Jan Ptaszyn Wróblewski ‎– Sprzedawcy Glonów

Polskie Nagrania Muza/Polish Jazz 1973

A1 Sprzedaż Glonów – Seaweed Sale
A2 Bez Wyciszenia – No Fade Out
A3 Cytat Z Samego Siebie – Quotation From Myself
B1 Wyznacznik Pierwszy – Determinant One
B2 Jan Szpargatoł Mahawiśnia
B3 Magma

Włodzimierz Nahorny (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Namysłowski (A1 to B3) – saksofon altowy, flet
Zbigniew Seifert (A2, A3, B3) – saksofon altowy, skrzypce
Waldemar Kurpiński (A1, A3 to B3) – saksofon barytonowy, klarnet
bas – Bronisław Suchanek (A3, B2, B3), Paweł Jarzębski (A1, A2, B1, B2)
perkusja – Czesław Bartkowski (A1, B1), Janusz Stefański (A2, A3, B2, B3)
pianino elektryczne [Fender] – Adam Makowicz (B1)
French Horn – Dariusz Filiochowski (A1, A3, B2, B3), Dariusz Szewczyk (B1)
gitara – Marek Bliziński (A1, B1, B2)
Wojciech Karolak – organy hammonda (A1, B2)
perkusjonalia – Czesław Bartkowski (B2), Kazimierz Jonkisz (A1, A3 to B3)
pianino – Andrzej Trzaskowski (B3)
saksofon sopranowy, skrzypce – Michał Urbaniak (A1, A2)
saksofon tenorowy – Jan Ptaszyn Wróblewski (A1, A2, B1, B3)
saksofon tenorowy, klarnet sopranowy, klarnet basowy – Tomasz Szukalski (A1, A3 to B3)
saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet – Janusz Muniak (A2, A3, B2, B3)
puzon – Andrzej Brzeski (A1 to B1, B3), Andrzej Piela (A2, A3, B2, B3), Jan Jarczyk (tracks: A1, B1, B2), Stanisław Cieślak (A1 to B3)
trąbka – Bogdan Dembek (A1, A3 to B3), Bogusław Skawina (A2), Józef Grabarski (A1), Laco Deczi (tracks: B2), Stanisław Mizeracki (A1 to B1, B3), Tomasz Stańko (A2 to B1, B3)
tuba – Zdzisław Piernik (A2, A3, B2, B3)

Imponujący skład, post-komedowski jazz w najlepszym wydaniu, zaaranżowany na orkiestrę. 6 trębaczy, w tym Tomasz Stańko. 6 saksofonistów – Urbaniak, Szukalski, Muniak, Namysłowski, Nahorny, Seifert i maestro Wróblewski we własnej osobie. Andrzej Trzaskowski na pianinie. Wojciech Karolak i Adam Makowicz przy pianinach elektrycznych (Fender i Hammond). Urbaniak i Seifert również na skrzypcach. Na perkusji/perkusjonaliach m.in Bartkowski i Jonkisz. W sumie w nagraniu uczestniczyło ponad 30tu muzyków.

‚Ptaszyn’ Wróblewski ma niebywały talent aranżacyjny. Słychać to od pierwszego taktu ‚Sprzedawców Glonów’. Orkiestra gra jak z nut. Urzeka czystość brzmienia i klarowność dźwięku poszczególnych instrumentów. Bardzo zgrabną solówkę wycina Urbaniak. Gdzieś w oddali pobrzmiewają echa CTI’owskich kooperacji. Solo Szukalskiego również jest niezgorsze. Perkusja Bartkowskiego chodzi jak w zegarku. Jest moc!

‚Bez Wyciszenia’ brzmi donośnie i poważnie, w stylu aranżacji Gila Evansa ze ‚Sketches’. Unosi się nad tym utworem róznież duch awangardy lat 60tych, Colemana, Dolphiego czy też Alberta Ayera. Free jazzowe sola Namysłowskiego na alcie i Urbaniaka na sopranie dodają nutkę szaleństwa do wielce uporządkowanej struktury utworu. To wcale nie jest łatwa muzyka! Połamane przejścia, zmiany tempa, awangardowy chaos.

‚Cytat Z Samego Siebie’ uspokaja trochę atmosferę, pobrzmiewają echa kwintetu Davisa z Tony Williamsem na perkusji. Solo Namysłowskiego – nic tylko słuchać. Zmiany tempa, urokliwe przeszkadzajki, przegłosy, atmosferyczne dodatki – prawdziwy majstersztyk. Jest to długi i w sumie dość rozwlekły utwór, ale chwyta za serce pięknymi dźwiękami trąbki Tomasza Stańko. I znów gdzieś w tle słychać ‚Sketches of Spain’…

‚Wyznacznik Pierwszy’ wciąga niezwykle wyrazistym motywem przewodnim. To już jest elektryczny jazz – Makowicz na fenderze buduje niezwykły klimat, Paweł Jarzębski na basie wykonuje kawał dobrej roboty. Wróblewski na tenorze gra spójnie i spokojnie, słychać doświadczenie lat muzyka sesyjnego, wprawionego przez 2 dekady koncertowania. Plus zawinulowskie motywy rodem z Weather Report i ‚In a Silent Way’. Blisko 10 minut pięknego elektrycznego grania.

‚Jan Szpargatoł Mahawiśnia’ również zapada momentalnie w pamięć (świetny, wręcz filmowy motyw). Córka właśnie robi wycinanki, więc muszę pisać na kolanie.

‚Magmę’ moja partnerka skwitowała krótko – ‚co to za straszna muzyka’. Sygnowana przez pianistę Andrzeja Trzaskowskiego.

Tak czy owak jest to jeden z najważniejszych albumów polskiego jazzu i nie tylko. Nie znam drugiego tak złożonego formalnie albumu znad Wisły.

Dexter Gordon ‎– One Flight Up

Najważniejszą kwestią związaną z harmonijną muzyką jest umiejętność słuchania. A ‚Tanya’ jest zdecydowanie utworem pełnym harmonii, a równocześnie energetycznym. W gruncie rzeczy cała płyta ‚One flight Up’ jest świetnie ułożona i doskonale nagrana. Do tego charakteryzuje się spójną wizją i ciekawym rozłożeniem akcentów. Zawiera tylko 3 utwory, pierwszy autorstwa Donalda Byrda, drugi pianisty Kenniego Drew, a tymczasem 3ci to klasyk z 1939 roku autorstwa duetu DeLange i Van Heusen.

