompozycje, czego efektem jest prezentowana tutaj Epka (chociaż z tendencją do LP). Od początku prezentowali oryginalne brzmienie – wiolonczela i flet plus sekcja rytmiczna. Jako inspiracje wymieniają Zakira Hussaina, Oliviera Messiaena, Sun Ra, MF Dooma. Ich brzmienie to mieszanka azjatyckiego hiphop jazzu z progresywnym zacięciem. Większość utworów grana jest w dziwnym metrum (5/4, 7/8, 9/8). Hip Hop, fusion, free jazz, sporo wschodnich atonalności. Świadomie nawiązują do astralnego jazzu Sun Ra.

Zaczyna się mrocznie i postrockowo niczym zapomniany polski projekt ANKH. Połączenie melodyjnej, niskotonowej wiolonczeli i fletu wywołuje entuzjazm grania free, w pewnym sensie hipisowskiego traktowania muzyki. Skojarzenia są nieuniknione – Jethro Tull, King Crimson. Do tego hip hopowa sekcja rytmiczna, perkusja stanowiąca spójną koncepcję utworu w nieustającym breaku. Wszystko nieco zdubowane, gdzieś w tle pobrzmiewające reggae. Flet poraża swoim rockowym zwichrowaniem, ma tę moc. ‚Angkor Vat’ jest interesującą mieszanką szaleństwa i wyrachowania profesjonalnych muzyków. Jazz to czy nie jazz nie ma to większego znaczenia – ta muzyka ma energię. ‚Simply Put’ posiada nieudokumentowane nawiązania do muzyki Herbie Hancocka, próba samplingu nie została niestety dopuszczona do ostatecznej produkcji. Mimo to utwór ten urzeka melodyjnością i odpowiednio przemyślaną formułą art rockowego jazzu. ‚Chichen Itza’ zaczyna się niczym muzyka japońska, bardzo wstrzemięźliwie. Dopiero po chwili pojawia się bardzo składny funkujący rytm, miła dla ucha melodia generowana przez wiolonczelę i flet. W dodatku całość w ryzach utrzymuje świetna linia basu Toma Yardley’a. Utwór jest kolejnym przykładem mocno skomplikowanego metrum, granego w 7/8. Prawdziwa zmora dj’ów. Egzotyczna tonalność rodem ze wschodu połączona z hip hopowym breakiem – wielce interesująca komitywa. Po czym następuje wyciszenie w krztałcie zdominowanym przez wiolonczelę i dość letni klimat – utwór ‚King’. Na szczęście nie zostaje formalnie w balladowym entourage’u, płynnie przechodząc w progresywny jazz. ‚9/8’ to kolejna komplikacja, świetnie brzmiące karkołomne pochody sekcji rytmicznej do których entuzjastycznie dopasowują się instrumenty solistyczne – flet i wiolonczela. Kwartet sprawnie zmienia klimat, przechodząć od szybkich kawalkad dźwiękowych do wyciszonych w pełni wykoncypowanych wiązanek.

Biorąc pod uwagę format tej płyty chciałoby się więcej. Zespół zdecydowanie potrafi wykrzesać z siebie ekstremum emocji przy równoczesnym pełym skupieniu i trzeźwości konceptualnej co nie jest wcale tak częste, szczególnie w przypadku młodych twórców. Oby nastąpił ciąg dalszy!

Sorgen/Lindberg/Obara – Three

obara

Ars Cameralis Silesiae Superiors 2010

1 Spiritual Lover
2 Forage
3 Fort Borek
4 One Of Caroll
5 Muss Influx
6 Noodles With Sammy Blues
7 T’wix D And E
8 Wolverine Breath
9 Dropped Drops
10 Multiple Reasons