Skład jest dość klasyczny, kwintet na 2 dęciaki, pianino i sekcję rytmiczną. Jednakże diabeł tkwi jak zawsze w szczegółach – doprowadzonej do perfekcji technice i w elementarnej rozwadze połączonej z głęboką emocjonalnością. Do tego tworzący ten kwintet muzycy unikają egoistycznych tyrad, grają spójnie i z energią, doskonale się zgrywając.

Prawdziwym majstersztykiem jest ‚Tanya’, blisko 20 minut pięknego grania. 2ga strona może już nie ma tej magii, jednak nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

Płyta ta jest prawdziwym dziełem sztuki, bez niepotrzebnych ozdobników i udziwnień. Warto jej słuchać i uczyć się od starych mistrzów.

Blue Note 1964

A Tanya
B1 Coppin’ The Haven
B2 Darn That Dream

Dexter Gordon – Saksofon Tenorowy
Donald Byrd – Trąbka
Kenny Drew – Pianino
Niels-Henning Orsted Pedersen – Bas
Art Taylor – Perkusja

Miles Davis ‎– Bitches Brew

bitches brew

CBS Sony 1970

A Pharaoh’s Dance
B Bitches Brew
C1 Spanish Key
C2 John Mclaughlin
D1 Miles Runs The Voodoo Down
D2 Sanctuary

Miles Davis – Trąbka
Wayne Shorter – Saksofon sopranowy
Bennie Maupin – Klarnet basowy
John McLaughlin – Gitara
Chick Corea – Pianino elektryczne
Joe Zawinul (A, B, C1, D2) – Pianino elektryczne
Larry Young (A, C1, D1) – Pianino elektryczne
Dave Holland – Bas
Harvey Brooks – Bas
Charles Alias – Perkusja
Jack DeJohnette – Perkusja
Lenny White – Perkusja
Jim Riley – Perkusjonalia

Jubileuszowa 50 odsłona musi mieć zacną oprawę i bogatą treść. Obie te cechy spełnia nieśmiertelny album psychodelicznego jazzu – ‚Bitches Brew’. Najlepiej brzmi słuchany podczas silnego wiatru na żaglówce ma Mamrach. Towarzyszy mi już ze 20 lat. Jest jak latarnia morska wskazująca drogę podczas zwątpień i klęsk przeróżnych. Jest jak estetyczny wzorzec z Sevres do którego można porównać właściwie wszystko, co zostało później wydane. Sprawdzić, czy wytrzymuje tę konfrontację. Czy też jest od początku błędne.

Właściwie jest to album bliski doskonałości. Piękna, tajemnicza okładka, nieśmiertelny skład, jedyna w swoim rodzaju muzyczna pewność siebie i niepodważalna energia zawarta w tych kilku utworach. Ale cóż to są za utwory! Jaka jest ich skala, jaki zasięg oddziaływania, gdzie się kończy ich bogata emocjonalność i żywotność?

Jakże długą drogę muzyczną przeszedł w swoim życiu Davis! Od bebopu, przez cool, różne wersje modalnego grania, później nowoczesny i nadal aktualny elektryczny jazz, zawierający w sobie wszystko co najlepsze z tej przebogatej muzycznie epoki, aż po narkotyczny funk, niezidentyfikowane eksperymenty połowy lat 70, kiedy niewiele już przypuszczalnie pojmował z tego co się dzieje, ale jego intuicja była jak skała i w końcu powrót w latach 80tych po kilku latach odwyku i psychicznej rozterki. Niezwykle intensywne i ciekawe było jego życie. Tak niepozorny człowiek z tak wielką charyzmą i pewnością, że to co robi to jest właśnie to. Prawdziwy niepoprawny geniusz.

Niewielu jest w historii takiego formatu muzyków. Być może nawet właśnie Davis aspiruje swoją postawą do miana najlepszego muzyka w historii. Nie był najwybitniejszym technikiem. Pojawiali się lepsi od niego, lepiej wyszkoleni, stworzeni do ekwilibrystyki. Niektórzy świecili tak jasno, że aż się spalali od własnego światła i działali krótko, często ponosząc największą ofiarę – własne życie. Wielu zatraciło się w ozdobnikach gwiazdorskiego życia i odpłynęli w estetyczną otchłań popkultury. Davis był jak cyborg, wyszedł obronną ręką właściwie ze wszystkich mielizn jakie generuje taki poziom popularności. Do tego wykazał się niezwykłą żywotnością, niczym wampir czerpał energię z kolejnych muzycznych nurtów, które go otaczały. Jego geniusz w dużym stopniu polegał na umiejętnym zagospodarowaniu rodzących się dookoła talentów. Prawdopodobnie najlepszym przykładem działania tego mechanizmu jest właśnie podwójny album ‚Bitches Brew’.

Zazdroszczę temu, który nigdy nie słyszał tego albumu. Całe życie słuchał powiedzmy Justina Biebera i nagle odpalił Davisa. Bieber jest ok, produkują mu zapewne najlepsi w branży, daje radę. Tylko jak porównać jego pieszczotliwe pomruki do zabójczej maszynerii jaką stworzył Davis na Bitches? Brakuje skali.

Trudno jest analizować tę muzykę. Jest na style spójna i płynna, skonstruowana z najlepszych elementów, że właściwie odbiera się ją bezkrytycznie, jako skończone arcydzieło. Zresztą słuchałem już tej płyty tyle razy, że trudno mi o krytycyzm, więc nie ma sensu się wysilać. Po prostu posłuchajcie!

Michal Urbaniak ‎– Fusion

Columbia 1974

A1 Good Times, Bad Times
A2 Bahamian Harvest
A3 Impromptu
A4 Seresta
B1 Fusion
B2 Deep Mountain
B3 Bengal

Michał Urbaniak – Skrzypce elektryczne, Saksofon sopranowy
Urszula Dudziak – Wokal
Adam Makowicz – Pianino elektryczne
Wojciech Karolak – Organy Hammonda
Czesław Bartkowski – Perkusja

Michał Urbaniak jest niewątpliwie jednym z filarów polskiego jazzu i świetnym jego ambasadorem w Europie i U.S.A. Już w latach 60tych grał w U.S.A. (z Andrzejem Trzaskowskim i Zbigniewem Namysłowskim) i Skandynawii. W 1971 roku dostał Grand Prix na festiwalu Montreaux, gdzie wystąpił z własnym zespołem Michał Urbaniak Group w skład którego – w różnych okresach – wchodzili: Adam Makowicz (pianista), Paweł Jarzębski, Michał Komar i Janusz Kozłowski (basiści), Czesław Bartkowski i Andrzej Dąbrowski (perkusiści) oraz Urszula Dudziak (wokalistka). Dzięki tej nagrodzie zaistniał na stałe w krajobrazie europejskiego jazzu, często występował ze świetnym przyjęciem swojego free jazzowego fusion. W latach 60tych też nie próżnował – grał z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego Jazz Rockers (1961), z kwintetem The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego (1962) i z zespołem Krzysztofa Komedy (1962-1964). W 1973 wyjechał na stałe do USA, gdzie zrobił wyjątkową jak na polskiego muzyka jazzowego karierę, grywał z najlepszymi, oto długa lista jazzowych sław, z którymi grał Urbaniak – George Benson, Lenny White, Wayne Shorter, Marcus Miller, Billy Cobham, Joe Zawinul, Ron Carter, Stéphane Grappelli oraz Miles Davis (zaprosił go do projektu „Tutu”). W latach 70tych nagrał całą serię wartych uwagi albumów w klimacie fusion – ‚Atma’, ‚Fusion III’, ‚Body English’. W latach 80tych nadal bardzo aktywny. Po trzynastu latach nieobecności w 1986 przyjechał do Polski i wystąpił na „Jazz Jamboree”. W latach 90tych grał pod szyldem Urbanator jazz z elementami hiphopu. Komponował również muzykę do spektakli teatralnych, filmów i programów telewizyjnych (‚Dług’ Krzysztofa Krauze, ‚Eden’ Andrzeja Czeczota). Wielokrotnie nagradzany – w latach 1962-63 zajął II miejsce w ankiecie czytelników pisma „Jazz” w kategorii saksofon tenorowy, w ankiecie pisma „Down Beat” w 1975 został zwycięzcą w wyborze krytyków w kategorii talent zasługujący na szersze uznanie, w 1976 zajął II miejsce jako skrzypek jazzowy, w 1992 jego nazwisko znalazło się wśród największych sław jazzu w pięciu kategoriach: album roku (II miejsce), muzyk roku (V miejsce), jazz electronic combo (V miejsce), kompozytor (IX miejsce) i skrzypek (IV miejsce). Również wielokrotnie wybierany był skrzypkiem roku w ankiecie Jazz Top magazynu „Jazz Forum”. Jego córka Mika Urbaniak również zajmuje się muzyką. Jego żoną była wokalistka jazzowa Urszula Dudziak.

Pierwotnie album ‚Fusion’ został wydany w Niemczech Zachodnich w 1973 roku jako ‚Super Constellation”. A tak wyglądał jego okładka:
super constelation

Wydaje się, że okładka ‚Fusion’ jest jednak bardziej dopracowana formalnie. Natomiast muzycznie jest przekrojowo i bardzo na czasie. Z jednej strony słychać jeszcze wpływy jazz-rockowego grania free w stylu elektrycznego Davisa, zgrabnie połączone ze słowiańską nastrojowością i instrumentalnym kunsztem. Z drugiej strony pojawiają się elementy funku, których z czasem będzie coraz więcej w muzyce Urbaniaka, aż do ekstremum jakim jest quasi hip hopowy projekt Urbanator z lat 90tych. Zaczyna się bardzo energetycznie i rockowo – ‚Good Times, Bad Times’ nie ustępuje dokonaniom Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina. Frapujący i dość niepokojący motyw pianina wzbogacają elektryczne skrzypce Urbaniaka i delikatny wokal Dudziak. Przebój epoki fusion. Najlepszy na płycie, dosyć psychodeliczny ‚Bahamian Harvest’ zaczyna się podkręconym efektami wokalem Dudziak i funkowym bitem perkusji Bartkowskiego. Utwór staje się przyjemnie taneczny i folklorystycznie swojski. Dużo w tym kawałku wolności, chyba dobrze im zrobiły przenosiny do Stanów, jest groove i jest przestrzeń. ‚Impromptu’ to raczej przerywnik acz wdzięczny. Charakterystyczna ‚Seresta’ znana już z płyty ‚Constellation In Concert’ wydanej rok wcześniej w serii Polish Jazz robi wrażenie solówką Urbaniaka i hipisowską atmosferą. Strona A tego albumu jest jedną z najlepszych w historii polskiego (amerykańskiego?) jazzu!

B-Side otwiera wyluzowana tytułówka. Przewodni motyw przypomina nieco brzmienie gitary Roberta Frippa z King Crimson. Ciekawie połamany numer. Funky. ‚Deep Mountain’ pobrzmiewa za to Led Zeppelin. W eleganckiej aranżacji tej piosenki łatwo się zasłuchać. Wisienką na torcie jest świetna solówka Makowicza. Zamykający ten rewelacyjny album ‚Bengal’ również z ‚Constellation In Concert’ to ponad 13 minut progresywnego jazzu. Dobry przelot, chaos kontrolowany. Sporo funku. Miodzio.

Świetny album. 45 minut soczystego grania bez zamulania, w amerykańskim stylu z polską wrażliwością!

Płytkę udało mi się znaleźć w sklepie ‚Płyty Gramofonowe” przy placu Zbawiciela.

Don Cherry – Where is Brooklyn?

where is brooklyn

Blue Note 1969/Klimt Records 2014

A1 Awake Nu
A2 Taste Maker
A3 The Thing
B1 There Is The Bomb
B2 Unite

Don Cherry – Trąbka
Pharoah Sanders – Saksofon tenorowy, Flet
Henry Grimes – Bas
Edward Blackwell – Perkusja

Donald Eugene Cherry

„Wiele osób myli pojęcia – technikę z profesjonalizmem. Nienawidzę profesjonalizmu.” Don Cherry

Jednym z najistotniejszych momentów w historii jazzu było spotkanie Cherry’ego z Ornette Colemanem w sklepie płytowym przy 103 ulicy. Ten moment zaważył na karierze Cherry’ego. Było to spotkanie równie istotne co spotkanie Micka Jaggera i Keitha Richardsa na stacji kolejowej w Dartford. Przez całe dalsze życie Cherry grał z Colemanem lub muzykami takimi jak Ed Blackwell czy Charlie Haden – wywodzącymi się z legendarnego kwartetu Colemana. „Ornette był wyjątkowym i oryginalnym geniuszem free jazzu, ale Cherry był równy Colemanowi, błyskotliwie cieniujący, odpowiadający bądź też przeciwstawny każdemu krokowi Colemana w sposób bardzo kreatywny, wytrwały aczkolwiek niekompletnie artykułowany.” Don wychodził poza estetykę jazzu, smiało wkraczając na tereny world music ale również współpracując z rockmanami (Talking Heads, Lou Reed) a nawet z klasycznymi kompozytorami takimi jak Krzysztof Penderecki. Tworzył również dla filmu – był współtwórcą soundtracku do legendarnej „Świętej Góry” Alejandro Jodorowskiego.