Maciej Obara – Saksofon altowy

John Lindberg – Bas

Harvey Sorgen – Perkusja

Najzdolniejszy polski saksofonista młodego pokolenia. Urodzony w 1981 roku. Studiował jazz w Katowicach. Pierwsza płyta w składzie trio Maciej Garbowski (bas) i Krzysztof Gradziuk (perkusja) ukazuje się w 2007 roku. W tym okresie współpracuje z saksofonistą Antoine Roneyem i Tomaszem Stańko. W 2008 roku nagrywa 2gi album w składzie trio z Garbowskim i Gradziukiem. Oto komentarz do płyty napisany przez Tomasza Stańko: „Już pierwsze dźwięki najnowszej płyty Macieja Obary wzruszyły mnie, wprowadziły w czar tej muzyki (…) Jego muzyka jest silna, dojrzała, głęboka, pełna czaru, piękna. Jest jego własna.” Kolejny projekt Obary to MaMuGe 3 w skandynawskim składzie – z Johnem Lindbergiem (bass) i Harveyem Sorgenem (drums). W listopadzie 2010 wydaje album ‚Three’. Obara Special Quartet to projekt, który pojawia się w 2009 roku w składzie Ralph Alessi (tr), Mark Helias (bass), Nasheet Waits (dr). Nagrywają album ‚Four’. W 2011 pojawia się kolejna płyta ‚Equilibrium’ nagrana w składzie pierwszego trio i Dominika Wani (pianino). Obaj muzycy pierwszy raz spotkali się w składzie Tomasza Stańki i to u Jego boku zapoczątkowali swoją muzyczną przyjaźń. Nowy kwartet Obary to zupełnie inne spojrzenie na energię muzyczną, tym razem osadzona w kontekście harmonicznym, europejsko brzmiącej sekcji rytmicznej. Rok później datuje się powstanie kolejnego kwartetu Maciej Obara International Quartet, do którego zaprosił Norwegów. To jego pierwszy stały międzynarodowy kwartet, w skład którego wchodzą: Ole Morten Vaagan (kontrabas), Gard Nilssen (perkusja) oraz Dominik Wania (fortepian). Skutkuje skład ten nagraniem 3 płyt na żywo – ‚Live At Manggha’ ‎(2013), ‚Komeda’ (2013) i ostatnio ‚Live In Mińsk Mazowiecki’ (2015).

Skład trio zdecydowanie Obarze odpowiada. Wydobywa od razu pełne brzmienie ze swojego altu, a norweska sekcja rytmiczna odpłaca mu się pięknym za nadobne. Od pierwszej nuty słychać, że mają coś do powiedzenia w kwestii colemanowskiego free. Grają swoje utwory bez zadęcia, otwierają natomiast ‚Spiritual lover’ z repertuaru Andrew Hilla. Muzyka to współczesna, przetworzona przez nowojorską awangardę taką jak Lounge Lizards i John Zorn. Mają inspiracje, ale przede wszystkim chcą grać mocny jazz bez ozdobników. Idzie im doskonale. Ted Orr aranżuje i nagrywa tę sesję, jest odpowiedzialny za świetne brzmienie płyty MaMuGe3. ‚Forage’ to już ewidentne uwolnienie energii bez konserwantów. Funk, break, hip hop jazz i to free. ‚Fort Borek’ zmusza do refleksji, mimo braku równego rytmu ma w sobie dużo mocy. Ma elementy folklorystyczne, to taka ballada o naćpanym Janku Muzykancie. Sorgen artykułuje wielobarwnie, przypominając dokonania Edwarda Vesali z czasów współpracy z Tomaszem Stańko. Wpływ Stańko na Obarę jest zdecydowanie słyszalny. ‚One for Caroll’ zaczyna się delikatnie i melodyjnie. Muzycy nieco wrzucają tu na luz i dobrze. Nie ma natłoku, jest przestrzeń i kooperacja. Jest to pierwszy utwór autorstwa Obary na płycie. Następny ‚Muss Influx’ również sygnowany przez saksofonistę, wprowadza nieco ożywienia. To już jest free jazz pierwszego sortu – wielobarwny, entuzjastyczny, robiący wrażenie na znudzonym słuchaczu mimo szarzyzny za oknem i pustki na koncie. Znowu Sorgen gra za 2ch, Lindberg ma podwójny bas i to słychać. Jest smutno i tajemniczo, po krakowsku. ‚Noodles With Sammy Blues’ kolejny utwór Obary jest klasycznie połamany na monkowską modłę, acz dość intensywny w nowojorskim, współczesnym stylu. ‚T’wix D And E’ jest juz bardziej funky i nawiązuje niebezpośrednio do brzmienia Dave’a Douglasa. Jest najdłuższy na płycie i najbardziej przebojowy. ‚Wolverine Breath’ urzeka dziwnymi dźwiękami granymi smyczkiem na basie Lindberga. Jest to ukłon w kierunku muzyki awangardowej a la Stockhausen. ‚Dropped Drops’ to już przestrzeń zarezerwowana dla perkusji Harveya Sorgena. Na koniec ‚Multiple Reasons’ charakteryzuje piekne, ciepłe tony saksofonu Obary i wyrazisty bas Lindberga.