Lata 1958-1962 to prawdziwy natłok świetnych płyt nagranych z Colemanem. Następnie współpraca z najlepszymi saksofonistami swoich czasów – z Coltranem, Sheppem, Lacy’m i Albertem Aylerem. Aż w 1966 roku zaczyna Cherry nagrywać pod własnym nazwiskiem i to od razu świetne albumy – ‚Complete Communion’ z Gato Barbierim i ‚Symphony for Improvisers’ z Pharaohem Sandersem, wspaniałe przykłady awangardy mocno osadzonej w bopie. Do tego kręgu należy jeszcze ‚Where is Brooklyn?’. Kolejne nagranie stają się coraz bardziej nasycone orientalną stylistyką, bardzo uduchowione – obie części ‚Mu’, ‚Ethernal Rythm’. Lata siedemdziesiąte to m.in świetne płyty ‚Relativity Suite’ z Carlą Bley i ‚Brown Rice’. Początek lat 80tych to etno projekt Codona z Collinem Walcottem i Naná Vasconcelos, inne nagrania dla ECM (‚El Corazón’, ‚Dona Nostra’). Wielki Don Cherry umiera w 1995 roku.

Album składa się z 5ciu utworów, przy czym jest nierównomiernie rozłożony, strona A zawiera 3, a na stronie B obok najdłuższego na płycie utworu ‚Unite’ zmieścił się jeszcze tylko jeden krótki utwór.

‚Awake Nu’ otwierający stronę A zaczyna się ekstatycznym solem Pharaoha Sandersa. Wyraziście dogrywa mu Ed Blackwell na perkusji (świetne solo w połowie utworu). Pełno tutaj niczym nieskrępowanej energii! Dęciaki zaczynają grać razem jak w najlepszych czasach kwartetu Colemana. Cherry przejmuje stery, gra oszczędnie i charakterystycznie, nie nadużywa możliwości swojego instrumentu, bardziej kreuje niż odpowiada na solistyczne popisy Sandersa. Wybrzmiewa nutka szaleństwa, słychać pośpiech wielkiego miasta. ‚Taste Maker’ to kolejny dialog Cherry’ego i Sandersa, zagrany mocno i miejscami bardzo atonalnie. Na początku bardziej słyszalny jest „płaczący” saksofon Sandersa. Cherry raczej akompaniuje. Dźwięki jego trąbki mają więcej przestrzeni, są bardziej senne i nieoczywiste. Henry Grimes ciekawie improwizuje na basie. Ostatnie 2 minuty utworu to mocne dźwięki perkusji Blackwella, rozpędzony bas Grimesa i zamykający motyw dęciaków, donośny sygnał. ‚The Thing’ jest zdecydowanie bardziej melodyjny niż jego poprzednicy. Sekcja rytmiczna gra równo, Cherry i Sanders trzymają linię melodyczną w granicach rozsądku. Don wspaniale improwizuje. Kolejny jest Grimes na basie, klarownie i z sensem. Sanders wchodzi z przytupem, gra również czysto, dopiero po jakimś zaczyna wchodzić w przestery. Wypada z rytmu. Wspiera go Cherry w krótkim solo. Ładna jest to melodia.

‚There Is The Bomb’ otwiera stronę B wprowadzając przyjemny dla ucha, odprężający klimat. Pojawia się świetne solo Chery’ego, wspieranego przez Sandersa. Jedno naturalnie wynika z drugiego, przenikają się w iluzjonistyczny sposób. Jest to przykład dojrzałego nowojorskiego brzmienia połowy lat 60tych. Krótko, zwięźle i na temat. Swoje kilka taktów dodaje sekcja rytmiczna, która na całej płycie trzyma bardzo wysoki poziom. Blisko 20 minutowy ‚Unite’ to już przykład pełnej wolności improwizacyjnej. Najlepiej zanurzyć się całkowicie wśród niezwykłych dźwięków generowanych przez Cherry i przede wszystkim przez Sandersa i pozwolić sobie na więcej sonicznej wolności. Obcowanie z tą niesamowitą muzyką to prawdziwa radość! ‚Unite’ jest jak wybuch kłębiących się emocji, płynie wolno i dostojnie, przekazując nam niestarzejącą się energię free jazzowego grania w czystej formie.

Całość została nagrana 11 listopada 1966 roku. Kooperacja Cherry i Sandersa robi nadal duże wrażenie. Sekcja rytmiczna Grimesa i Blackwella to przykład świetnego postbopowego grania. Warto sięgnąć po tę pozycję zaraz obok ‚Complete Communion’ i ‚Symphony for Improvisers’!

Sorgen/Lindberg/Obara – Three

obara

Ars Cameralis Silesiae Superiors 2010

1 Spiritual Lover
2 Forage
3 Fort Borek
4 One Of Caroll
5 Muss Influx
6 Noodles With Sammy Blues
7 T’wix D And E
8 Wolverine Breath
9 Dropped Drops
10 Multiple Reasons

Maciej Obara – Saksofon altowy

John Lindberg – Bas

Harvey Sorgen – Perkusja

Najzdolniejszy polski saksofonista młodego pokolenia. Urodzony w 1981 roku. Studiował jazz w Katowicach. Pierwsza płyta w składzie trio Maciej Garbowski (bas) i Krzysztof Gradziuk (perkusja) ukazuje się w 2007 roku. W tym okresie współpracuje z saksofonistą Antoine Roneyem i Tomaszem Stańko. W 2008 roku nagrywa 2gi album w składzie trio z Garbowskim i Gradziukiem. Oto komentarz do płyty napisany przez Tomasza Stańko: „Już pierwsze dźwięki najnowszej płyty Macieja Obary wzruszyły mnie, wprowadziły w czar tej muzyki (…) Jego muzyka jest silna, dojrzała, głęboka, pełna czaru, piękna. Jest jego własna.” Kolejny projekt Obary to MaMuGe 3 w skandynawskim składzie – z Johnem Lindbergiem (bass) i Harveyem Sorgenem (drums). W listopadzie 2010 wydaje album ‚Three’. Obara Special Quartet to projekt, który pojawia się w 2009 roku w składzie Ralph Alessi (tr), Mark Helias (bass), Nasheet Waits (dr). Nagrywają album ‚Four’. W 2011 pojawia się kolejna płyta ‚Equilibrium’ nagrana w składzie pierwszego trio i Dominika Wani (pianino). Obaj muzycy pierwszy raz spotkali się w składzie Tomasza Stańki i to u Jego boku zapoczątkowali swoją muzyczną przyjaźń. Nowy kwartet Obary to zupełnie inne spojrzenie na energię muzyczną, tym razem osadzona w kontekście harmonicznym, europejsko brzmiącej sekcji rytmicznej. Rok później datuje się powstanie kolejnego kwartetu Maciej Obara International Quartet, do którego zaprosił Norwegów. To jego pierwszy stały międzynarodowy kwartet, w skład którego wchodzą: Ole Morten Vaagan (kontrabas), Gard Nilssen (perkusja) oraz Dominik Wania (fortepian). Skutkuje skład ten nagraniem 3 płyt na żywo – ‚Live At Manggha’ ‎(2013), ‚Komeda’ (2013) i ostatnio ‚Live In Mińsk Mazowiecki’ (2015).

Skład trio zdecydowanie Obarze odpowiada. Wydobywa od razu pełne brzmienie ze swojego altu, a norweska sekcja rytmiczna odpłaca mu się pięknym za nadobne. Od pierwszej nuty słychać, że mają coś do powiedzenia w kwestii colemanowskiego free. Grają swoje utwory bez zadęcia, otwierają natomiast ‚Spiritual lover’ z repertuaru Andrew Hilla. Muzyka to współczesna, przetworzona przez nowojorską awangardę taką jak Lounge Lizards i John Zorn. Mają inspiracje, ale przede wszystkim chcą grać mocny jazz bez ozdobników. Idzie im doskonale. Ted Orr aranżuje i nagrywa tę sesję, jest odpowiedzialny za świetne brzmienie płyty MaMuGe3. ‚Forage’ to już ewidentne uwolnienie energii bez konserwantów. Funk, break, hip hop jazz i to free. ‚Fort Borek’ zmusza do refleksji, mimo braku równego rytmu ma w sobie dużo mocy. Ma elementy folklorystyczne, to taka ballada o naćpanym Janku Muzykancie. Sorgen artykułuje wielobarwnie, przypominając dokonania Edwarda Vesali z czasów współpracy z Tomaszem Stańko. Wpływ Stańko na Obarę jest zdecydowanie słyszalny. ‚One for Caroll’ zaczyna się delikatnie i melodyjnie. Muzycy nieco wrzucają tu na luz i dobrze. Nie ma natłoku, jest przestrzeń i kooperacja. Jest to pierwszy utwór autorstwa Obary na płycie. Następny ‚Muss Influx’ również sygnowany przez saksofonistę, wprowadza nieco ożywienia. To już jest free jazz pierwszego sortu – wielobarwny, entuzjastyczny, robiący wrażenie na znudzonym słuchaczu mimo szarzyzny za oknem i pustki na koncie. Znowu Sorgen gra za 2ch, Lindberg ma podwójny bas i to słychać. Jest smutno i tajemniczo, po krakowsku. ‚Noodles With Sammy Blues’ kolejny utwór Obary jest klasycznie połamany na monkowską modłę, acz dość intensywny w nowojorskim, współczesnym stylu. ‚T’wix D And E’ jest juz bardziej funky i nawiązuje niebezpośrednio do brzmienia Dave’a Douglasa. Jest najdłuższy na płycie i najbardziej przebojowy. ‚Wolverine Breath’ urzeka dziwnymi dźwiękami granymi smyczkiem na basie Lindberga. Jest to ukłon w kierunku muzyki awangardowej a la Stockhausen. ‚Dropped Drops’ to już przestrzeń zarezerwowana dla perkusji Harveya Sorgena. Na koniec ‚Multiple Reasons’ charakteryzuje piekne, ciepłe tony saksofonu Obary i wyrazisty bas Lindberga.

W sumie 10 utworów i wysoki poziom. Maciej Obara cały czas się rozwija i oby doczekał się wydawnictwa na ECM na przykład, bo to talent wyjątkowy, nadal oczekujący na swój europejski sukces!

Lee Morgan ‎– Cornbread

cornbread

Blue Note 1965

A1 Cornbread
A2 Our Man Higgins
B1 Ceora
B2 Ill Wind
B3 Most Like Lee

Lee Morgan – Trąbka
Jackie McLean – Saksofon Altowy
Hank Mobley – Saksofon Tenorowy
Herbie Hancock – Pianino
Larry Ridley – Bas
Billy Higgins – Perkusja

Edward Lee Morgan urodził się w Filadelfii w 1938 roku. Zmarł tragicznie zastrzelony przez własną żonę w klubie jazzowym pomiędzy występami w 1972 roku. Żył krótko acz intensywnie, już jako nastolatek nagrywał płyty dla Blue Note. Dla tej wytwórni nagrał ich kilkanaście, dodatkowo zostało wydane jeszcze kilka pośmiertnie na podstawie zarejestrowanego wcześniej materiału. Jako muzyk sesyjny ma na swoim koncie takie klasyki jak ‚Blue Train’ Johna Coltrane’a, ‚Moanin’ Arta Blakeya i Jazzmessengers, ‚Evolution’ Grahana Moncura III i ‚Mode for Joe’ Joe Hendersona. Był gwiazdą Blue Note, która zajaśniała pełnym blaskiem właściwie przez przypadek. Nagrany w 1963 utwór ‚The Sidewinder’, w klimacie soul-jazz/boogaloo, stał się wielkim hitem, nielegalnie został również wykorzystany w telewizyjnej reklamie samochodowej. Wielokrotnie później starał się powtórzyć sukces tego nagrania, aczkolwiek z różnym skutkiem. W tym samym czasie co ‚Sidewinder’ ukazała się ambitna pozycja z kręgu jazzu modalnego – ‚Search for the New Land’ z Waynem Shorterem na saksofonie, Grantem Greenem na gitarze i Herbie Hancockiem na pianinie. W latach 60tych nagrał jeszcze sporo dobrych lub bardzo dobrych albumów – ‚The Rumproller’ z Joe Hendersonem, ‚Charisma’ z Hankiem Mobleyem i Jackie McLeanem, ‚Gigolo’ z Shorterem. Ostatnim akordem było nagranie 2 płytowego albumu ‚Live at the Lighthouse’ z Bennie Maupinem. Niestety jego życie przerwał strzał z pistoletu Helen Morgan.

lee_morgan1

Jako trębacz Morgan znajdował się w gronie najwybitniejszych muzyków hard bopowych, jego gra charakteryzowała się silnym, muskularnym tonem, była przepełniona emocjami, zadziornymi tonami w funkujących utworach tanecznych/bopowych, jak też słodkimi i delikatnymi w balladach. Z czasem przeszedł z bopowego grania, poprzez okres soul-funk jazzowy z elementami jazzu latynowskiego (boogaloo) w stronę modalnego free bopu.