W sumie 10 utworów i wysoki poziom. Maciej Obara cały czas się rozwija i oby doczekał się wydawnictwa na ECM na przykład, bo to talent wyjątkowy, nadal oczekujący na swój europejski sukces!

Double Image ‎– Dawn

di

ECM 1979

A1 Passage
A2 The Next Event
B1 Sunset Glow
B2 Crossing

Dave Samuels – Marimba, Wibrafon

David Friedman – Wibrafon, Marimba

Harvey Swartz – Bas
Michael Di Pasqua – Perkusja, Perkusjonalia

double image

Kupiłem te płytę przez zupełny przypadek. Na bardzo udanym Winyl Markecie w warszawskim klubie Miłość wpadła mi w oko okładka nieznanej płyty ECM, ciekawy skład, wśród wykonawców flecista. Podczas odsłuchu fletu jak na ironię nie było, natomiast urzekła mnie atmosfera tych nagrań i niecodzienny skład – wibrafon plus marimba. Okazało się, że w środku jest zupełnie inna płyta…

Kwartet Double Image wymyślili i sprokurowali dwaj instrumentaliści – Dave Samuels i David Friedman w 1977. Nagrali 3 albumy, ‚Dawn’ jest drugim z kolei. Poprzedza go nie mniej ciekawy debiut nazwany po prostu Double Image. Był to pierwszy projekt w tak spektakularny sposób wykorzystujący instrumenty perkusyjne takie jak wibrafon i marimba.

Dave Samuels zaczynał od perkusji, studiował w Berklee pod kierunkiem Gary Burtona. Na początku swojej kariery grał z Pathem Methenym, Johnem Scofieldem, Gerry Mulliganem i Frankiem Zappą. Po okresie Double Image nagrywa ze Spyro Gyra, Oskarem Petersonem i Eddiem Palmieri.

David Friedman w latach 60tych współpracował m.in. z Waynem Shorterem, Horacem Silverem i Hubertem Lawsem. Po okresie Double Image nagrywał z Davidem Humairem i Chetem Bakerem. Jego książka o technice gry na wibrafonie jest biblią grających na tym instrumencie („Vibraphone Technique, Dampening and Pedaling”).

Niewątpliwie te dwa przenikające się ‚miękkie’ brzmieniowo instrumenty tworzą wyjątkową muzyczną jakość. Do tego dochodzi maestria techniczna obu muzyków, wspieranych przez basistę Harveya Swartza i perkusjonistę Michaela Di Pasqua. Brzmienie kwartetu jest ogromnie wysmakowane, skrajnie estetyczne. Charakterystyczna dla ECM perfekcja dźwięku zostaje na tej płycie sformatowana do minimalistycznej formy melodycznych instrumentów perkusyjnych, opisywanych przez nieprzetłumaczalne słowo mallet (prawdopodobnie ‚młoteczek’), do których należą wibrafon i marimba właśnie.