‚Cornbread’ jest efektem sesji z 18 września 1965 roku, w której uczestniczyli oprócz lidera saksofoniści Jackie McLean i Hank Mobley, Herbie Hancock na pianinie i Larry Ridley/Billy Higgins w sekcji rytmicznej.

Mocna stopa i konkretne brzmienie – to pierwsze wrażenie, jakie przychodzi na myśl słuchając utworu tytułowego. Świetne zgranie sekcji dętej i profesjonalizm – to drugie. Trąbka Lee Morgana podtrzymuje na duchu. Klarowne brzmienie robi duże wrażenie. W połowie lat 60tych Blue Note osiagnęło szczyt swojego rozwoju jako czołowego i nieco komercyjnego jazzowego labela. Zaczęły się pojawiać hity. Ludzie słuchali tego na potęgę. Rock dopiero raczkował, pierwsze płyty Beatlesów i Stonesów zaczynały robić różnicę, ale jazz był wtedy bardzo mocny.

‚Cornbread’ to 9 minut soczystego acid jazzowego grania, boogaloo. Bez fałszywej nuty, wszystko czyściutkie. Spokojnie mogłoby dzisiaj zabrzmieć na function one.

‚Our Man Higgins’ jest już nieco bardziej skomplikowane formalnie. Zaczyna się od nieco colemanowskiego motywu na dęciakach. Jackie McLean gra dość free na saksie. Świetnie! Kontynuują Morgan i Mobley. Przekazują dużo dobrej i mocno pokręconej energii. Hancock gra modalnie, z wyczuciem, raczej uspokaja emocje. Billy Higgins jeszcze dorzuca nieco mocnego uderzenia na perce. Ten numer to ciekawie zaaranżowany awangardowy hard bop godny swoich czasów. Pierwsza klasa jazzowego grania.

‚Ceora’ otwiera stronę B płyty i od razu robi się spokojniej. Grają Hancock, Higgins i Larry Ridley na basie. Dęciaki grają w półtonu, harmonijnie i na luzie. Morgan otwiera część solistyczną bardzo ładnymi dźwiękami swojej trąbki. Akcentuje po swojemu, dość mocno acz elegancko. Mobley dodaje ciepła na swoim tenorze. Bossa nova pierwsza klasa.

‚Ill Wind’. Tym razem zaczyna się bluesowo, leniwe dźwięki trąbki sączą się powoli i majestatycznie. W starym stylu. Morgan gra nieco ściszony (z kaczką) a la Armstrong. Mobley dogrywa, a Morgan gra dalej swoje leniwe dźwięki. Ten blues ma ciekawą, niestandardową konstrukcję. Hancock gra bardzo poprawnie, trudno sobie wyobrazić słysząc te dźwięki jego awangardowe odjazdy z lat 70tych…Technicznie jest jak zawsze na najwyższym poziomie, chyba tylko Thelonious Monk przewyższa go w tej kwestii, może jeszcze Jarret mógłby się równać z Herbiem. Hanock jest jednym z najczęściej grających/nagrywających muzyków w historii, nie bez kozery.

‚Most Like Lee’ przyspiesza nieco, wprowadza taneczny rytm. Kolejny chwytliwy motyw muzyczny, do których Morgan miał zdecydowanie talent kompozytorski. ‚Sidewinder’ jest tego najlepszym przykładem.
Mobley gra solo w wysokich rejestrach, dynamiczne. Morgan podkręca, mocno i rytmicznie. Sekcja gra równo. McLean dociska na swoim alcie. Wszystko w tempo (i to dosyć wysokie). Ostatni utwór na płycie, a nie jest żadnym wypełniaczem. Hancock streszcza się mocno. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze basista. Ostatnia minuta – solo na basie, połamane dźwięki perkusji, lekkie motywy pianina, szybki most i i motyw kończący, wszystko w kilkadziesiąt sekund.

Czerwona okładka płyty i dość agresywna grafika, plus zdjęcie Morgana – wiadomo, kto tu jest gwiazdą. Natomiast obecność Hancocka i McLeana dodaje tej płycie zdecydowanie smaku. Ogólnie rzecz biorąc- bardzo dobra pozycja komercyjnego jazzu z ambicjami. Warto sięgnąć po twórczość Lee Morgana, gdyż był on jedną z najjaśniej świecących (niestety krótko) gwiazd wytwórni Blue Note a do tego był świetnym muzykiem i utalentowanym kompozytorem.

Jack de Johnette – New Directions

ECM 1978

A1 Bayou Fever
A2 Where Or Wayne
B1 Dream Stalker
B2 One Handed Woman
B3 Silver Hollow

Jack DeJohnette – Perkusja, Pianino

John Abercrombie – Gitara

Lester Bowie – Trąbka

Eddie Gomez – Bas

Nadal aktywny, prawdopodobnie najlepszy żyjący perkusista jazzowy. W połowie lat 60tych uczestniczył w społecznym projekcie chicagowskiego AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians) – podobnie jak późniejsi członkowie Art Ensemble of Chicago, Lester Bowie zagrał zresztą na omawianej tutaj płycie. Następnie wspólnie z Rashiedem Ali stanowił perkusyjny fundament kwintetu Johna Coltrane’a, ażeby odnieść medialny sukces w epoce dzieci kwiatów z kwartetem Charlesa Lloyda (nadal aktywnego saksofonisty, ostatnio wydał pod egidą Blue Note album „Wild Man Dance” – zapis koncertu na festiwalu Jazztopad odbywającego się we Wrocławskiej Filharmoni). A następnie De Johnette zaliczył szczyt swojej artystycznej drogi uczestnicząc w epokowym wydarzeniu, jakim było nagranie albumu „Bitches Brew” Milesa Davisa. Co wcale nie oznacza, że później jakoś znacząco obniżył loty. Bynajmniej, w latach 70tych nagrywał regularnie jako leader, wiele tych wydawnictw wyszło w kultowej wytwórni ECM. Tworzył wiele ciekawych projektów muzycznych – The Gateway Trio (Dave Holland, John Abercrombie), Directions (Abercrombie i saksofonista Alex Foster), New Directions (Abercrombie, Eddie Gomez na basie) i Special Edition (David Murray, Arthur Blythe, Chico Freeman, John Purcell i Rufus Reid). Jako The Standards Trio razem z Keithem Jarrettem i Gary Peacockiem w latach 1986-1995 nagrał blisko 10 albumów z  klasycznym, odświeżonym materiałem (standardy takie jak m.in Stella By Starlight, My Funny Valentine, Someday My Prince Will Come). Jest najczęściej uczestniczącym muzykiem sesyjnym wytwórni Manfreda Eichera. Za żródło inspiracji uważa muzyków takich jak Max Roach, Art Blakey, Roy Haynes, Elvin Jones, Philly Joe Jones, Art Taylor, Rashied Ali, Paul Motian, Tony Williams, i Andrew Cyrelle.

jack de johnette

Za omawiany tutaj album De Johnette otrzymał francuską nagrodę Grand Prix du Disque/Charles Cros w 1979.

Zaczyna się spokojnie i z wyczuciem, ‚Bayou Fever’. Gitara Abercrombie brzmi dyskretnie, trąbka Bowiego tradycyjnie, bardzo czysto. Całość jest utrzymana w mglistym klimacie dojrzałego fusion. Dziwne dźwięki generowane przez Abercrombiego wzmacnia energetycznie grający De Johnette. Z czasem robi się rytmicznie i z groovem. Naprawdę ciekawa improwizacja.

Najdłuższy na płycie Where or Wayne płynie sobie niespiesznie. Momentami nabiera tempa. Solo gitarowe ma cechy akustyczne, bardzo wyciszone, bez elektrycznych przesterów. Abercrombie popisuje się swoją techniczną maestrią. De Johnette również. Eddie Gomez wrzuca miejscami dobry funkowy motyw na basie. W końcu decyduje się na interesujące solo. De Johnette potrafi nagle zaskoczyć arytmicznym akcentem. Bowie gra sentymentalnie, ciepło. Pod koniec robi się bardziej energetycznie, nerwowo, dość rockowo.

2gą stronę otwiera będący początkowo dźwiękową plamą, tak charakterystyczną dla nowoczesnego jazzu, pejzażem muzycznym, ‚Dream Stalker’. Utwór niewątpliwie wymagający głębokiej wrażliwości , wyciszający, mimo momentami głośniejszego frazowania Bowiego. Nadałby się jako kołysanka dla dziecka. ‚One Handed Woman’ jest najbardziej freejazzowym utworem na płycie. Muzycy improwizują jakby ‚obok’ siebie, mimo to odnosi się wrażenie spójnej całości dźwiękowej. Abercrombie? Gomez? gra smyczkiem. Muzyka płynie. Jest moc, a następnie swing. I bluesowy wokal na koniec. Super klimat. W ‚Silver Hollow’ De Johnette gra na pianinie, całkiem nieźle. Dogrywa mu Bowie. Abercrombie ociera się o ‚ładność’, ale bez popadania w przesłodzenie a la Pat Metheny. De Johnette też zresztą gra ‚ładnie’. Najlepiej brzmi w tej konwencji uniwersalna trąbka Lestera Bowiego. Do refleksji.

W sumie mieści się tutaj blisko 50 minut świetnie brzmiącej muzyki na bardzo wysokim poziomie. Może nie jest to przełomowy album, już wcześniej w Gateway Trio Abercrombie i De Johnette generowali równie progresywne dźwięki. Nowością jest tutaj wyciszenie ich obu, dzięki któremu płyta ma nieco senny klimat i rozmarzenie połączone z klarownością tonu wprowadzane przez trąbkę Bowiego.

Elvin Jones/Jimmy Garrison Sextet ‎– Illumination!

illumination

Impulse! 1963

A1 Nuttin’ Out Jones (Prince Lasha)

A2 Oriental Flower (McCoy Tyner)

A3 Half and Half (Charles Davis)

B1 Aborigene Dance in Scotland (Sonny Simmons)

B2 Gettin’ On Way (Jimmy Garrison)

B3 Just Us Blues (Charles Davis)

Skład:

Sonny Simmons – saksofon altowy, rożek angielski

Charles Davis – saksofon barytonowy

Prince Lasha – flet, klarnet

McCoy Tyner – pianino

Jimmy Garrison – bas

Elvin Jones – perkusja

Płyta sygnowana nietypowo – przez perkusistę i basistę. Obaj stanowili sekcję rytmiczną jednego z najlepszych kwartetów jazzowych w historii – kwartetu Johna Coltrane’a (1960-65).

Elvin Jones
elvinjones
prawdopodobnie najlepszy perkusista tamtej ery, ma na swoim koncie ponad 600 (!) albumów jako instrumentalista i kilkadziesiąt jako lider. Szczególnie warte zaznajomienia się są nagrane dla Impulse!, Blue Note i Atlantic w drugiej połowie lat 60tych i na początku 70tych. Z późniejszych wyróżniłbym ‚Is on the Mountain’ (PM 1975 ) i ‚Time Capsule’ (Vanguard 1977). Ostatnim album nagrał wydawałoby się niezniszczalny Elvin Jones z Billem Frisellem i Davem Hollandem w 2001 dla wytwórni Nonesuch (dla której wydawał m.in John Zorn).

Jimmy Garrison
jimmy garrison
(właściwie James Emory Garrison) nagrywał m.in z Ornette Colemanem (na omawianej tutaj wcześniej płycie „The Art of the Improvisers’ jak też na sesji z późnych lat 60tych (‚Love Call’ i ‚New York is now!”), Jackie McLean’em (‚Swing, Swang, Swingin’ Blue Note 1957) i Archie Sheppem (świetna płyta ‚Attica Blues’ Impulse! 1972). Zwerbowany przez Coltrane’a w 1962 roku, pozostał w jego zespole aż do śmierci lidera, inaczej niż Jones, uczestnicząc również w późniejszych, zdecydowanie bardziej free jazzowych nagraniach sygnowanych przez nieodżałowanego Trane’a.