‚Passage’ najdłuższy na płycie, blisko 15 minutowy zaczyna się hipnotycznymi dźwiękami przeszkadzajek. Wschodnio brzmiący bas niespiesznie wybrzmiewa. Przede wszystkim liczy się impresjonistyczna atmosfera tego utworu, muzycy improwizują swobodnie, dając sobie wzajemnie czas do pełnej artykulacji. Dopiero w 1/3 słychać perkusję. Napięcie faluje od głośnego sola do znaczących wyciszeń. Muzyka przepływa bez nadmiernych akcentowań, miejscami staje się zupełnie ambientowa, czasem rozpędza się do regularnego pulsu perkusji.

‚The Next Event’ to kontynuacja brzmienia otwierającego płytę w ‚Passage’. Delikatne brzmienie wibrafonu wypełnia głośniki, sekcja rytmiczna buduje zwartą konsystencję tego utworu. Estetycznie ociera się o sofciarskie, prawie popowe granie Patha Metheny. Przede wszystkim liczy się tutaj rytm. Ciekawie prezentuje się basista w syntetycznym solo. To jest po prostu ładne. A do tego grane z poświęceniem.

W otwarciu ‚Sunset Glow’ marimba i wibrafon przenikają się wzajemnie. Czasem trudno odróżnić ich brzmienie, mimo odmiennej budowy instrumentów – marimba to konstrukcja drewniana a wibrafon metalowa. Wolno budowany utwór nabiera konsekwentnie kształtu, ocierając się o minimalizm rodem ze ‚Music For 18 Musicians’ Steve’a Reicha, czaruje, utrzymuje słuchacza w napięciu. Dopiero w drugiej połowie uzyskuje na krótko nieco latynoski, połamany rytm perkusji.

‚Crossing’ wypełnia pełen niepokoju charakterystyczny motyw muzyczny i marszowe brzmienie perkusji. Wciąga jak ruchome piaski. Po dodaniu przesterowanej gitary mógłby spokojnie wejść do repertuaru Primusa Lesa Claypoola. Ciekawie zsamplowany przez raperów z Atmosphere (2002).

Bardzo spójna koncepcja stanowi o sile tego projektu. Senne dźwięki obu wiodących instrumentów wprowadzają słuchacza w nastrój odprężenia połączonego z nutką niepokoju i tajemniczości. Gdyby nie przypadek pewnie nigdy bym nie usłyszał tej bardzo interesującej i wyjątkowej płyty.

Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder ‎– Spark Of Life

sol

ECM 2014

1. Austin
2. Sudovian Dance
3. Spark Of Life
4. Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan
5. Message In A Bottle
6. Sleep Safe And Warm
7. Three Reflections
8. Still
9. Actual Proof
10. Largo
11. Spark Of Life

Joakim Milder – saksofon tenorowy
Marcin Wasilewski – pianino
Sławomir Kurkiewicz – bas
Michał Miśkiewicz – perkusja

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Cenimy rodzimych artystów, ale w sumie często bardziej są doceniani za granicą niż w Polsce. Być może wynika to z braku dystansu do ich twórczości, wykrzywiającego nieco perspektywę oceny ich dokonań. Kompozycje filmowe Komedy są regularnie wydawane zagranicą, żeby kupić wydanie winylowe jego dzieł z muzyką filmową/nowoczesną trzeba sięgać aż do czasów komuny (repressu Poljazzu z 1989), posiadać wypchany portfel i sporą tolerancję na zużycie techniczne (25 lat robi swoje). Kompozycje Andrzeja Korzyńskiego zaczęły być wydawane w Polsce dopiero wtedy, gdy Finders Keepers odkurzyło m.in jego nagrania z filmów Żuławskiego (‚Trzecia część nocy’, ‚Opętanie’). Można tak długo wymieniać.

Przypadek wytwórni ECM jest trochę inny. Płyta ‚Sparkle of Life’ Tria Marcina Wasilewskiego razem ze skandynawskim saksofonistą Joakimem Milderem jest naturalną kontynuacją polityki labelu, a nie efektem gospodarczych mechanizmów rynku, który nie znosi próżni – jeśli sami nie wydajemy płyt naszych artystów, to zrobią to inni. Manfred Eicher, szef ECM miał od początku pomysł na swój label. Wydaje głównie artystów europejskich (Terje Rypdal, Tomasz Stańko, Jan Garbarek), nie gardząc jednakowoż twórczością amerykańskich jazzmanów (Keith Jarrett, Gary Burton, Jack De Johnette), z delikatną przewagą wyważonego grania rodem ze starego kontynentu. Pierwszą płytą wydaną dla ECM przez polskiego artystę była ‚Balladyna’ Stańko z 1975 roku.

Wasilewski, Kurkiewicz i Miśkiewicz tworzyli wcześniej Simple Acoustic Trio, wydając przed 20 laty bardzo wysokiej klasy album z utworami wspomnianego wcześniej Krzysztofa Komedy (‚Komeda’ GOWI 1995). W tym samym roku zaczęła się współpraca trio z mistrzem trąbki Tomaszem Stańko, czego owocem był album Matka Joanna (ECM 1995), nawiązujący tematycznie do klasycznego filmu Jerzego Kawalerowicza. Kolejne albumy dla ECM sypały się jak z rękawa – ‚Soul of Things’ (2002), ‚Suspended Night’ (2004) i Lontano (2006). W pewnym momencie Trio zaczęło nagrywać już bez Stańko. W 2008 powstaje ich debiut dla Eichera – ‚January’. Kolejny ze świetnej serii jest bliski doskonałości album ‚Faithfull’ z 2011 roku.

Skład na zeszłoroczny album ‚Spark of Life’ zostaje rozszerzony o wysokiej klasy saksofonistę Joakima Mildera, który współpracował, a jakżeby inaczej, z Tomaszem Stańko, przy nagraniu albumy ‚Litania’ w 1997 roku (Septet w składzie m.in z gitarzystą Terje Rypdalem i pianistą Bobo Stensonem). Ciekawostką jest wykorzystanie przez Trio utworów z kręgu muzyki pop/rock – ‚Message in a Bottle’ grupy The Police i ‚Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan’ grupy Hey. Na szczególną uwagę zasługuje ta pierwsza wersja utworu autorstwa Stinga, bardzo rozbudowana, blisko 8mio minutowa, z elementami free jazzu. The Police we free jazzowej wersji? Brawo za koncepcję.

Na albumie znajduje się naprawdę dużo materiału, w wersji winylowej musiałby to być podwójny album. Muzyka płynie, czasem meandruje, melancholijna atmosfera tego albumu wciąga po uszy. Oprócz kompozycji lidera grupy można na niej znaleźć m.in utwory Komedy (kołysanka ‚Sleep Safe and Warm’) i Herbie Hancocka (‚Actual Proof’ z płyty ‚Thrust’ z 1974 roku), Joakima Mildera (‚Still’) i ‚Largo’ modernistycznej skrzypaczki Grażyny Bacewicz (1909-1969) zaaranżowane przez basistę Sławomira Kurkiewicza.

Ten album to perfekcyjna robota doskonale zgranych muzyków z dodatkiem abstrakcyjnych dźwięków saksofonu Joakima Mildera. Słucha się jej bez większego wysiłku, co nie oznacza wcale, że jest to muzyka łatwa. Muzycy osiągnęli przez 20 lat wspólnego grania taki poziom symbiozy, że właściwie brzmią jak jeden organizm. Do tego dochodzi jak zawsze doskonała jakość ecmowskiego nagrania.

Z niecierpliwością czekam na następny album trio Marcina Wasilewskiego.