Album ‚Illumination! został nagrany dla kultowej wytwórni Impulse! w 1963 roku, czyli w momencie, w którym obaj bohaterowie tej krótkiej historii grali już z Coltrane’m. Co więcej towarzyszy im McCoy Tyner, który również grał w tym osławionym kwartecie. Zamiast tenorowego saksofonu Trane’a słychać tu dwa różne saksofony – barytonowy  Charlesa Davisa i altowy Sonny Simmonsa. Wspiera ich flecista/klarnecista Prince Lasha.

Otwierający ten dosyć krótki, trwający nieco ponad pół godziny album ‚Nuttin’ Out Jones’ to klasyczny jazz modalny z niewielkimi dodatkami free w solach instrumentów dętych. Tak jak reszta płyty, brzmi znakomicie. Sam motyw nie należy do najbardziej oryginalnych. Jednakże słucha się tego z ogromną przyjemnością. ‚Oriental Flower’ urzeka niezwykłą atmosferą tworzoną przez dźwięki klarnetu Prince Lasha i saksofonu barytonowego Charles Davisa. McCoy Tyner gra bardzo eleganckie solo na swoim pianinie. Każdy dźwięk w tym solo jest wart zapamiętania i przyswojenia. Wreszcie docieramy do genialnego walczyka ‚Half and Half’ z interesująco połamanym metrum (3/4 a następnie 7/4).  Główny motyw zapada głęboko w pamięć. Następujące po nim sola (autora utworu Charles Davisa na saksofonie barytonowym i Tynera na pianinie) wspaniale komponują się z linią melodyczną całego utworu.

Strona B zaczyna się żartobliwym motywem ‚Aborigene Dance in Scotland’ autorstwa Sonny Simmonsa. Po czym Elvin Jones gra treściwe, dosyć masywne solo. Jest ono pokazem prawdziwej maestrii i doskonałego opanowania trudnego instrumentu jakim jest perkusja jazzowa. ‚ Gettin’ On Way’ to jedyny utwór na tej płycie skomponowany przez basistę Jimmiego Garrisona. Słychać w nim dosyć długie solo na saksofonie altowym autorstwa Sonny Simmonsa. Słychać tutaj doskonałe zgranie sekcji rytmicznej Garrison/Jones sygnującej w końcu ten projekt. Jones dorzuca jeszcze pod koniec krótkie solo. ‚Just Us Blues’ zaczyna się krótkim solem Garrisona. Wchodzi Charles Davis na saksofonie barytonowym z motywem przewodnim, a następnie Davis gra bopowe solo. Wspiera go Tyner swoim solo. Świetnie się tego słucha.

Niewiele można dodać. Jest to zaawansowany brzmieniowo jazz modalny z epoki Johna Coltrane’a przed przejściem na free. Jest to album bardzo różnorodny (tylko Elvin Jones nie jest autorem żadnego z utworów) aczkolwiek zarazem bardzo spójny muzycznie. Niewątpliwie niedoceniony kamień milowy w historii jazzu.

Hubert Laws – Morning Star

morning star

CTI 1972

A1 Morning Star
A2 Let Her Go
A3 Where Is The Love
B1 No More
B2 Amazing Grace
B3 What Do You Think Of This World Now?

Hubert Laws – flet
John Tropea – gitara
Bob James – pianino
David Friedman – wibrafon
Ron Carter – bas
Billy Cobham – perkusja

Orkiestra pod batutą Don’a Sebesky

Za Encyklopedią Dionizego Piątkowskiego: „Muzyk pozostający pod znacznym wpływem jazzu, ale w swej sztuce poszukujący brzmienia klasycznego, symfonicznego.[…] Utalentowany flecista, zarejestrował kilkanaście albumów dla słynnej CTI Records, lansując lekkie, łatwe i przyjemne brzmienie fusion jazzu.”

Oto dosyć długa lista artystów, których sidemanem był Hubert Laws: Quincy Jones, Miles Davis, Herbie Hancock, Chick Corea, Ella Fitzgerald, Sarah Vaughn, Freddie Hubbard, Paul McCartney, Paul Simon, Aretha Franklin.

Otrzymał 3 nominacje do nagrody Grammy – za ‚In the Beginning’ (CTI 1974), ‚Morning Star’ i ‚Land of Passion’ (Columbia 1979).

Na płycie, dosyć krótkiej acz treściwej, 6 niezobowiązujących utworów z całą masą świetnych instrumentalistów. Klasycznie, bigbandowo, odprężająco. (Na marginesie to jedna z 3 płyt obok best of Niny Simone i live Freddiego Hubbarda, którą udało mi się zdobyć w nieistniejącej już kafei zarządzanej przez imć Brodacza obok Faworów na Mickiewicza). W tytułowym utworze wyróżnia się delikatne pianino elektryczne Boba Jamesa. Nie jestem specjalnym fanem brzmienia fletu, kojarzy mi się ten instrument z muzyką w podstawówce, aczkolwiek Hubert Laws daje radę. Wrażenie robi brzmienie całej orkiestry, płyta jest świetnie nagrana. Billy Cobham gra dosyć subtelnie jak na swoje możliwości artykulacji. ‚Let Her Go’ mogłoby spokojnie znaleźć się na ścieżce dźwiękowej westernu ‚Jak Zdobywano Dziki Zachód’ czy coś podobnego. Jest lekko po amerykańsku nadęte, ale w sumie bardzo ładne. Ociera się o kicz, chociaż nie razi pocztówkową urodą. Jest super profesjonalnie zagrane. Ostatni utwór na stronie A ‚Where Is The Love’ podobnie jak poprzednik urzeka delikatną cukierkowością. Ponownie najciekawsze jest brzmienie pianina. Smyczki działają na słuchacza niczym mały piesek w kinie familijnym – uwznioślają uczucia odbiorcy do granic jego wytrzymałości.

Strona B zaczyna się fajnym efektem echa dodanym do brzmienia fletu Lawsa. W ‚No More’ jest nieco więcej funku niż na całej stronie A. Oczywiście daleko do soczystego fusion funku Hancocka, wszystko jest podane z dystansem i umiarkowaniem. Pojawia się soulowy kobiecy wokal. Jest dobrze. ‚Amazing Grace’ jest bez wątpienia piękną melodią i niech tak zostanie. Na zakończenie ładna piosenka z elementami awangardowej muzyki wspóczesnej (harfa!) wyśpiewana solo przez Debrę Laws ‚What Do You Think Of This World Now?’.

Co można dodać – nie bez kozery Laws był nominowany do Grammy za tę płytę – jest rozmach, świetni instrumentaliści w topowej formie, duży format (orkiestra Dona Sebeskiego), piękne melodie. Doskonała rzecz na niedzielny relaks w kapciach na kanapie.