Florian Pellissier Quintet – Biches Bleues

fpbb

Heavenly Sweetness 2014

A1 J’Ai Dû Rêver
A2 Sorcière, Sorcière
A3 Valse Pour Hélène
A4 Biches Bleues
B1 Arumis
B2 Six Jours Après La Guerre
B3 Un Roman Inachevé
B4 Danse Cadaverous
B5 Cinq Minutes Avant La Fin

Christophe Panzani – saksofon
Yoann Loustalot – trąbka
Florian Pellissier – pianino
Yoni Zelnik – kontrabas
David Georgelet – perkusja

Florian Pellissier Quintet równa się zerowa rozpoznawalność autorów/muzyków a zarazem potężna dawka akustycznego jazzu we francuskim wydaniu (‚french touch’). Florian Pellissier, pianista, fan Herbie Hancocka, rocznik 1974, Francuz, współpracownik Dj Cam’a, uczył się jazzu m.in od Kenny Barrona. Podczas pobytu w NY grał regularnie w klubie Village Vanguard. Kwintet w obecnym skladzie istnieje od kilku lat, to ich druga płyta po „Diable et son Train” z 2012 roku. Ograny na wielu europejskich festiwalach i w paryskich klubach. Wydana dla Heavenly Sweetness płyta „Biches Bleues” („Niebieskie łanie”) to ‚najlepiej strzeżony sekret francuskiego jazzu’ (wg. notatki na okładce). Składa się na nią 7 kompozycji Pellissier’a, jedna sygnowana przez Jeffa Gilsona (A3) a B4 autorstwa samego Wayne’a Shortera.

Blisko 50 minut muzyki to spora dawka dobrego brzmienia. Wydaje się, że inspiracją dla zespołu Pellissiera był drugi kwintet Milesa Davisa z Hancockiem (pianino) i Waynem Shorterem (Saksofon tenorowy) w składzie (1964-1969). Chociaż równie dobrze mógłby to być pierwszy kwintet Davisa z Johnem Coltrane’m na saksofonie tenorowym i Billem Evansem na pianinie (1955-1958). Pod względem progresywnego brzmienia i sympatii dla Herbiego Hancocka obstawiam jednak 2 kwintet Davisa…

Oczywiście porównania do absolutnych gigantów jazzu takich jak Davis, Coltrane czy Shorter jest nieco na wyrost, natomiast nasuwa się skojarzenie w kwestii składu instrumentalnego zespołu Pellissiera. Wysokooktanowy saksofon Christophe’a Panzaniego podkręca atmosferę płyty. Dość zamglona tonacja trąbki przypomina nieco grę Dona Cherry z końca współpracy z Ornette Colemanem, a nawet jeszcze bardziej z okresu współpracy Cherriego z Gato Barbierim. Co ciekawe trębacz Yoann Loustalot zahacza miejscami również o tonacje Tomasza Stańko z ECM’owych płyt mistrza. Duch Manfreda Eichera pojawia się gdzieniegdzie w bardziej wyciszonych fragmentach albumu.

Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu tego albumu – granie sprawia tym gościom ogromna radość. Nie ma w tej muzyce niczego wysilonego, nadmiernie wykoncypowanego – wyczuwa się, że ten kwintet miał czas porządnie się zgrać podczas występów na żywo. I jeśli jest w te nagrania włożony wysiłek, a zapewne jest, to znika on pod dźwiękową kołderką pozytywnych emocji muzyków.

Do niektórych utworów swobodnie można tańczyć (‚J’Ai Dû Rêver’), niektóre niosą ze sobą niezwykłą atmosferę paryskiej kafejki o poranku w deszczu (‚Biches Bleues’). Najwięcej dzieje się na krawędzi stron. Tytułowy utwór wieńczy pierwszą stronę płyty. Najdłuższa kompozycja na płycie ‚Arumis’ otwiera B side. Blisko 12 minut bardzo zróżnicowanego grania, od bopowo-rockowego pościgu aż po wyciszenie. Zdecydowanie jest to wisienka na torcie ‚Biches Bleues’. ‚Sorciere Sorciere’ – czarownica zapewne nawiązuje do davisowskiego albumu Sorcerer – Czarnoksiężnik z okresu 2giego kwintetu. Na albumie znalazło się również miejsce na coltrane’owski w duchu walczyk (‚Valse Pour Hélène’), marsz pogrzebowy (‚Six Jours Après La Guerre’), ‚Un Roman Inachevé’ z doskonałymi solami trąbki i saksofonu, w stylu wczesnego Hancocka, elegancki ‚Dance Cadaverous’ autorstwa samego Wayne’a Shortera i zamykający album, progresywny ‚Cinq Minutes Avant La Fin’.

Szczególnie cieszy w kontekście tej płyty, że pojęcie ‚francuski jazz’ nie będzie się już tylko kojarzyło ze skrzypkami Jean Luc Ponty’m i Stephanne Grappellim. Z całym szacunkiem dla pana Michała Urbaniaka, skrzypce to jednak mało jazzowy instrument.

Takie płyty jak ta podtrzymują wiarę w to, że plotki o śmierci Jazzu – rozwojowego gatunku muzyki popularnej – są zdecydowanie przedwczesne.

http://www.florianpellissierquintet.com

Dave Douglas ‎– In Our Lifetime

in our lifetime

New World Records 1995

1. In Our Lifetime
2. Three Little Monsters
3. Forward Flight
4. The Persistence Of Memory
5. Out In The Cold
6. Strength And Sanity, Four Miniatures After Booker Little
7. Sappho
8. At Dawn
9. Shred
10. Rapid Ear Movement
11. Moods In Free Time
12. Bridges (For Tim Berne)

Dave Douglas – Trąbka
Chris Speed – Saksofon Tenorowy, Klarnet
Josh Roseman – Puzon
Uri Caine – Pianino
James Genus – Bas
Joey Baron – Perkusja

Klasycznie wykształcony trębacz, Dave Douglas, to jedna z najciekawszych postaci współczesnego jazzu, obok Johna Zorna (w którego najbardziej znanym projekcie ‚Masada” uczestniczył zresztą). Pochodzący z Nowego Jorku, doskonale łączy w swojej twórczości eklektyczny, swingujący jazz modalny i post modernistyczne brzmienie. Od początku lat 90tych XX wieku do dziś nagrał ponad 20 autorskich albumów w bardzo wielu składach. Wśród swoich mistrzów wymienia Ornette Colemana i Lestera Bowie. Pod koniec lat 80tych współpracował z Horace’m Silverem. Od 2005 roku wydaje pod własnym szyldem Greenleaf Music (www.greenleafmusic.com).

W trzecim autorskim albumie „In Our Lifetime” znalazło się dwanaście kompozycji nagranych przez sextet Douglasa, oprócz niego zagrali Chris Speed, Josh Roseman, świetny pianista Uri Caine, James Genus i Joey Baron, którego wpływ na muzykę Douglasa można porównać do wpływu Toniego Williamsa na „elektrycznego” Davisa.

Tytułowa kompozycja otwierająca album to pokaz mocy – ponad 10minutowy awangardowy, świetnie brzmiący (brawa za produkcję dla Douglasa) swing. Gatunkowo plasuje się pomiędzy wczesnym Coltranem i awangardowymi poszukiwaniami basisty Dave’a Hollanda z końca lat 70tych. Temat przewodni przywodzi na myśl dokonania Wayne’a Shortera z lat 60tych, a free jazzowe frazowanie Speeda dokonania Art Ensemble of Chicago czy też Dona Cherry. Nowojorski jazz w swoim pędzie, utrwalający nerwowość tego wielkiego miasta.

‚Three Little Monsters’ zaczyna się niemal filmowo, przypomina nieco muzykę Krzysztofa Komedy do filmów Romana Polańskiego (‚Dziecko Rosemary’, ‚Nóż w Wodzie’). Słychać inspiracje Douglasa XX wieczną awangardą (Strawiński, Webern). Sekcja dęta balansuje na granicy free. Ciekawa historyjka o trzech potworach.

‚Forward Flight’ to rytmiczny popis basisty Jamesa Genusa. Jego klangujący bas prowadzi ten utwór. Do tego świetne, przestrzenne solo Douglasa. Numer nieco funky, ale równocześnie bardzo cool. Plus ładna, wpadająca w ucho melodia. Potencjał singlowy kończy się w połowie numeru drastycznym zwolnieniem. Po czym sextet zaczyna swingować w starym stylu. Zróżnicowany utwór.

‚The Persistence Of Memory’ zaczyna się zrelaksowanym, karaibskim brzmieniem bębnów Joey’a Barona, aby rozwinąć się w nieco melancholijny utwór. Charakterystyczny motyw pianina Caina plus klarowne solo trąbki Douglasa tworzą klimat. Solo Caina, pierwsze tak ewidentne na płycie, ma w sobie delikatność i melodyjność godną Billa Evansa.

‚Out In The Cold’ – sekcja rytmiczna zapowiada taneczny vibe, po czym dęciaki wprowadzają element zagadkowości. Szybkie zmiany rytmu, Douglas pokazujący szeroki wachlarz swoich możliwości interpretacyjnych, od bluesa aż do awangardy. Saksofon Speeda uspokaja nerwową atmosferę wprowadzoną przez Douglasa. Brzmi czysto i optymistycznie. Cały sextet gra na najwyższym poziomie, słychać, że muzycy bawią się świetnie. A wcale nie jest to łatwa kompozycja do zagrania. Chapeau bas!

Mięciutkie solo Caina otwiera ‚Strength And Sanity’. Bardzo obrazowy numer, zrelaksowany aż do bólu. Echa poszukiwań Ornette Colemana przetworzone na klezmerską, melancholijną modłę. Plus piękne solo pianina. Do refleksji.

Podzielona na cztery części suita ‚Four Miniatures After Booker Little’, to kompozycja nagrana na cześć zmarłego w wieku 23 lat bardzo zdolnego trębacza Bookera Little, grającego m.in z Coltranem i Dolphy’m. W ‚At Dawn’ Douglas gra za pomocą kaczki. Pojawia się w eleganckim solo puzon Josha Rosemana. ‚Shred’ to szalona wariacja w formacie bolera, jazzowa wersja Lounge Lizards (dęciaki). Perkusja Barona ma wręcz rockowy bit. ‚Rapid Ear Movement’ ociera się o awangardowe wojaże Anthony Braxtona.

Jesienny klimat ‚Moods In Free Time’ antycypuje zbliżający się Wrzesień. Szybko jednak zaczynają swingować, tak aby przegonić nadchodzące deszczowe chmury. I znowu zwolnienie. Ekspresyjne, rozpaczliwe solo Douglasa porusza głębokie struny w sercu. W tle Baron wyczynia prawdziwe cuda na swojej perkusji. Utwór o dwóch twarzach.

Najdłuższy na płycie, zamykający ją ‚Bridges (For Tim Berne)’ zaczyna się płynnymi dźwiękami tria instrumentów dętych, po czym robi się awangardowo i konkretnie. Spokojnie mógłby zabrzmieć na Warszawkiej Jesieni. Nurtujący motyw trąbki rozpada się w zdekonstruowaną, atonalną podróż dźwiękową. Jest niepokojąco i abstrakcyjnie. Pianino Caina daje odetchnąć na krótką chwilę od free jazzowego rozprzężenia. Dzikie frazowanie Speeda ponownie wprowadza zamęt w architekturę ‚Mostów’. Trąbka Douglasa aktywizuje zespół, wyzwala swingującą energię z sekcji rytmicznej. Mimo blisko 20 minut długości nie ma wrażenia nudy.

Format CD daje jednak pole do popisu. Albumy, które na winylu zazwyczaj mieściły się w 40 minutach, nagle mają 70. Nie zmienia to faktu, że przez cały album dużo się dzieje muzycznie. Trąbka Douglasa, pianino Caina i perkusja Barona – te 3 instrumenty trzymają słuchacza w napięciu, zaskakują. ‚In Our Lifetime’ to świetny przykład jak ewoluował jazz w ostatnie dekadzie XX wieku i nowojorskie brzmienie w pigułce.